O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Przyszło mi do głowy, żeby publikowane wcześniej na forum analizatorskim dzieUo opublikować ponownie, tym razem na swoim własnym blogasku. Tutaj też będą się pojawiać (mam nadzieję) moje kolejne wariacje na temat opek i analiz. Pierwsze odcinki wyglądają strasznie źle, ale nie bójcie się, dalej jest tylko bardzo źle.

Komiks pojawia się w poniedziałki lub wtorki, zależnie od weny i nastroju aŁtorki.

A zdjęcia słodkich margajów do galerii możecie przesyłać mi na esia221@gmail.com ;)

24 listopada 2015

Komiksoanaliza "Roku w Poziomce" Katarzyny Michalak - część dziesiąta

Tak. Spotykamy się po raz ostatni.

Tekst oryginalny ciemnosiwy lub czarny, tekst mój czerwony lub fioletowy.

Ojciec pokazuje Ewie zdjęcie jej przyrodniej siostry - Cecilly.




Nie mogłam się powstrzymać. 

Ian opowiadał o dzieciństwie córki, bardzo szczęśliwym według jego słów — po tym, jak razem z żoną zdecydo­wali dać ich małżeństwu drugą szansę, nigdy nie zła­mał słowa, aż do śmierci Mary. Kochał żonę i opłakiwał ją szczerze. Żal po jej śmierci łagodziła obecność córki, która po rozwodzie postanowiła na jakiś czas z nim zamieszkać.po
Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć, o co chodzi? 
Po jakim rozwodzie? Rozwiódł się z żoną po tym, jak umarła? Wiemy przecież, że po zdradzie wcale się z żoną nie rozwiódł. Nie chodzi też o żaden rozwód Cecilly, gdyż ta nigdy nie była mężatką. 

Z pytań, to jeszcze mi możecie dać znać, czy wiecie coś o tym, by istniało imię Adelee (dokładnie tak pisane), bo Gugiel nie wie. A tak nazywa się siostra Iana.

Nagle zapragnął być blisko tej niezwykłej młodej kobiety, podobnej jak dwie krople wody do największej miłości jego życia... 
Kilka dni temu przeczytałam "Amelię", w której AutorKasia uwieczniła swoje dziwaczne zainteresowania incestem, nie mogę więc nie mieć skojarzeń, czytając ten fragment. 
 — Córeczko... — zaczął i urwał. Zalała go nagle fala szczęścia, że może znów tak do kogoś mówić, do żywej młodej kobiety, siostry Cecilly. Poczekał, aż wzruszenie minie, i zaczął jeszcze raz: — Ewo, chciałbym cię o coś za­pytać. Nie bój się odmówić. Zrozumiem to.
— Jeszcze nie zapytał, a już przeprasza. Typowy męż­czyzna — pokręciła głową.

Trzy strony bez seksizmu to trzy strony stracone.
— Czy miałabyś coś przeciw temu... Czy sprzeciwiła­byś się...

— Gdybyś wdrapał się nago na wieżę tego kościółka? Owszem.
Roześmiali się oboje, a Ian znów poczuł wdzięczność do losu, że ma przy sobie tę inteligentną, wrażliwą istotę.
— Chciałbym polecieć z tobą do Polski, spotkać się z Anną, porozmawiać...
 

Wydaje mi się, chociaż nie jestem pewna, że jest to najbardziej żenujący i najbardziej na siłę stworzony element komiczny, z jakim do czynienia miałam przez całe życie. Mogłabym go zaakceptować, uznając, że Ewa jest kreowana na postać o poczuciu humoru glonojada, ale nigdy nie obejmę umysłem, czemu dowcip ten według kogokolwiek świadczy o jej inteligencji i wrażliwości.

Ian chce lecieć do Warszawy spotkać matkę Ewy. Ewa zaczyna snuć wspaniały plan:
Razem z mamą będziecie wyszukiwać potencjalne bestsellery, a ja je będę wydawać. Stworzymy firmę rodzin­ną Dołączy do nas Witold, choć nie wiem, co będzie robił, może dbał o kwiatki w doniczkach? Potem Julijka, gdy dorośnie i... — urwała, łapiąc się na swoim zwyczajowym słowotoku, w którym wybiegła dwadzieścia lat do przodu. Ian patrzył na nią oszołomiony.
Po raz enty w tej powieści widzimy entuzjastyczny stosunek do załatwiania pracy po znajomości, po raz pierwszy jednak motyw jest do tego stopnia szczery, by wprost powiedzieć, że nie ważne, że Witold nie ma absolutnie żadnych kwalifikacji do pracy w wydawnictwie i może w nim co najwyżej podlewać kwiatki, zatrudni go, bo to jej facet, więc jak by miała nie zatrudnić.
Ogólnie obrzydza mnie to. 

