O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Na tym blogu znajdziecie moje wariacje na temat tej i kilku innych analiz oraz moje własne komiksoanalizy (głównie książek Katarzyny Michalak).

9 stycznia 2020

Moje opinie na temat wszystkich odcinków drugiej serii "Seksu w wielkim mieście"

Tak jak poprzednio zapraszam na stronę na Facebooku, na której oryginalnie postowałam to, co tutaj widzicie. Ten post istnieje dla tych, którzy nie chcą się użerać ze skrolowaniem, a szukają konkretnego posta albo chcą przeczytać cięgiem.

***


S02E01 – Take Me Out to the Ballgame
Carrie przeżywa rozstanie. Dowiadujemy się, że miało ono miejsce miesiąc temu, a sam związek trwał rok (cieszę się, że w końcu padła jakaś liczba, do tej pory mówili bardzo ogólnie, że minęły miesiące). Dla naszej bohaterki szczególnie istotnym jest, żeby nie wpaść przypadkowo na Biga, wyglądając źle, więc ubiera się w futro na mecz baseballowy, który idzie obejrzeć z przyjaciółkami.
Okazuje się, że Samantha dalej spotyka się z facetem z poprzedniego odcinka, czym jestem zdziwiona nie tylko ja, ale i bohaterki. Jeśli zapomnieliście, że ten jej facet miał niezwykle krótkiego penisa (7,62 centymetra), to po tym odcinku będziecie na pewno pamiętać, bo temat wraca i wraca, i wraca. Na zdjęciu zamieszczam Samanthę przypominającą Carrie o krótkości penisa swojego kochanka za pomocą fragmentu paróweczki.
Na meczu Carrie udaje się złapać piłkę, nadużywa więc swojej legitymacji dziennikarskiej, żeby wejść na korytarz przed szatnią i poprosić o autograf na piłeczce. Przy okazji udaje jej się poderwać baseballistę. Tę scenę oceniam dobrze i źle naraz. Dobrze, bo świetnie pokazano niezręczność i zazdrość Mirandy, która jako jedyna jest tutaj fanką baseballu, i źle, bo wycięłabym z tej sceny wszystkie żarty słowne opierające się o podwójne znaczenie słowa ball w języku angielskim. Sfrustrowana Samantha tymczasem zakrada się do szatni, by pooglądać męskie tyłki.
Carrie pisze artykuł pod tytułem „What are the break-up rules?” w którym zastanawia się, czy rację ma Charlotte, która radzi rozstanie przepłakać, czy Miranda, która poleca zapomnienie o sprawie i rzucenie się w wir randkowania. O czym by Carrie pisała, gdyby nie koleżanki?
Kiedy Carrie przygotowuje się na randkę, znajduje zdjęcie przedstawiające ją i Biga i ustanawia swoją pierwszą zasadę zerwania: zniszczyć wszystkie zdjęcia, na których on wygląda seksownie, a ona szczęśliwie.
Na imprezie, na którą Carrie zabrała baseballistę, jest też Charlotte i jej nowy chłopak, który byłby idealny, gdyby ciągle nie smyrał się po jądrach. Dostajemy więcej żartów słownych o genitaliach. Na imprezie prawdopodobnie jest też Big; Carrie w narracji wyznaje widzom, że to dlatego zabrała na nią baseballistę i ubrała się w kieckę, na którą znowu nabrała jakichś długów. Przyjaciółce mówi zaś, że nie sądziła, że Big może się pojawić na gali. Tutaj Carrie przedstawia nam swoją drugą zasadę zerwania: kłamać. Biga jednak nie ma na imprezie, więc Carrie z nudów rozmawia z baseballistą. Nawet się całują, co zostaje nazwane… no, zgadujcie jak.
Tak, zaliczeniem pierwszej bazy.
Następnego dnia w kawiarni przyjaciółki zauważają, że zdjęcie Carrie i baseballisty pojawia się w dziale z plotkami w jakiejś gazecie. Samantha i Charlotte dochodzą do wniosku, że to świetnie, bo Big je zobaczy i będzie mu głupio. Rozszyfrowały Carrie jak nic.
Miranda ma problem z tym, że ciągle rozmawiają tylko o Bigu albo o problemach z chłopakami, głównie dlatego, że zerwanie Carrie i Biga przypomina jej o jej rozstaniu z Erikiem sprzed dwóch lat. Miranda z czerwonymi oczami odchodzi od stolika, a pozostałe przyjaciółki niespeszone zastanawiają się, dlaczego chłopak Charlotte ciągle dotyka swoich jąder i dochodzą do wniosku, że pewnie wiszą za nisko. Gdy Miranda wraca, opieprza przyjaciółki za ciągłe gadanie o facetach, penisach i jądrach i wychodzi z kawiarni.
Carrie ustanawia swoją trzecią zasadę zerwania: nie wchodzić do sklepów. Niestety dopiero po tym, jak zaprzepaściła kolejną fortunę. Samantha próbuje różnych pozycji ze swoim krótkopenisym kochankiem, ale nic nie działa. Charlotte daje swojemu chłopakowi bokserki, które mają mu pomóc utrzymać jądra na miejscu. Ten czuje, że związek rozwija się zbyt szybko, skoro dziewczyna już robi mu zakupy i zrywają, bo Charlotte nie chce mu powiedzieć, że starała się rozwiązać problem zwisających jąder. Pamiętajcie przestrogę: cisza na temat obwisłych genitaliów zabija związki.
Miranda przypadkowo widzi na mieście Erica z kobietą, dla której ją zostawił, i ma złamane serce. Carrie za to na kolejnej randce z baseballistą wpada na Biga i poznajemy czwartą zasadę: zawsze o nim myśleć, bo jak tylko przestaniesz, to się pojawi. Sytuacja jest jak wymarzona, bo wygląda dobrze i jest z baseballistą, ale i tak jej smutno.
Na koniec odcinka Carrie spotyka się z Mirandą i dochodzą do wniosku, że obie powinny przepłakać swoje rozstania i poznajemy ostatnią zasadę: bez przyjaciół nie przetrwasz zerwania.
Biorąc pod uwagę przywiązanie Amerykanów do łączenia tematów seksu i baseballu, pojawienie się odcinka sportowego było kwestią czasu. Osobiście cieszę się, że mamy go już za sobą, bo sport, a już na pewno baseball, mnie zwyczajnie nie interesuje.
Zdecydowanie najlepiej w odcinku wypada wątek Mirandy, który prowadzony jest dyskretnie i poprzez pokazywanie reakcji bohaterki na kolejne sytuacje bardziej niż przez opowiadanie o przeżyciach wprost. Wniosek dotyczący tego, że nie warto udawać, że negatywnych emocji nie ma, nie jest w żaden sposób odkrywczy, ale wprowadzony na tyle zgrabnie, że zrobiło mi się autentycznie smutno.
Carrie znowu używa ludzi dla swoich celów, prowadzi gierki z Bigiem i wydaje majątek na zakupy. Tutaj nic nowego.
Wątki Samanthy i Charlotte jakie są, każdy widzi.
Dzisiejszy post jest trochę krótszy niż zwykle, bo nie czuję, żebym miała o tym odcinku coś jeszcze do powiedzenia. Potraktujcie to jako ukłon w stronę penisa kochanka Samanthy.

***


S02E02 – The Awful Truth
Na wstępie zaznaczam, że we wpisie będą poruszane kwestie dotyczące toksycznych związków i przemocy psychicznej, jeżeli nie chcecie o takich rzeczach czytać, naprawdę rozumiem i nie obrażę się, jeśli pominiecie ten wpis.
Dochodzimy do odcinka, przez który trudno mi było przebrnąć, kiedy widziałam go po raz pierwszy i jeszcze trudniej teraz, kiedy wiedziałam, co mnie czeka. Jest to też odcinek, o którym chciałam napisać od początku, bo stanowi jeden z najbardziej mizogińskich wysrywów kinematografii, jaki ujrzały moje oczy, a rzadko widzę, żeby ktoś zwracał na niego konkretnie uwagę przy krytyce tego serialu.
Zaczynamy od przedstawienia postaci Susan Sharon, pracującej w branży odzieży kaszmirowej dawnej przyjaciółki Carrie, z którą widują się bardzo rzadko od czasu, kiedy wyszła za mąż za człowieka, który spędza całe dnie krzycząc na nią i obrażając ją. Gdy patrzę na to małżeństwo, od razu widzę, że jest to relacja absolutnie toksyczna i przemocowa i już po pierwszej scenie wysłałabym oboje nie tyle na terapię małżeńską, co do adwokata, aby Susan jak najszybciej uwolniła się od człowieka, który zwyczajnie znęca się nad nią każdego dnia.
Carrie i Susan spacerują po mieście i rozmawiają, po czym zachodzą do mieszkania Susan, bo ta ma prezent urodzinowy dla przyjaciółki. W mieszkaniu Susan ostrzega Carrie, żeby zachowywała się cicho, bo jej mąż śpi. Susan daje Carrie kaszmirowy szal, przyjaciółka szybko stwierdza, że odda go do sklepu, bo jest wart dziewięćset dolarów. Nie ma to jak przyjmować prezenty z klasą. Susan nie ma nic przeciwko zwróceniu szalu do sklepu i obraca sprawę w żart. W tym momencie niestety budzi się mąż Susan, zaczyna robić awanturę i ubliżać Susan, a potem również Carrie. Nasza bohaterka ucieka z mieszkania i ostatnie, co widzimy, to jak Susan odpowiada mężowi jego językiem.
Jak reaguje nasz bohaterka na zobaczenie sceny, która sprawia, że w jednej sekundzie chcę ewakuować Susan z domu? Otóż po powrocie do domu Carrie zastanawia się, czy to małżeństwo jest naprawdę tak złe, czy też kłótnie to dla małżonków forma gry wstępnej.
Jak myślicie, czy gdyby ją bił, stwierdziłaby, że to lekkie BDSM?
Czy Carrie jest w ogóle w stanie:
a) zauważyć, że w ludzkich relacjach jest cokolwiek poza seksem,
b) zwrócić uwagę na to, że ktoś jej bliski ma autentyczny problem,
c) nie sprowadzać wszystkiego do tematów na słabe felietony o seksie?
Odpowiedzi na wszystkie te pytania brzmią: Nie, raczej nie.
Susan dzwoni do Carrie i przeprasza za zachowanie męża. Pierwsze, co robi Carrie, to szuka dla niego wymówek. Susan na szczęście zupełnie je olewa i określa swojego męża słowami „tyrannical, emotionally abusive” – widzimy więc, że jest świadoma swojej sytuacji i że ktokolwiek, kto wpisał te słowa do scenariusza, również wiedział, o czym tak naprawdę jest ten odcinek, nie ma więc opcji, żeby intencją było tak po prostu sportretowanie kłótliwego małżeństwa czy pary prowadzącej grę wstępną wzorowaną na komediach romantycznych, w których im więcej bohaterowie się obrażają, tym bardziej chcą wskoczyć sobie do łóżka (który to trop jest niepokojący swoją własną drogą).
Susan prosi Carrie o radę – pyta, czy powinna zostawić męża. Carrie mówi, że tak. Rozmowa zaraz potem się urywa, bo mąż Susan znowu się obudził. Carrie od razu żałuje, że wyraziła swoje zdanie i następnego dnia Miranda i Samantha całkowicie się z nią zgadzają, że źle zrobiła. Mówią, że teraz, czy z nim zerwie, czy nie, będzie mieć pretensje do Carrie i największy problem – WTEDY NIE DA JEJ WIĘCEJ KASZMIRU. Materializm tych kobiet wciąż jest w stanie mnie zaszokować, to niesamowite.
Carrie czuje, że powiedziała za dużo, na co Charlotte stwierdza, że w bliskim związku obie strony powinny móc powiedzieć wszystko, co tylko mają na myśli. Samantha nie zgadza się i mówi, że związki buduje się na kłamstwach i udawaniu. Tu pojawia się główny temat odcinka, czyli kwestia tego, czy w związku pewne rzeczy powinno się ukrywać. Według mnie wprowadzono go bardzo niezdarnie i tylko dlatego, że trzeba było przy piątej minucie odcinka dać Carrie temat na artykuł, ponieważ Carrie mówiła o tym, że była zbyt szczera względem przyjaciółki, a Charlotte ni z gruszki, ni z pietruszki zaczęła mówić o związkach.
Samantha zaczyna opowiadać o tym, jak udaje, że jej facet nie ma za krótkiego penisa, bo tak, ten wątek jeszcze nie umarł. Miranda tymczasem opowiada o swoim związku z mężczyzną, który lubi dużo mówić o seksie w trakcie seksu, podczas gdy ona nigdy nie była fanką rozmów w łóżku.
Carrie zasiada do laptopa i myśli o tym, czy Miranda ma rację i rzeczywiście przez fiksację na punkcie otwartości i szczerości w związkach zatraciliśmy wszelką stosowność i czy nie lepiej, żeby pewne rzeczy w związkach pozostały niewypowiedziane.
Okej, kilka rzeczy.
Po pierwsze, zwłaszcza w związku z Bigiem miałaś, Carrie, obsesję na punkcie otwartej i szczerej komunikacji.
Po drugie, kiedy odniesiemy ten wywód do scen z Susan, robi się nam tu wszystko stopniowo jeszcze bardziej okropne, bo naprawdę, kiedy ofiara przemocy domowej pyta, czy zerwanie to dobry pomysł, to powiedzenie, że tak, to nie jest żadna nadmierna szczerość, no błagam.
Po trzecie, Miranda nic takiego nie powiedziała.
Okazuje się, że Susan rzeczywiście zostawiła męża i Carrie uznaje to za dowód na to, że powiedziała za dużo. Carrie, moja droga Carrie, mówię do ciebie jak dziewczyna, która kilka lat temu skończyła liceum, do dorosłej kobiety z doświadczeniem i kolumną w gazecie, usłysz mnie, proszę: jeżeli ona naprawdę się rozwiedzie, to znaczy, że powiedziałaś w sam raz.
Susan następnie wymienia, na jakie sposoby mąż obrażał ją po tym, jak oznajmiła mu, że odchodzi. Powiedział jej, że czuje dla niej litość, bo on znajdzie nową żonę w rok, a ona pewnie do końca życia zostanie singielką. Carrie w narracji mówi nam, że nie chciała tego przyznać Susan, ale to ostatnie zdanie było zapewne prawdą. Tak, moi czytelnicy, „Seks w wielkim mieście” jasno mówi nam, że lepiej być w nieprawdopodobnie toksycznym związku niż być singielką. Niechby pił, niechby bił, byle był – tyle o związkach ma kobietom do powiedzenia odważny serial o wyzwolonych singielkach z Nowego Jorku.