Ewa wybrała się odwiedzić Karolinę w szpitalu.

 No bo serio? Kiełkujące włosy, słońce w oczach... Kto tak opisuje wygląd?

Nagle do szpitala wchodzi Ta Michalak.


Karolina i Andrzej się zaręczają, Ta Michalak i Ewa rozmawiają.
— Och, czynił to systematycznie co miesiąc. Po każ­dej chemii, gdy Karolcia nabierała sił, on klękał przed nią i błagał, by została jego żoną. Nasza przyjaciółka odma­wiała jednak, miesiąc w miesiąc.
— Dlaczego?!
— A dlaczego ty nie powiedziałaś „tak"? Ona przynaj­mniej miała powód: nie chciała uczynić ukochanego męż­czyzny wdowcem w wieku trzydziestu pięciu lat, ale ty...?
Eee, niezależnie od tego, czy wejdzie z nim w związek małżeński czy nie, to i tak uczyni go człowiekiem, któremu zmarła ukochana osoba. Dlaczego status cywilny coś zmienia?
— Ja nie jestem pewna... Boję się... Krótko go znam...
— Taaa, a pana K. znałaś wieki całe i byłaś go pewna na bank? Zaryzykuj, dziewczyno! Dobrze ci radzę, bo...
No właśnie znała krótko i słabo na tym wyszła. 
Borze, jak durny jest ten argument.
— Odejdzie?! — zatrwożyła się nagle Ewa Nie przyszło jej do głowy, że Witold, zniecierpliwiony czekaniem, może zmienić obiekt uczuć na bardziej chętny.
— Nieee, zakochany jest w tobie po uszy! — Ta Micha­lak dźgnęła Ewę w mostek. — Tylko żal mi i jego, bo żyje w niepewności, i ciebie, że tracisz cenne godziny, dni, ty­godnie, zamiast chwytać szczęście i cieszyć się życiem we dwoje. A już niedługo we troje. A właśnie, pomyślałaś, że może Julijce przyda się ktoś w rubryce „ojciec" w akcie urodzenia?
Ewa stropiła się. O akcie urodzenia Julijki, a szczegól­nie owej rubryce, starała się nie myśleć. Ta Michalak miała jednak rację. Brak ojca to piętno na całe życie. Ona coś o tym wiedziała
W dwudziestym pierwszym wieku? Mocno nie sądzę.
— Skąd pani wie, że Witek uzna Julijkę za swoją córkę?
— Wyczytałam w kościach — prychnęła kobieta — Tym razem ludzkich, czyli swoich. Jak mnie reumatyzm strzy­ka w prawym łokciu, znaczy, że Witold uzna dziecko. Gdy w lewym — nie uzna Dziś strzykał w prawym.
Ewa parsknęła śmiechem.
 
Jeśli kogoś to bawi, to prosiłabym o napisanie komentarza z taką informacją. Może to tylko ja mam za mało poczucia humoru, żeby zgłębić zabawność tego dialogu. 

Ewa rozmawia z matką, która tłumaczy jej, że nie pozwoliła Ianowi na rozwód, bo szczęścia nie buduje się na cudzym nieszczęściu. Wciąż nie rozumiem, dlaczego oni nie mogą stosować się do tych moralności, zanim narobią sobie pozamałżeńskich dzieci.
Dowiadujemy się też, że ojczym nie bił Ewy, bo w wieku ośmiu lat zagroziła, że wrzuci mu do kąpieli suszarkę. Od tamtego czasu zaczął też zamykać drzwi swojej sypialni na klucz.

Anna spojrzała na córkę i nagle... wszystkie trzy wybuchnęły śmiechem. Śmiały się do łez, obejmując się, ściskając, skacząc po pokoju jak stado dzikich, aż Ewa znów poczuła, że za chwilę urodzi, i musiała usiąść. Ależ wyzwalający był to śmiech... Z dobrymi łzami spły­nęły wszystkie łzy żalu, nagromadzone przez minione lata.
Mam silne skojarzenia z historyjkami z Chwili dla Ciebie. Brakuje tylko, żeby ktoś tu dokazywał.