Susan dziękuje serdecznie Carrie za to, że pchnęła ją do tej decyzji i mówi, że czuje się, jakby po latach wyszła z aresztu. Jak reaguje Carrie? Próbuje rakiem wycofać się z całej sprawy, BO JESZCZE JEDNAK DO NIEGO WRÓCI I SIĘ OBRAZI, A CO WTEDY Z KASZMIREM??? Susan pyta, czy może przenocować u Carrie, na co ta się godzi, ale z wyraźnym niezadowoleniem. W ogóle relacja między Carrie i Susan prezentowana jest tak, żeby widz miał poczucie, że Susan jest denerwującą przyjaciółką, której Carrie ma trochę dość. Zastanawiam się, czy ty naprawdę nie chodzi tylko o ten kaszmir.
Tymczasem Charlotte zmęczyła się facetami i kupiła sobie psa, a Samantha dalej nie może powiedzieć swojemu partnerowi, że źródłem ich problemów w łóżku jest krótki penis, ten proponuje więc terapię dla par. Miranda zaś zaczyna rzucać erotyczne teksty podczas seksu ze swoim chłopakiem i odkrywa, że w sumie to lubi.
Carrie i Susan odwiedzają Charlotte i jej psa, który, jak się okazuje, zawodzi ją tak samo jak wszyscy mężczyźni w jej życiu, bo jest uparty i nie słucha komend.
Susan opowiada o tym, że jej mąż jest dupkiem, ale ma też miłą stronę… o jest bardzo typową rzeczą, jaką mówią osoby w toksycznych relacjach. Podczas całej rozmowy Carrie bardzo sili się na bycie miłą, a Charlotte nawet nie próbuje i jest dla Susan po prostu oschła. Obie zachowują się jak dwunastolatki, do których stolika dosiadła się nielubiana dziewczyna z klasy. Czy one po prostu nienawidzą wszystkich swoich przyjaciółek? Piję tu do wątku Laney.
Następnego dnia rano Carrie dostaje paczkę z kwiatami od Biga z okazji urodzin. Charlotte twierdzi, że Big chce do niej wrócić, Carrie nie wie, co ma o tym myśleć. Widzimy też dalsze zmagania Charlotte z psem, który próbuje zjeść jej torebkę. Carrie w narracji stwierdza, że to ten etap związku, kiedy Charlotte dostrzega, kim naprawdę jest jej pies.
Tego nieposłusznego, niszczącego wszystko psa umieszczono jako metaforę mężczyzny w odcinku, który opowiada o przemocy domowej. I jeszcze Carrie mówi o jego zachowaniu takim spokojnym, pełnym akceptacji głosem, no bo przecież każdy facet się taki okazuje z czasem. Dlaczego Carrie w tym odcinku nie robi nic, tylko siedzi i tworzy całe wachlarze wymówek dla naprawdę okropnych ludzi?
Carrie stwierdza, że z grzeczności zadzwoni do Biga i podziękuje za kwiaty. Przy okazji zaprasza go na swoją imprezę i to z osobą towarzyszącą, czego natychmiast żałuje.
Samantha i jej facet idą na terapię. Para nie uprawiała seksu od miesiąca, Samantha mówi, że po prostu nie czuła ochoty na aktywność seksualną. Jej partner mówi, że widział, jak się masturbuje. Postawiona w krzyżowym ogniu pytań Samantha próbuje się jeszcze wykręcać, aż w końcu mówi, że problem w penisie. On odpowiada, że może to jej wagina jest za duża, wychodzi i więcej nie wraca.
Miranda coraz więcej rozmawia z kochankiem o seksie w ramach wzajemnego podniecania się, kiedy jednak wspomina o tym, że partner lubi, kiedy mu się wkłada palec w tyłek, ten obraża się i, jak rozumiem, zrywają.
Akcja przenosi się na imprezę urodzinową Carrie w stylu kolonialnych fantazji białych ludzi. Wszystkie panie przy stole rozmawiają o tym, jak to faceci lubią palce w tyłkach, ale nie lubią o tym mówić. W końcu kolega gej mówi, że nie lubi mieć niczego w tyłku i wszyscy śmieją się w głos. Bo rozumiecie! Geje! Seks analny!
W końcu przychodzi Big i jak się okazuje jego osobą towarzyszącą wcale nie jest randka, ale kumpel, więc Carrie spada kamień z serca. Okazuje się, że częścią imprezy Carrie jest występ tancerek, na temat którego dużo miałby do powiedzenia Edward Said. Skupiają uwagę na Bigu, a on im wsuwa pieniądze za bieliznę/ stroje.
Susan opowiada kumplowi Biga o swoich problemach z mężem, scena sfilmowana jest tak, żeby pokazać wypowiedź Susan jako denerwującą gadaninę, której nikt nie chce słuchać. Kumpel Biga mówi jej, żeby się kurwa zamknęła, na co Susan przypomina sobie, kiedy te słowa wypowiadał do niej jej mąż i zaczyna niesamowicie tęsknić, przez co postanawia do niego wrócić. Nie to, żebym nie wierzyła, że ofiara przemocy może w jakiś sposób tęsknić za oprawcą, znane są takie mechanizmy, ale fakt, że ten serial pokazuje to jako pozytywne zakończenie jej wątku, jest zwyczajnie kurewsko obrzydliwy.
Po imprezie Carrie odprowadza Biga do taksówki, a po jego odjeździe stwierdza, że jeszcze nie przepracowała do końca rozstania i to jest jedna rzecz, której nie mogła mu powiedzieć. Tak trochę dorzucony ten wątek na siłę i dopchnięty kolanem.
Charlotte wraca do domu i widzi, że pies nasrał jej na dywan i pogryzł poduszki, przekazała go więc Susan i jej mężowi. Teraz przygotujcie się, przed wami najbardziej zjebany moment odcinka: Carrie mówi o psie: „He’d become the glue that put Susan Sharon and her husband back together” i widzimy idylliczną scenę, w której mąż Susan krzyczy na psa zamiast na nią. Boże, jak dobrze, że to już koniec.
Najnormalniejszy był wątek Mirandy, wraz z wątkiem Samanthy mógłby stanowić dobre tło dla głównego wątku Carrie, gdyby ten rzeczywiście poświęcony był jakiejś sytuacji, kiedy szczerość coś zepsuła w relacji, a nie stanowił długiego maratonu obrażania osób, które są ofiarami przemocy ze strony swoich partnerów.
Zaczęłam od tego, że odcinek to mizogiński wysryw i nie zmieniam zdania. Jeśli jesteście w podobnej sytuacji co Susan, niezależnie od płci, nie zasługujecie na to, co was spotyka, nie zasługujecie na takich egoistycznych przyjaciół jak Carrie i nie zasługujecie na to, żeby w popularnych serialach sugerowano, że kupno psa rozwiąże problem. Pamiętajcie, że wbrew temu, co wypisuje Carrie, dużo lepiej być samemu niż być z byle kim. Mam nadzieję, że z czasem zbudujecie życie, w którym będziecie czuć się bezpiecznie i że będzie przy was ktoś, kto zapewni wam wsparcie.
Zwykle zachęcam do oglądania serialu ze mną i dzielenia się opiniami, ale nie jestem w stanie z czystym sumieniem polecić drugiemu człowiekowi oglądania tego odcinka. Jeśli macie jednak jakieś przemyślenia na tematy, które poruszyłam w tym wpisie, zapraszam do dzielenia się nimi w komentarzach.

***


S02E03 – The Freak Show
Odcinek zaczynamy od porównania nadziei na lepsze życie, z jaką przybywali do Nowego Jorku niegdyś imigranci, do nadziei na małżeństwo, z jaką współczesna mieszkanka Manhattanu wybiera się na pierwszą randkę.
Przenosimy się do postaci Samanthy. Dostajemy typową scenę z życia bohaterki: spotkanie z facetem przy winie, a potem seks. Już w mieszkaniu mężczyzny para prowadzi flirt w formie żartów na temat molestowania seksualnego (zaczyna on, Samantha mam wrażenie podłapuje temat, bo nie chce speszyć gościa, z którym chce się przespać), ale nastrój pryska, gdy facet mówi, że Samantha idealnie pasowałaby do profilu osoby, która zgłasza oskarżenie o molestowanie, bo jest starszą kobietą. Samantha jest urażona, na co ten mówi jej, że przecież ma te czterdzieści, czterdzieści jeden lat, więc czego się czepia. Jak dla mnie „starsza kobieta” zaczyna się gdzieś po sześćdziesiątce, ale spoko. Samantha wychodzi na chwilę do łazienki spojrzeć na swoje zmarszczki, a kiedy wraca, zastaje gospodarza mającego na sobie niewiele ponad jakieś uprzęże BDSM, widzimy też, że ma całą szafę gadżetów w podobnym klimacie. Samantha nie jest zainteresowana podobnymi rozrywkami i po prostu sobie idzie.
W kolejnej scenie rutynowo widzimy spotkanie przyjaciółek w jakiejś knajpie i w rozmowie zostaje zarysowany główny temat odcinka – samotni faceci po trzydziestce to dziwacy, bo wszyscy normalni już sobie kogoś znaleźli. Miranda próbuje uzasadniać tę tezę za pomocą darwinizmu społecznego, a zapytana, co w takim razie z nimi, samotnymi kobietami po trzydziestce, mówi, że po prostu są wybredne i idzie po krewetki.
Charlotte przedstawia przyjaciółkom swoją nową sympatię i po usłyszeniu jej imienia Samantha zabiera całą grupę na rozmowę do łazienki. Tam mówi koleżankom, że facet jest znany pośród nowojorskich kobiet jako Mr Pussy, bo pasją jego życia jest robienie minety. Charlotte czuje natychmiastowe obrzydzenie, a Miranda traktuje wiadomość jako potwierdzenie jej tezy o dziwakach.
Okej, co się dzieje? Skąd ta minetofobia? Jedno, że to wygląda wręcz groteskowo, kiedy aktywne seksualnie kobiety po trzydziestce widzą to jako coś dziwnego, drugie, że Charlotte w innym odcinku sugerowała Samancie, że kochanek z krótkim penisem może zadowolić ją językiem, więc jest to po prostu niekonsekwencja.
Koleżanki polecają Charlotte spróbowanie seksu oralnego, do tego z ubikacji wychodzi przypadkowa kobieta i rekomenduje Charlotte minety Mra Pussy, mówiąc, że były tak dobre, że raz zemdlała przy orgazmie. I tak jak wcześniejsza pruderia wydaje mi się przesadzona, tak opowiadanie przypadkowym ludziom o swoich orgazmach również nie wydaje mi się zbyt wiarygodne.
Carrie nie chce uwierzyć, że wszyscy faceci to dziwacy, decyduje się więc na randkę w ciemno. Umawia się z reżyserem, którego dokument ostatnio otrzymał dobre recenzje. Na randce reżyser opowiada o tym, że kręci dokumenty tylko po to, żeby wyrobić sobie reputację, a jego celem jest robienie filmów akcji, bo w tym są największe pieniądze. W tle pojawia się cyrkowa muzyka, a Carrie w narracji, udając konferansjera, przedstawia nam dziw wieczoru, człowieka bez duszy. Chciałam zaznaczyć, że Carrie, skrajna materialistka, gardzi człowiekiem, który pragnie pieniędzy.
Pojawia się jeszcze dwóch facetów, których Carrie opisuje jako osobliwości – jeden bluzga przypadkowych ludzi, a drugi kradnie tanie, używane książki, chociaż jest bogaty. Swoja drogą jego bogactwo wymienione jest przez Carrie na początku randki jako coś pozytywnego, a przypominam, że jeszcze przed chwilą gardziła człowiekiem, dla którego motywacją były pieniądze. Jak rozumiem w świecie Carrie powinno się mieć dużo pieniędzy, ale planowanie zarabiania ich jest już źle widziane. To w sumie pasuje do jej sposobu myślenia o finansach – żyje tak, jakby była bogata, ale nie robi nic, żeby było ją autentycznie stać na taki styl życia.
Po epizodzie randkowym Carrie czyta jakąś książkę o galeriach osobliwości i dochodzi do wniosku, że wolni faceci obniżyli jakość, od kiedy ostatnio randkowała (było to niewiele ponad pół roku temu, więc nie wiem, jakie wielkie zmiany mogły zajść w tym czasie). I teraz uwaga: Carrie z widocznym obrzydzeniem stwierdza, że może nie trzeba było zakazywać prowadzenia galerii osobliwości, bo przynajmniej wtedy wszystkich dziwaków trzymało się w jednym miejscu, a teraz żyją między normalnymi ludźmi. Bogowie w niebiosach, Carrie, naprawdę? Naprawdę uważasz, że ludzi w jakiś sposób innych powinno się trzymać w klatkach i pokazywać za pieniądze? I nie można tutaj bronić Carrie niewiedzą, bo dosłownie czyta książkę o galeriach osobliwości i nie ma możliwości, żeby nie wiedziała, że ich działanie polegało na poniżaniu niepełnosprawnych, osób o pozaeuropejskiej etniczności czy w jakiś sposób androginicznych.
Następnym facetem, którego spotyka Carrie, jest w każdym calu idealny redaktor, który podobnie co ona ma wrażenie, że umawia się ostatnio z samymi dziwaczkami (jego była spała w butach). Dogadują się ze sobą, bo Carrie uważa, że wszyscy faceci są dziwakami, a on, że wszystkie kobiety. Carrie mówi, że widziała kiedyś na jarmarku najgrubsze bliźniaki świata i oboje mieli żony, do tego chude. Fagas próbuje ją uspokoić, mówiąc, że może to była tylko iluzja optyczna. Oboje jak widać uważają, że grubi ludzie nie zasługują na miłość i są immanentnie gorsi od chudych ludzi.
Charlotte cieszy się doskonałymi minetami i chce podjąć próbę zbudowania związku z kochankiem. Przyjaciółki odradzają jej ten pomysł, bo uważają, że Mr Pussy jest dziwakiem i przypominają jej, że nie wie o nim nic poza tym, że jest dobry w seksie oralnym. Później idą na randkę i okazuje się, że rzeczywiście, facet nie ma do zaoferowania nic poza minetami, na randce w ogóle się nie odzywa, tylko sugestywnie je figę. Ostatecznie zrywają.
Samantha tymczasem udaje się do chirurga plastycznego i poddaje się zabiegowi przeniesienia tłuszczu z pośladków na twarz. Kiedy jednak chirurg zaczyna na kolejnym spotkaniu kreślić po jej ciele i pokazywać, co jeszcze mogą poprawić w kolejnych latach, czuje się jak cyrkowa osobliwość i rezygnuje z dalszych usług.
Carrie chce przekonać Mirandę, że nie wszyscy faceci są dziwakami, zabiera ją więc na podwójną randkę, umawiając z kolegą swojego nowego chłopaka. Okazuje się, że kolega nie opuścił Manhattanu od dziesięciu lat, więc Miranda uznaje go za dziwaka. Mówi Carrie, że jej chłopak też musi być dziwakiem, skoro się kumplują.
Carrie i nowy fagas w końcu spędzają razem noc. Rano kochanek wychodzi i mówi, że wróci za dwie godziny. Carrie stwierdza, że wykorzysta ten czas, żeby przeszukać jego mieszkanie i znaleźć jakiś ślad utajonej dziwaczności. Ten wraca jednak wcześniej i przyłapuje ją na gorącym uczynku, przez co uznaje za dziwaczkę i rzuca.
Odcinek kończy się refleksją Carrie na temat tego, że niezależnie od płci wszyscy single na Manhattanie czasem zachowują się jak dziwacy, ale nie należy się poddawać, bo skoro najgrubsze bliźniaki na świecie mogą znaleźć miłość, to jest nadzieja dla wszystkich.
Przez cały odcinek przewija się założenie, że głównym celem każdego singla jest wzięcie ślubu. Przeciwko takiemu podejściu oponuje jedynie Miranda, która w tym odcinku postanawia zupełnie odpuścić sobie poszukiwania partnera (twórcy jednak mogli sobie odpuścić ten darwinistyczny motyw). No i Samantha, której wątek zamyka się w kilku scenach, a jego konkluzja jest taka, że… niby chodziło o to, że czuła się uprzedmiotowiona podczas konsultacji u chirurga, ale dostaliśmy cyrkową muzykę, gdy spojrzała w lustro, więc przesłanie tego wątku jest raczej takie, że operacje plastyczne robią z ciebie dziwaka.
Cały pomysł na wprowadzenie motywu galerii osobliwości uważam za bardzo nietrafiony, bo naprawdę można było opowiedzieć o serii nieudanych randek i trudnościach w znalezieniu partnera po trzydziestce bez odwoływania się do tak okrutnej instytucji. Bo nie jest tak, że serial prezentuje nam poglądy Carrie na temat dziwaków jako po prostu jej poglądy – takie podejście jest traktowane jako coś przezroczystego, trzeba w jakimś stopniu podzielać ksenofobiczne poglądy Carrie, żeby odcinek miał w ogóle dla widza sens. I nie, nie pomaga tu końcowe stwierdzenie, że wszyscy single czasem dziwnie się zachowują, bo wciąż zaraz po nim słyszymy, że mogą być dziwni, ale przynajmniej nie są grubi, więc nie jest tak źle.
Przyrzekam wam, że naprawdę nie zaczęłam tej serii z zamiarem tworzenia jednego długiego pojazdu po serialu, ale jest gorzej, niż się spodziewałam. Piszcie, co myślicie, w komentarzach, z chęcią się dowiem. Może jest jakaś linia obrony dla bohaterek, o której nie pomyślałam.