Z dalszej części rozmowy dowiadujemy się, że Ian oświadczył się matce Ewy, bo jest ona miłością jego życia. 
Tak. Spotkał kobietę, w której był zakochany dwadzieścia lat temu i, jako że nie zmieniła się ani o drobinę, postanowił ją poślubić. Tak. Doskonała decyzja. Tak.

Rozdział kończy się telefonem od Andrzeja informującym, że Witold miał wypadek. Jak zawsze kursywą zaczyna się rozdział "Czerwiec". A konkretnie pisanymi kursywą rozkminami o ptakach, które w gniazdach przeczekały burzę.
Czy od tamtej pory wiedzą, że wystarczy skulić się i przeczekać, a każda burza przeminie i na­stanie spokój? Tak jak czekają do świtu, aż minie noc i wzejdzie słońce?
Ptaki są pełne wiary.
Tamtego dnia wzięłam z nich przykład. Czekając pod salą operacyjną i czując tę obezwładniającą bezradność, niemożność uczynienia niczego, niczego! co zmieniłoby bieg wypadków, a te­raz mogłoby pomóc, najpierw zaczęłam modlić się tak gorąco jak jeszcze nigdy w życiu, a potem... potem czekać. Czekać na świt, na spokój po burzy, na słońce.

I tak przez trzy strony.

W tekście bez kursywy dowiadujemy się, że dzięki wypadkowi Ewa uświadomiła sobie, jak bardzo kocha Witolda i zgodziła się wyjść za niego za mąż.
— To teraz, moja kochana — ujął jej dłoń i mówił, głaszcząc palce — udasz się stąd prosto do Urzędu Stanu Cywilnego i zaklepiesz pierwszy wolny termin, żadnych sprzeciwów! Chcę, by Julijka urodziła się jako dziecko ze związku małżeńskiego.
Ewie łzy stanęły w oczach, cały kochany, troskliwy Wi­told, pomyślał przede wszystkim o córeczce. Nie swojej na dodatek. Niesamowite!

E, nie? Zwyczajnie rozsądne ograniczenie papierologii.

Ostatecznie wszystkie trzy pary postanawiają wziąć wspólny ślub i urządzić wspólne wesele. 

— Możemy porozmawiać? — odezwał się tamten.
— Rozmawiamy — zauważyła.
— Na osobności. Proszę — dodał z naciskiem.
Ewa westchnęła. Akurat na rozmowie z Danielem naj­mniej jej w tym momencie zależało.
— Tamara, zostaw nas na chwilę i proszę, by nikt nam nie przeszkadzał. Sekretarka wyszła z ociąganiem.
— Rozmawiajmy — Ewa raczej zniechęcała, niż za­chęcała.
— Co masz mi do powiedzenia? — zaczął groźnie. Uniosła brwi, zdumiona. Takiego początku się nie spo­dziewała. — Wpadasz między mnie a koleżankę, robisz scenę w miejscu publicznym. Doprawdy, spodziewałem się po tobie większej klasy. — Milczała, patrząc na niego jak na UFO. — Mimo to jestem gotów spróbować jeszcze raz, choć widzę... że znalazłaś innego frajera — wskazał wymownie na jej brzuch.
„Frajera"?! — to słowo wyrwało Ewę z osłupienia Czy on, mówiąc „frajer", miał na myśli Witolda? Wstała powo­li. Podeszła do niego.
— Wiesz, co sądzę o tobie i twojej propozycji? — zapy­tała z lekkim uśmiechem. — O, to! — z całej siły kopnęła go między nogi.

Nie powiem, że dziwię się reakcji, ale naprawdę nie rozumiem, dlaczego zamieniła z nim choć słowo, zamiast zadzwonić na policję. Halo, gwałciciel nachodzi ją w miejscu pracy.  

Ewa spotyka się z Andrzejem.

   
"Rok w Poziomce" kończy się wydaniem "Roku w Poziomce", tylko że nie ma on takiej samej treści jak "Rok w Poziomce", a jest jedynie jego najbardziej pretensjonalnymi fragmentami.  

Gdy wyobra­ziła sobie swoją książkę na półkach księgarń, poczuła przypływ szczęścia. Gdy oczyma duszy ujrzała miażdżące recenzje i takież wpisy na forach, poziom szczęśliwości spadł gwałtownie, ale nadal pozostał powyżej  kreski. 
Ach, Katarzyna Michalak i jej wieczna krucjata przeciwko forom internetowym łamiącym kariery młodych zdolnych pisarek. 
— Dobra Zrobię to. Razem z książką Cecilly. I wiesz, mam pewien pomysł. Jeszcze nie rozmawiałam o tym z Ianem, bo chciałam poznać twoje zdanie.
— No, no, Ewa Złotowska, wkrótce Jasielska, liczy się z moim zdaniem! Idę kupić tort z fontanną.
— Z czym?!
— Z taką fontanną sztucznych ogni. Nawijaj.
— Pomyślałam, że powieść Cecilly powinna mieć inne zakończenie. Ma tak pogodną, uroczą treść, mimo dra­matycznego początku, że powinna się dobrze kończyć. Na przykład tak: Cecilly wyjeżdża do Afganistanu, mimo że rak trzustki wyparował i na logikę powinna zostać w Irlan­dii i cieszyć się życiem. Tam ma miejsce napad na konwój, ale wychodzą z tego obronną ręką, choć jest paru rannych. Leki dowiezione, afgańskie dzieci uratowane. Cecilly wra­ca do domu, ale że jednak otarła się dwukrotnie o śmierć, zaczyna smakować życie. Do kraju wraca również jeden z jej rannych kolegów, którym opiekowała się na miejscu, w afgańskim szpitalu. Zakochują się w sobie i żyją długo i szczęśliwie. Co ty na to? Wiem, że to trąci harlequinem, ale... — Umilkła, czekając na werdykt.
— Ewa — zaczął Andrzej, biorąc jej dłonie w swoje — to piękne zakończenie i tak właśnie powinno się stać. Tak Cecilly powinna zostać przez los nagrodzona. Dajmy jej to chociaż w książce. Będzie to najpiękniejszy pomnik, jaki wystawisz siostrze.

Ja tam bym powiedziała, że co najmniej brak szacunku wobec tej dziewczyny i jej tekstu. Dopisanie fagasa, bo bez faceta nie ma szczęścia, jest już zwyczajnie śmieszne i tak bardzo autorkasiowe, że słów nie ma, żeby to opisać.

W trakcie ślubu Ewa zaczyna rodzić, nudy. Z całej sceny dam wam jedno zdanie:
Przed chwilą sam składał przysięgę, teraz oddawał innemu mężczyźnie swoją cudem odnalezioną córkę...
Po prostu myślę, że warto docenić, jak doskonale użycie uprzedmiotawiającego zwrotu wpasowuje się w seksistowski klimat książki.

Po scenie ślubu mamy już tylko dodatek "Pół roku później" będący przesłodzonym opisem rodzinnych świąt Bożego Narodzenia. Wklejam wam tu samo zakończenie, żebyście mogli docenić kunszt tego przesłodzenia:
Uniosła głowę, pozwalając śniegowym płatkom opaść na powieki, i zaczęła nucić cichutko:
— Cicha noc...
Domek, otulony w biel, zdawał się wstrzymywać od­ dech, słuchając tejnajpiękniejszej z kolęd. Do Ewy dołą­czyli przyjaciele i najbliżsi:
— Święta noc...
Gdzieś w oddali zaszczekał pies. Wiatr przegnał chmu­ry i niebo rozbłysło milionem gwiazd tak bliskich, że wy­starczyło wyciągnąć po nie rękę. Ewa zadarła głowę. Całym sercem i całą duszą dzięko­wała za wszystko to, czym obdarował ją dobry los. Naraz jedna myśl sprawiła, że uczucie szczęścia i spokoju prysło. Mam wszystko. Kochającą rodzinę i cudownych przy­jaciół, wymarzoną córeńkę, mały biały dom, fantastyczną pracę, śliczny nowiutki samochodzik, nawet własna książ­ka jest w drodze! Co jeszcze mogłabym osiągnąć? Bez ma­rzeń, bez szczytów do zdobycia, życie traci sens! 

Spadająca gwiazda przecięła horyzont.
Ewa uśmiechnęła się.
Jest jeszcze tyle życzeń do spełnienia...
 


A, no i jeszcze Izabela schodzi się z bratem Andrzeja. Michalak nie zapomina o żadnej pozytywnej bohaterce żeńskiej i wszystkie po równo obdarowuje facetami.

I to już naprawdę koniec książki.
Tak jak mówiłam, nikt nie spędza roku w Poziomce. Jeszcze we wrześniu Ewa w niej nie mieszkała, a akcja kończy się w czerwcu. Za to z uwzględnieniem epilogu wychodzi ponad rok, więc też bez sensu.

Żegnam się ciepło.