***


S02E04 – They Shoot Single People, Don’t They?
Carrie opowiada nam, że niektóre zdarzenia, jak przelot komety Halleya, są tak rzadkie, że zasługują na szczególną uwagę. Do takich wydarzeń zalicza znalezienie się czterech singielek w jednym klubie tanecznym. Chodzi oczywiście o nasze bohaterki, które wyszły sobie wieczorem na salsę. W pewnym momencie do Samanthy podchodzi facet i prosi ją do tańca, ta odmawia, mówiąc, że przyszła tu dzisiaj tylko z koleżankami. On mówi jej, że jest jednym z właścicieli klubu i chętnie się z nią spotka kiedy indziej, po czym daje jej swoją wizytówkę, którą ta z chęcią bierze. Jeśli myślicie w tym momencie, że Samantha zainteresowała się nim zapewne tylko dlatego, że jest bogaty, to tak, tak właśnie było.
Panie bawią się doskonale, ale Carrie musi się zbierać, bo nowy chłopak jej kolegi geja załatwił jej po znajomości sesję zdjęciową do artykułu „Single and fabulous” i chce się przed nią wyspać. Decyduje się wypić ostatniego drinka i wyjść, ale jakoś tak nie wychodzi i imprezuje do świtu. Nad ranem dodatkowo przysypia i spóźnia się na sesję godzinę, za co chłopak geja jest na nią wściekły. Do próbnych zdjęć siada jeszcze z kawą i papierosem.
Po sesji Carrie wychodzi z Mirandą i Charlotte na sportowy spacer. Przypadkowo spotykają człowieka, którego potem Miranda opisała im jako „okulistę, po seksie z którym kiedyś udawała orgazm”. Charlotte jest zdziwiona, że Miranda zerwała z okulistą tylko dlatego, że nie był w stanie doprowadzić jej do orgazmu. Jest zdania, że jeżeli związek jest dobry, to czasem można udawać, bo seks nie jest najważniejszy. Carrie wypala podczas treningu wszystkie swoje papierosy i idzie kupić nowe. W kiosku odkrywa, że została wprowadzona w błąd i artykuł miał nosić tytuł „Single and fabulous?” a nie „Single and fabulous!”, do tego na okładkę gazety wybrano jej wyjątkowo nieudane zdjęcie z sesji próbnej. W realnym świecie pewnie musiałaby podpisać zgodę na wykorzystanie wizerunku i zobaczyłaby tytuł artykułu, ale wygląda na to, że wszystko tutaj opierało się na słownej umowie.
W samym tekście autorka rozwodzi się nad tym, jak to singielki oddają się zabawom, żeby nie myśleć o tym, jakie są samotne. Miranda jest wkurzona na artykuł i mówi, że takie rzeczy publikowane są tylko po to, żeby nakłaniać młode dziewczyny do małżeństwa. Panie stwierdzają, że są singielkami i dobrze im z tym, a artykuł to kupa bredni. Carrie w narracji mówi nam, że ma wrażenie, że same nie do końca w to wierzą, bo w ciągu tygodnia wszystkie trzy przyjaciółki znalazły sobie chłopaków – Miranda zadzwoniła do spotkanego na spacerze byłego, Samantha do właściciela klubu, a Charlotte umówiła się z wiecznie próbującym szczęścia w aktorstwie kolegą, który co jakiś czas wpada do niej zająć się „męskimi czynnościami”, czyli drobnymi naprawami w mieszkaniu.
Carrie postanawia nie wychodzić z domu tak długo, jak długo w kioskach można zobaczyć ją na okładkach. Próbuje tez rzucić palenie. W swoim artykule na ten tydzień zastanawia się nad tym, czy ze strachu przed samotnością kobiety oprócz orgazmów nie udają całych związków i powiem wam, że byłam nieźle zdziwiona, że temat artykułu naprawdę pasuje do przedstawianych wydarzeń, bo serial przyzwyczaił mnie do tego, że Carrie rzuca coś od czapy.
Miranda wciąż udaje orgazmy podczas seksu z okulistą. Nie jest w stanie zrozumieć, jak mężczyźni mogą być w stanie zbudować silnik samolotowy, ale nie rozumieć, jak działa łechtaczka. Carrie zwraca jej uwagę na to, że tak długo, jak będzie udawać orgazmy, jej chłopak na pewno nie dowie się, jak doprowadzić ją do prawdziwego. Rozmawiają też o tym, dlaczego Miranda w ogóle udaje – odpowiedź brzmi: „He is a nice guy… He means well…”.
Na marginesie to to całe gadanie o tym, jak facecie są od skręcania silników i naprawiania elektryki opiera się na bardzo stereotypowym pojmowaniu ról płciowych, którego nikt w żaden sposób nie kwestionuje.
Samantha wychodzi ze swoim bogaczem do jego kolejnych klubów. On ciągle opowiada jej o swoich posiadłościach i obiecuje wspólny wyjazd na wakacje. Bohaterka czuje się uwiedziona i idzie z nim do łóżka.
Miranda znowu uprawia seks z okulistą, ale tym razem nie udaje. Przyznaje mu się też do tego, że udawała wcześniej i sugeruje, że to samo mogły robić jego poprzednie partnerki. Lekarzowi całe życie przelatuje przed oczami. Po przejściu początkowego szoku wkłada okulary i prosi Mirandę o lekcję.
Później widzimy, jak Miranda próbuje nauczyć okulistę działania jej anatomii. Wciąż mu nie wychodzi, ale Miranda czuje, że lekarz zasługuje na docenienie jego starań, więc mimo wszystko udaje orgazm, a potem z nim zrywa.
Aktor, z którym umawia się Charlotte, miał wyjechać do Salt Lake City za rolą w mormońskiej operze mydlanej, decyduje się jednak zostać, żeby być z Charlotte. Carrie uważa, że fakt, że facet potrafi robić naprawy w domu to za mało, żeby się z nim związać, lecz Charlotte jest zdania, że to doskonała podstawa związku.
Carrie idzie przez miasto i zastanawia się, czy nie jest tak, że to ona udaje, że jest szczęśliwa jako singielka. Postanawia kupić papierosy w kiosku, w którym sprzedawca rozpoznaje ją z okładki i patrzy na nią z litością. Carrie uznaje litość ze strony kioskarza za oznakę ostatecznego upadku, postanawia więc udowodnić całemu światu, że tak, jest szczęśliwa jako singielka.
Nasza bohaterka wychodzi na drinka do gejowskiego baru z kolegą gejem i jego chłopakiem, który wrobił ją w tę sesję. Chłopak, który wcześniej był dla niej wredny, teraz rzuca żarty i zachowuje jak przegięty stereotypowy gej. Carrie mówi swojemu koledze gejowi, że musi zerwać z facetem, który tak ją urządził, ten odpowiada, że nie może, bo już zaplanowali razem wakacje.
Wracamy do wątku Samanthy. Okazuje się, że właściciel klubu ją wystawił i nie pojawił na randce w restauracji. Carrie w narracji mówi nam, że był facetem, który udawał przyszłość, żeby w teraźniejszości dostać to, czego chciał. Roztrzęsiona Samantha rozlewa wino, kelner odprowadza ją do łazienki i zaczyna pocieszać. Po tym, jak Samantha doprowadza się do porządku, zaczynają się całować. Kelner proponuje, że pójdzie z nią do domu, ta jednak odmawia. Carrie określa sytuację słowami: „Samantha let the Pakistani busboy kiss her […] As Samantha looked into his sweet and hopeful eyes, she realized something. No matter how much it hurts, sometimes it’s better to be alone than fake it”.
Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale według mnie nie tylko status społeczny, ale i pochodzenie etniczne ma tu znaczenie. Zwróćcie uwagę, jak Carrie opisuje tego mężczyznę w pierwszym zdaniu cytatu – jest ono zbudowane tak, jakby było czymś oczywistym, że w zastałej sytuacji jest coś dziwnego. Dodam, że w całym odcinku naliczyłam tylko dwie osoby o innym kolorze skóry niż biały i są to właśnie wymieniony Pakistańczyk oraz kioskarz, którego litością Carrie czuła się upokorzona. W najlepszym wypadku Carrie czuje słabo krytą pogardę dla ludzi z klas niższych (do białego aktora bez kariery też podchodziła z dystansem), w najgorszym jest ona podszyta uprzedzeniami rasowymi.
Przypomnijmy sobie też, jak Charlotte zachwyciła się myślą o randkowaniu z okulistą i jak Samantha przekonała się do faceta, kiedy się okazało, że jest bogaty – wychodzi na to, że tylko Miranda w tym odcinku nie patrzy na ludzi przez pryzmat ich zarobków.
Po scenie w restauracji wracamy do wątku Carrie. Lekko już podpita rozlewa drinka na spodnie jakiegoś przypadkowego mężczyzny, po czym zaczyna ich dotykać, przepraszając. Ten siłą odsuwa jej rękę i sobie idzie, na co Carrie odpowiada mu, krzycząc za nim, żeby się jebał. Jej kolega gej stwierdza, że czas, żeby wróciła do domu. Carrie nie chce wracać i mówi mu, że chce zostać i poznać ładnych chłopców. Na próbę przekonania jej, że otaczają ją sami geje, odpowiada „I don’t think so”. Zgadzam się z kolegą gejem w tym momencie jak z nikim w tym serialu do tej pory. Niech Carrie już przestanie napastować homoseksualistów i po prostu wróci do domu.
Carrie w końcu udaje się wyrwać jakiegoś heteroseksualistę, z którym chce pójść do łóżka. W drodze do mieszkania zatrzymują się przy kiosku, w którym heteroseksualista chce kupić papierosy i przy okazji zauważa nieszczęsną okładkę, którą pokazuje Carrie. Konfrontacja z tym obrazem jej samej sprawia, że Carrie odechciewa się seksu, bo wie, że uprawiałaby go tylko dla podniesienia sobie samooceny, a wtedy artykuł stałby się prawdziwy.
Charlotte i aktor orientują się, że oboje w tym związku udają (ona, że zależy jej na tym, żeby nie wyjeżdżał, on, że chodzi tylko o rolę, kiedy tak naprawdę miał dość Nowego Jorku) i zrywają. Związek nauczył Charlotte, że nie potrzebuje w swoim życiu faceta, który będzie jej w mieszkaniu naprawiał elektrykę, może nająć fachowca.
W ostatniej scenie odcinka widzimy Carrie, która siedzi sama w ogródku kawiarni i mówi nam w narracji, że teraz już nic nie udaje.
Moim zdaniem „Seks w wielkim mieście” radzi sobie najlepiej, kiedy opowiada o lękach pewnych siebie kobiet, i trochę tego w tym odcinku widzimy, co sprawia, że mimo wad oceniam go raczej pozytywnie. Sam koncept odcinka o fenomenie udawania orgazmów i udawaniu, że w związku jest dobrze ze strachu przed samotnością jest według mnie dobry i został całkiem nieźle rozegrany.
Nie spodziewałam się, że Miranda należy do kobiet, które cokolwiek udają, ale nie jest tak, że takie zachowanie nie pasuje do jej postaci. Widzieliśmy już, że jako singielka czuje się wykluczona w swoim miejscu pracy, rozumiem więc, że tego typu artykuł mógł sprawić, że spróbowała podejścia Charlotte. Nie dziwi mnie też, że nie była w stanie na dłuższą metę udawać i zerwała z chłopakiem (tak naprawdę, to myślę też, że pewnie coś by im się udało wykombinować, żeby w łóżku było dobrze, chociażby spróbowanie czegoś poza penetracją waginy penisem mogłoby pomóc, ale załóżmy, że rzeczywiście nie).
Co do Samanthy, to jej wątek działaby sporo lepiej, gdyby dano go innej postaci. W poprzednich odcinkach widzieliśmy, że jest miłośniczką seksu na pierwszej randce i w żadnym wypadku nie potrzebuje, żeby ją dużo namawiać na seks. Mając taką wiedzę o postaci, trudno jest jej podekscytowanie wspólną przyszłością z właścicielem klubu widzieć jakkolwiek inaczej niż jako czyste pragnienie życia w bogactwie, co sprawia, że nie współczujemy postaci tak samo, jak gdyby na jej miejscu była Charlotte. Wątek Samanthy w tym odcinku miał nam pokazać, że artykuł w jakiś sposób pchnął ją do przemyślenia stylu życia i wzięcia pod uwagę zbudowania związku, ale moim zdaniem można to było zrobić tak, żebyśmy nie zostali z wrażeniem, że liczą się dla niej tylko pieniądze, co raczej nie było zamierzone.
Charlotte znowu nie znalazła faceta dla siebie i zrobiła krok w stronę uniezależnienia się od myśli, że w jej życiu koniecznie potrzebny jej mężczyzna. No bo rzeczywiście, jak masz być z kimś tylko dlatego, że inaczej nikt ci nie wymieni lampy za darmo, to może nie warto.
Carrie udaje, że wszystko dobrze, ale tak naprawdę lekko się załamuje, aby na koniec stwierdzić, że żaden artykuł jej nie definiuje. Poza tym, że nie podobało mi się sporo rzeczy, które w tym odcinku zrobiła i powiedziała, o czym była mowa wcześniej, to chyba jeden z jej lepszych łuków fabularnych. Mam poczucie, że faktycznie uporała się z jednym ze swoich problemów, zobaczymy jednak, co pokażą kolejne odcinki.
Zagadką pozostaje dla mnie jej powrót do nałogu nikotynowego – z jednej strony przestaje udawać, że jest kimś, kim nie jest, z drugiej strony kupuje te papierosy w momencie, kiedy rozważa, czy aby nie udawała, że jest szczęśliwą singielką, więc nie jest to żaden chwalebny moment, raczej w tym momencie mamy ten zakup papierosów widzieć jako porażkę.
Okazało się, że miałam na temat tego odcinka do powiedzenia więcej, niż myślałam (zresztą zawsze tak jest, oglądam pierwszy raz i myślę sobie „a, to taki nieskomplikowany odcinek, będzie krótki post”, a potem oglądam drugi raz i piszę dwie i pół strony w Wordzie). Piszcie w komentarzach, co myślicie, najlepiej po obejrzeniu odcinka. Albo przynajmniej dajcie znać, że wciąż czytacie, bo nic mnie tak nie motywuje do dalszego pisania jak wasz odzew.

***


S02E05 – Four Women and a Funeral
Projektant mody i przyjaciel Carrie niegdyś znany jako Harvey, a teraz jako Javier, umiera z powodu przedawkowania heroiny, więc Carrie, Charlotte oraz Samantha wybierają się na pogrzeb. Okazuje się, że tylko Carrie i Charlotte wybrały proste, czarne sukienki, reszta, aby pokazać swój status, przybyła w drogich ubraniach zaprojektowanych przez zmarłego i uroczystość zmieniła się w pokaz mody. Na pogrzebie głos zawiera siostra zmarłego, a zarazem jego dziedziczka, która od momentu śmierci zdążyła zafundować sobie kilka operacji plastycznych albo co najmniej zabiegów medycyny estetycznej. Kobieta prosi o wpłacanie datków na fundację imienia Javiera, która ma pomagać pracownikom przemysłu modowego zmagającym się z uzależnieniami.
Samantha postanawia pomóc w zbieraniu pieniędzy, żeby zdobyć kontakty do śmietanki towarzyskiej Nowego Jorku, co pomoże jej agencji PR. Carrie pali papierosa. Charlotte przypadkowo podrywa faceta odwiedzającego grób żony.
W tym czasie Miranda kupuje mieszkanie i wszyscy na jej drodze okazują zdziwienie, że kupuje je sama, bez faceta, musi więc wszystkim tłumaczyć, że tak, jest samotną kobietą kupującą mieszkanie i nie, nie dostaje na nie pieniędzy od ojca.
Carrie myśli o śmierci i o wszystkich rzeczach, których jeszcze nie zrobiła. Postanawia umówić się na obiad z Bigiem, bo… nie jest to jasno powiedziane, ale chyba chce przed śmiercią jeszcze raz z nim spróbować. Mówi, że jeszcze nigdy nie była w Grecji, nie skończyła malować łazienki i nie spłaciła karty kredytowej i czasem czuje, że ledwie żyje – te słowa mają, jak rozumiem, stanowić dla widza jakieś uzasadnienie jej decyzji.
Samantha zaczyna rozmawiać z bogaczami i zbierać datki. Widzimy, że z rozmowy z jednym z darczyńców wywiązał się flirt, para została jednak nakryta i teraz do końca odcinka Samantha będzie prześladowana przez zazdrosną żonę niczym kochanka Zeusa przez Herę.
Przy obiedzie Charlotte próbuje wytłumaczyć Mirandzie, że kupienie mieszkania to zły krok, bo teraz jeśli spotka faceta, który wynajmuje lokum, będzie się przy niej czuł za mało męski. Miranda mówi, że nie potrzebuje faceta, a Samantha zwraca jej uwagę na wiktoriańskie podejście do sprawy. Do tego kobiety są zmuszone do opuszczenia restauracji za sprawą działań żony prześladującej Samanthę. Dzięki temu nie muszą płacić, więc w sumie nie wyszły na tym źle.
Wdowiec na randce z Charlotte wspomina swoją żonę i zaczyna płakać, co porusza naszą bohaterkę. Ostatecznie sprawia to, że para zbliża się do siebie i uprawia seks. Charlotte jest zadowolona z obrotu spraw, chociaż przyjaciółki mówią jej, że tego rodzaju trójkąt ze zmarłą kobietą może nie wróżyć dobrze związkowi. Potem widzimy, jak Charlotte jedzie ze swoim nowym chłopakiem na grób jego żony i przynosi kwiaty. Przyjeżdżają też trzy inne kobiety z kwiatami, zdradzona bohaterka bije więc faceta bukietem i sobie idzie, a konkluzja z tego taka, że…? Nie wiem. Nie mam pojęcia.
Przed randką z Bigiem Carrie myśli o tym, co dzieje się w życiu Charlotte, i zastanawia się, czy związek jest w stanie ożywić człowieka. Na samej randce pyta Biga o jego poglądy w kwestii życia pozagrobowego: on mówi, że nie myśli o takich rzeczach, ona, że wierzy w reinkarnację. Potem Big mówi jeszcze, że jego wizja nieba to wielkie łóżko pełne chętnych kobiet, co para zamienia w flirt. idą do jego mieszkania, do niczego jednak nie dochodzi, bo Carrie stwierdza, że spotkanie z Bigiem to był błąd i sobie idzie.
Miranda poznaje swoja nową sąsiadkę, która w ciągu minuty od przywitania się opowiada, że przed Mirandą w mieszkaniu umarła samotna kobieta, której zwłoki jadły jej własne koty. Potem w trakcie konsumowania chińszczyzny bohaterka się krztusi i ledwo udaje jej się wypluć kawałek jedzenia, który utknął jej w gardle. Przerażona stwierdza, że umrze samotna jak poprzednia lokatorka, idzie spać głodna i zamyka swojego kota w kuchni na dwa dni.
Samantha chce sobie wybłagać powrót do życia społecznego u przyjaciółki mściwej żony. Okazuje się jednak, że przyjaciółka również kiedyś przyłapała swojego męża z Samanthą, więc nic nie udaje się wskórać. Jak się kończy ten wątek? Samantha zupełnie niespodziewanie spotyka na ulicy Loenardo DiCaprio i się z nim zaprzyjaźnia, dzięki czemu znowu jest mile widziana na salonach. Nie żartuję.
Miranda dostaje ataku paniki podczas spaceru po swojej nowej okolicy i o mało nie wpada pod samochód. Jedzie do szpitala, gdzie po wizycie u lekarza wspiera ją Carrie. Miranda czuje się samotna i załamana, okazuje się, że samodzielny zakup mieszkania wiele wymagał od niej psychicznie.
Przez błąd w papierologii Miranda musi napisać mejla, w którym wyjaśnia, że jest singielką. Jest to dla niej ciężkie, ale kiedy jej się udaje, tym samym pokonuje swoje ataki paniki (Carrie w narracji opisała sprawę jako wybór między atakiem paniki a napisaniem mejla i jestem przekonana, że jest to co najmniej bardzo duże uproszczenie mechanizmów działania ludzkiej psychiki), po czym stawia nad kominkiem swoje zdjęcie z przyjaciółkami i na wszelki wypadek przekarmia kota.
Carrie nie oddzwania do Biga, ten więc zachodzi do niej, żeby upewnić się, że jeszcze żyje. Przekomarzają się, a potem prawie idą do łóżka, ale w ostatniej chwili Carrie proponuje, żeby zamiast do sypialni poszli na kręgle. Big mówi, że jego wersja piekła to buty na kręgielnie, ale mimo modowego dyskomfortu udaje mu się zbić wszystkie dziesięć kręgli naraz. W końcu uprawiają ten seks i znowu są razem. Carrie mówi, że nigdy nie czuła się bardziej żywa.
To jeden z tych odcinków, przy których widz odnosi silne wrażenie, że pisane były na siłę. Był jakiś plan, że na tym etapie drugiego sezonu związek Carrie i Biga ma zostać wskrzeszony, ktoś stwierdził, że można dać śmierć jako temat przewodni odcinka, więc niech Charlotte spotyka się z wdowcem, Miranda myśli o własnej śmierci, a Samantha będzie martwa dla śmietanki towarzyskiej. Wątki Samanthy i Charlotte moim zdaniem wiodły donikąd i zabrakł o im pomysłów na zakończenia, a Mirandy był trochę lepszy, ale ostatecznie bohaterka przeżywała ten sam problem co w kilku poprzednich odcinkach. Połączenie refleksji Carrie o śmierci z chęcią powrotu do Biga też jest trochę na siłę. Ostatecznie najciekawszym elementem odcinka jest makijaż klauna jednego z panów na pogrzebie.
W komentarzach dajcie znać, co myślicie. Może dostrzegliście w tym odcinku więcej głębi niż ja.

***


S02E06 – The Cheating Curve
Zaczynamy na wernisażu wystawy obrazów lesbijskiej malarki w galerii Charlotte. Na wernisaż przyszło mnóstwo ludzi, w tym nasze bohaterki: Charlotte i Miranda i facetami, z którymi się aktualnie umawiają, a Carrie z Samanthą. Ta ostatnia jest rozczarowana, bo zjawiło się niewielu facetów, więc nie ma kogo podrywać. Wiedziała, że wystawą zainteresowane są głównie lesbijki, miała jednak nadzieję, że za lesbijkami przyjdą heteroseksualni mężczyźni. (Mnie faceci, którzy chodzą gdzieś za lesbijkami, wydają się bardzo odpychający, ale Samantha ma widać inne standardy). W końcu jakiegoś wyczaja, Carrie udaje się więc wymknąć na utrzymywane w tajemnicy przez przyjaciółkami spotkanie z Bigiem. Namiętnie się ruchają w jego mieszkaniu, podczas gdy w narracji Carrie mówi, że poczucie winy działało jak afrodyzjak.
Charlotte tymczasem… po prostu zacytuję Carrie: „By midnight, Charlotte discovered Manhatan’s latest group to flaunt their disposable income: the power lesbians. They seem to have everything. Great shoes, killer eyewear and the secrets to invisible makeup”. Przyzwyczajcie się do potężnych lesbijek jako bohatera zbiorowego, zostaną z nami na cały odcinek. Do tego na sali kończy się szampan, Charlotte idzie więc na zaplecze po więcej, zamiast alkoholu znajduje jednak swojego chłopaka całującego się z jakąś przypadkową kobietą. Fagas nawet nie przeprasza – mówi, że tylko się całują i że zaraz wróci do Charlotte.
Później wszystkie przyjaciółki rozmawiają o sytuacji, w której znalazła się Charlotte. Samantha jest zdania, że to była dopiero druga randka, więc nie ma nad czym płakać, a poza tym faceci i tak zawsze zdradzali i zawsze będą zdradzać, bo tak im każe biologia, więc lepiej się z tym pogodzić, niż nad tym płakać. Carrie przypomina, że kobiety też zdradzają, na co Charlotte odpowiada, że to co innego, bo facetom testosteron każe zdradzać, a kobiety kierują się emocjami. Abstrahując od tego, że jest to niebywale seksistowskie podejście oparte na rozumieniu biologii płytkim jak kałuża, to dalej nie mam pojęcia, jaka to miałaby być różnica dla zdradzanego partnera.
Carrie twierdzi, że problem polega na tym, że Charlotte i Samantha mają różne definicje zdrady i że nie można jednoznacznie zdefiniować, co jest zdradą, a co nie jest, bo u każdego ta granica będzie inna i prawdopodobnie zależna od tego, jaką sami mają ochotę na zdradę. Samantha mówi jeszcze, że zdrada jest zdradą tylko wtedy, gdy zostanie się złapanym i potem widzimy, jak Carrie rozmyśla o tym drzewie, co upada w lesie, ale nie ma nikogo, by to usłyszeć, i pisze artykuł na temat zdrad.
Charlotte ma dość wymówek chłopaka, który ją zdradzał, i stwierdza, że od teraz będzie bujać się z potężnymi lesbijkami. Nasza bohaterka jest pod wrażeniem tego, jak bardzo życie lesbijek jest pozbawione dramy i doskonale się czuje w towarzystwie samych kobiet.
Miranda jest na randce z tym samym facetem, z którym była na wernisażu. Jest on twórcą filmów dokumentalnych i na randce oglądali przez cztery godziny „Shoah” (a więc okrojoną wersję, jak mniemam). Facet z zapałem opowiada Mirandzie o tym, że „Shoah” to lepszy film niż „Lista Schindlera”, bo dokumenty są immanentnie lepsze niż filmy fabularne. Miranda ma dość jego gadania i idą się seksić. W łóżku okazuje się, że dokumentalista włącza porno i skupia się na nim bardziej niż na Mirandzie. Przy kolejnych spotkaniach ziomek dalej odpala swoje filmy (ma w każdym pokoju telewizor, na którym jest w stanie odpalić porno jednym kliknięciem pilota) i dzięki temu wątek zostaje wpasowany w główny temat odcinka – Miranda bowiem czuje się, jakby jej facet zdradzał ją z aktorkami porno. W ogóle to nie czaję tego pana, bo pornografia ma dużo więcej wspólnego z filmami fabularnymi niż dokumentalnymi, więc nie wiem, czemu nimi nie gardzi.
Wątek kończy się tak, że Miranda daje facetowi wybór między sobą a aktorkami, a kiedy ten zaczyna się zastanawiać, wychodzi i więcej nie wraca.
Carrie mówi Bigowi, że nie powiedziała przyjaciółkom, że znowu się spotykają, ale jest zdziwiona, że on też nikomu nie powiedział. Jak rozumiem, w dynamice tego związku absolutnie nic się nie zmieniło od czasu, kiedy ostatnio byli parą. Jak ten wątek wpasowuje się w motyw zdrady, zapytacie. Otóż Carrie już spieszy z odpowiedzią: bohaterka mówi widzom, że czuje się, jakby zdradzała swoje koleżanki, nie mówiąc im prawdy.
Samantha umawia się z Thorem, swoim trenerem z siłowni. Idą razem pod prysznic i tam on ją goli, w tym jej wzgórek łonowy, ale zostawia na nim trochę włosów w taki sposób, by układały się w kształt błyskawicy. Potem podekscytowana Samantha opowiada koleżankom o tym doświadczeniu i rozwodzi się na temat tego, że teraz trzeba dbać o włosy łonowe i jest cały biznes fryzjerski zajmujący się łoniakami. Samantho, w kapitalizmie jest cały biznes poświęcony dosłownie wszystkiemu, i to te biznesy stoją za modami, czy urodziłaś się wczoraj?
Charlotte opowiada o swoich nowych lesbijskich koleżankach przyjaciółkom i te zaczynają ją podpuszczać, sugerując, że jest od teraz lesbijką. Pytają ją, czy potężne lesbijki wiedzą, że jest hetero, na co Charlotte odpowiada, że pewnie tak, ale że to nie ma żadnego znaczenia. Samantha i Miranda mówią jej, że musi im o tym powiedzieć, bo inaczej je zwodzi, a mogą być nią zainteresowane. I że można się przyjaźnić z kimś innej orientacji, ale nie można wejść do lesbijskiej społeczności, będąc hetero.
Miranda mówi, że była lesbijką w czwartej klasie, nawet całowała się z dziewczyną i było fajnie (ta uwaga była rzucona trochę bez związku z rozmową, ale przytaczam ją tutaj, bo potwierdza moją tezę o tym, że zarówno Miranda, jak i Charlotte jako postaci są biseksualistkami, tylko scenarzyści walczą z tym faktem na wszystkie możliwe sposoby).
Carrie większość rozmowy spędziła w łazience, bo nie może wyciągnąć diafragmy. Zdesperowana prosi przyjaciółki o pomoc i Miranda wskazuje na Charlotte, bo niby jest lesbijką, co jest niezbyt miłym żartem. Ostatecznie sprawą zajmuje się Samantha, która w ramach zadośćuczynienia domaga się postawienia kolacji.
Przyjaciółki pytają, z kim sypia Carrie, więc bohaterka w końcu się przyznaje do seksu z Bigiem. Przyjaciółki mówią jej, że to błąd, czego spodziewał się chyba każdy, ale Carrie nie chce ich słuchać, tylko opowiada o tym, jaką mają chemię, chociaż przyznaje przed widzami, że wie, że mają rację.
Charlotte idzie na imprezę do najpotężniejszej z nowojorskich lesbijek. Wszystko idzie świetnie, zostaje nawet zaproszona na wyjazd na narty. Pada jednak jedno ważne pytanie – czy Charlotte jest lesbijką? Ta wyznaje, że nie i zostaje wyklęta.
Na saunie Samantha widzi inną kobietę z błyskawicą wygoloną na kroczu. Ostatnią sceną tego wątku jest zbliżenie na twarz Samanthy, która chyba wyraża lekką niechęć, i to tyle, jeśli chodzi o jakieś podsumowanie. Powiedziałabym, że mamy tu do czynienia z zakończeniem otwartym, bo nijak nie zgadnę, czy Samantha tylko utwierdziła się w swoich przekonaniach, czy teraz wie, że zdrada może zaboleć.
Carrie rozmawia z Bigiem na temat statusu ich związku i ich rozmowa przebiega dokładnie tak enigmatycznie jak zawsze, a odpowiedzi Biga są równie wymijające i bez znaczenia jak w pierwszej serii. Carrie nie jest od niego wiele lepsza, bo dużo szczerzej opowiada widzom niż Bigowi, dlaczego z nim w ogóle zerwała i czego się boi, próbując jeszcze raz. Są dla siebie stworzeni.
Na początku odcinka myślałam, że zostanie rozwinięty wątek tego, że dla każdego człowieka zdrada może oznaczać co innego, zamiast tego dostaliśmy spektrum płaszczyzn, na których można zdradzać i oszukiwać, co wcale niekoniecznie jest złym pomysłem. Cieszę się, że oszukiwanie przyjaciółek pokazano jako coś poważnego i ciążącego na Carrie emocjonalnie, nie rozumiem natomiast wątku oszukiwania lesbijek przez Charlotte. Nie wiem, może i nowojorskie lesbijskie podziemie z lat dziewięćdziesiątych naprawdę było tak hermetyczne, trzeba by tutaj ekspertyzy historycznej, ale jako wątek postaci wciąż cała ta sprawa zmierzała donikąd. No bo czego nauczyła się Charlotte? Że jak jeszcze kiedyś pójdzie na kluby z grupą kobiet, to musi im koniecznie powiedzieć, jakiej jest orientacji?
Wiecie, jak łatwo można było naprawić ten wątek? Czyniąc go kamieniem milowym na drodze Charlotte do odkrycia, że jest biseksualna. Ale tego nam ten serial nigdy nie da.
Ogólnie tylko wątek Carrie coś zmienił w życiu tej postaci (chociaż też nie wprowadził nic nowego, raczej odesłał ją do punktu sprzed końca pierwszej serii, dodając tylko trochę samoświadomości), reszta to zapychacze o mało ciekawych, jeśli jakichkolwiek, konkluzjach.
Piszcie w komentarzach, co sądzicie o odcinku i czy się ze mną zgadzacie. Kto wie, może wam bardziej przypadł do gustu wątek lesbijski.

***


S02E07 – The Chicken Dance
Carrie coraz częściej nocuje u Biga i pewnego razu, gdy zapomina przynieść szczoteczki do zębów, Big oferuje jej końcówkę do jego szczoteczki elektrycznej, co Carrie uznaje za sygnał przejścia związku na kolejny etap.
Tymczasem Miranda zaczyna meblować swoje mieszkanie, bo ma do niej przyjechać w gości przyjaciel z Londynu, z którym znajomość od pewnego czasu powoli przeradzała się we flirt. Zatrudnia dekoratorkę wnętrz do pomocy, aby zrobić na nim dobre wrażenie i na nieszczęście Mirandy po przyjeździe gościa okazuje się, że jest on dużo bardziej zainteresowany romantycznie dekoratorką niż Mirandą. Para zaczyna randkować i już po tygodniu ogłasza zaręczyny.
Miranda, która na przestrzeni poprzednich odcinków doszła do wniosku, że chciałaby znaleźć męża, czuje się odrzucona i zazdrosna, stara się tego jednak nie okazywać zakochanej parze. Charlotte czuje przypływ nadziei, bo przekonuje się, że można nikogo nie mieć, ale nagle się zaręczyć, Carrie zaś autoironicznie komentuje związek jej i Biga, w którym dopiero po roku znajomości doczekała się własnej końcówki do szczoteczki. Samantha mówi, że obsesja kobiet na punkcie wychodzenia za mąż jest bez sensu, po czym wyrywa jakiegoś fagasa.
Po powrocie z imprezy zaręczynowej do mieszkania Carrie dzwoni do Biga i pyta go, co sądzi o parze, która zaręczyła się po tygodniu, i czy wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia. Big mówi, że parze daje trzy miesiące, wierzy w nie miłość, ale pożądanie od pierwszego wejrzenia, a do tego pyta, co Carrie ma na sobie. Proponuje też, żeby następnym razem nie dzwoniła, tylko do niego przyszła, najlepiej nago. Komentarze Biga są dosyć głupie, ale też nie sądzę, że można oczekiwać, że będzie traktował poważnie tego typu pytania obudzony telefonem w środku nocy. Carrie zaczyna pisać artykuł o wierze w miłość od pierwszego wejrzenia w mieście tak cynicznym jak Nowy Jork.
Zakochana para planuje ślub, który ma się odbyć już za cztery tygodnie (nie wiem, jak bogatym trzeba być, żeby znaleźć salę w Nowym Jorku w tak krótkim terminie, ale cóż, może są aż tak bogaci). Dekoratorka okazuje się być fanką kolumny Carrie i prosi ją o napisanie wiersza i odczytanie go na weselu. Osobiście nie bardzo rozumiem, skąd pomysł, że felietonistka jest też poetką, ale na taki właśnie pomysł wpadła dekoratorka. Carrie przyjmuje wyzwanie.
Samantha w trakcie seksu z kolesiem, którego wyrwała na przyjęciu zaręczynowym, uświadamia sobie, że już z nim kiedyś spała piętnaście lat temu, tylko o tym zapomniała. Charlotte reaguje na tę opowieść ze zdumieniem, bo nie rozumie, jak można zapomnieć o kimś, z kim się spało, a ja nie rozumiem reakcji Charlotte, która przecież zna Samanthę nie od dziś. Samantha widzi to spotkanie jako sygnał, że zaruchała już na Manhattanie każdego, kogo miała zaruchać i teraz musi wyjść za mąż albo się przeprowadzić.
Charlotte, która została wybrana na druhnę, opisuje ubranie, które sobie wybrała na wesele. Ma zamiar założyć seksowną satynową sukienkę i koleżanki zwracają jej uwagę, że może odciągnąć uwagę od panny młodej, na co Charlotte odpowiada, że bardzo dobrze, bo była taktownie ubrana na siedmiu poprzednich weselach i teraz chce zwrócić na siebie uwagę. Widzimy, że Charlotte musi być już naprawdę zdesperowana, skoro zachowuje się tak niestosownie.
Carrie na początku nie chce zabierać ze sobą Biga na wesele, ten jednak sam dochodzi do wniosku, że musi z nią iść, bo widzi, jak słabo jej idzie pisanie wiersza i stwierdza, że chce być świadkiem jego odczytania, żeby się z niej ponabijać. Carrie cieszy się, że idą razem i widzi to jako kolejny sygnał świadczący o rozwoju związku. Niestety Big nie chce podpisać z nią kartki z życzeniami dla pary młodej, co Carrie widzi jako oznakę niepełnego zaangażowania. Nie rozumiem, dlaczego on tak odmawia podpisania kartki, kiedy jest gościem na weselu, a przede wszystkim uważam, że jest to niegrzeczne wobec pary młodej, a nie Carrie, więc moim zdaniem byłoby lepiej, gdyby scenarzyści znaleźli w tym odcinku inny sposób na pokazanie jego niechęci do zobowiązań.
Na weselu Mirandzie wyznaczono rolę stania przy księdze gości i zachęcania wchodzących na salę do podpisania się. Nie wiem, czemu ktokolwiek miałby wyznaczyć taką rolę któremukolwiek ze swoich gości, uniemożliwiając pełny udział w weselu, zwłaszcza że osoba na takiej pozycji jest zupełnie zbędna, bo księga może sobie po prostu leżeć i czekać na podpisy (na co też potem sama zwraca uwagę, gdy rzuca to stanowisko w diabły). Niby jest powiedziane, że tak wysługują się Mirandą, bo nie ma osoby towarzyszącej, ale wciąż. Nie rozumiem też, dlaczego wszyscy goście ignorują Mirandę i nikt nie chce wpisać się do księgi, wydaje mi się to raczej niegrzeczne.
Samantha orientuje się, że fagas, z którym spała w tym odcinku i piętnaście lat temu, też jest na weselu, więc postanawia się upić. Charlotte jest oczarowana drużbą i rozpoczyna flirt, a Miranda czuje się coraz bardziej niewidzialna, zwłaszcza dla mężczyzn.
Całe wesele widzimy, jak wszystkie bohaterki poza Charlotte robią sobie żarty z tak szybkiego ślubu, przy czym najbardziej kwaśna jest Miranda. W końcu nadchodzi czas na premierę wiersza Carrie, który okazuje się nawet niezły. W trakcie odczytu Big odbiera telefon i wychodzi, co sprawia, że Carrie zaczyna płakać, maskując swoje złamane serce wzruszeniem miłością młodej pary. Później prosi Biga do tańca, ale ten odpowiada, że nie lubi tańczyć, kiedy inni jedzą… Na tym etapie naprawdę nie wiem, po co on w ogóle szedł na to wesele, na które nawet Carrie nie chciała go zabierać, skoro ostatecznie nawet ten wiersz go nie interesował i cały czas zachowuje się jak buc.
Carrie dołącza do próbującej się upić Samanthy, po chwili przychodzi do nich też Miranda, którą młoda para postanowiła wykorzystać też do przenoszenia prezentów do samochodu. Wspomina również, że daje im w prezencie ozdobę, którą dekoratorka umieściła w jej pokoju i która nie przypadła jej do gustu.
Charlotte razem z drużbą przygotowują sypialnię na noc poślubną dla pary młodej, przy okazji uprawiając seks. Po seksie drużba przedstawia Charlotte rodzicom i bohaterka jest w siódmym niebie, jednak w czasie tańca ojciec drużby chwyta ją za tyłek, więc nie jest już tak różowo. Charlotte mówi o tym kochankowi, on jednak stwierdza, że to niemożliwe, a jeśli już, to była jej wina, bohaterka stwierdza więc z miejsca, że nie jest wart zachodu.
Carrie pomaga Mirandzie z prezentami, a gdy wraca na salę, Big pyta, czy już mogą sobie iść. Carrie wylicza, co ma mu za złe i mówi, żeby sobie poszedł, jak chce. Ten stwierdza, że zostanie dla niej, co natychmiastowo rozwesela Carrie.
Potem dostajemy całkiem zabawny moment, kiedy panna młoda rzuca bukietem – bukiet ląduje bezpośrednio przed naszymi bohaterkami, ale żadna z nich nawet nie wyciąga po niego ręki. Carrie i Big w końcu wychodzą razem i w narracji słyszymy od Carrie, że to okej.
Widzimy w tym odcinku dużą kumulację niestosownych zachowań, z których część jest zrozumiała, jak postawa Mirandy, którą para młoda chciała się wyręczać, a część zupełnie nie, jak w zasadzie wszystko, co robił Big. Te wszystkie sytuacje miały swoje funkcje i generalnie jest to jeden z lepiej zaplanowanych strukturalnie odcinków, ale wciąż widzimy na ekranie całą serię nietaktów, przez które czasem ciężko sympatyzować z bohaterami, którzy zachowują się po prostu wrednie.
Cała dyskusja z motywem miłości od pierwszego wejrzenia jest wtórna, ale nie jest też jakimś złym pomysłem na odcinek tego serialu, brakuje mi tu jednak jakiegoś zakończenia dla wątku samej pary młodej i myślę, że gdyby Carrie w narracji dała nam znać, czy para, tak jak sugerował Big, zerwała po trzech miesiącach, byłoby to lepsze zakończenie odcinka niż pogodzenie się przez Carrie z tym, że jej związek rozwija się w dużo wolniejszym tempie, niż by oczekiwała.
W tym, że Miranda od teraz chce wyjść za mąż, smutne jest to, że jest to decyzja motywowana strachem przed śmiercią w samotności i odrzuceniem społecznym, a nie przemianami wewnętrznymi, że jest to smutne, nie znaczy jednak, że złe. Zawsze jest to taki czy inny rozwój postaci. No i też nie jest to zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, bo pozostaje cyniczna i na koniec wcale nie rzuca się na ten bukiet.
Z Samanthą scenarzyści chyba nie bardzo mieli co zrobić w tym odcinku. Raz rzuca komentarz, że chyba musi wyjść za mąż, a poza tym ma dokładnie taką postawę wobec ślubów, jak byśmy tego oczekiwali po tej postaci.
Wszystko wskazuje na to, że Charlotte będzie od teraz bardziej sceptyczna wobec krótkich znajomości prowadzących do małżeństwa, do którego to konceptu tak entuzjastycznie podchodziła na początku odcinka. Zobaczymy jednak, czy rzeczywiście w tej postaci będzie jakaś zmiana.
Ostatecznie odcinek nie mówi nic szczególnie ciekawego, bo przecież podważanie pomysłu, że człowiek miałby się zakochać w kimś, kogo pierwszy raz zobaczył na oczy to naprawdę nic nowego. Nie wiem, czy kiedykolwiek ktoś brał ten pomysł poważnie. Trzeba by się było okazać większą dozą oryginalności, żeby zainteresować publiczność, zabierając głos w tym temacie.
Czekam na wasze opinie w komentarzach, zawsze macie coś ciekawego do powiedzenia, nie wątpię, że tak będzie i tym razem.

***


S02E08 – The Man, The Myth, The Viagra
Carrie i Big idą do restauracji, która ma być włoska, ale jestem prawie pewna, że Big zagadywał do pracownika po hiszpańsku. Język pomyliłam albo ja, albo Big, albo twórcy. W rozmowie (prowadzonej już po angielsku) Big nazywa Carrie swoją dziewczyną, dzięki czemu ta jest wniebowzięta. Zapewnia także, że nazywa ją tak nie po raz pierwszy, tylko wcześniej nigdy jej przy tym nie było. Do tego wszystkiego Big publicznie śpiewa piosenkę, którą dedykuje Carrie. Jak łatwo się domyślić, dla bohaterki jest to randka, o której marzyła od początku tego związku.
Miranda tymczasem jest na randce w małym klubie ze stand-upem i zarówno ona, jak i facet, z którym się wybrała, bawią się beznadziejnie, ale przynajmniej rozweselają się nawzajem ironicznymi komentarzami na temat występu. W czasie występu partner na chwilę wychodzi i właśnie wtedy jego telefon zaczyna dzwonić. Standuper zaczyna robić sobie z Mirandy żarty i nalega, żeby odebrała komórkę, po czym podchodzi do niej z mikrofonem, zabiera jej telefon i prowadzi rozmowę na scenie. Okazuje się, że do faceta Mirandy dzwoniła jego żona (mężczyzna zapewniał, że jest rozwiedziony od trzech lat) i nasza bohaterka staje się pośmiewiskiem całej sali. Kiedy fagas wraca, Miranda publicznie daje mu kosza i na wyjściu słyszy jeszcze ostatni komentarza standupera, który zapewnia, że on może ją wyruchać.
W następnej scenie widzimy, jak Miranda opowiada koleżankom o tym, jak to nie ma żadnych porządnych facetów do wzięcia i wszyscy są do niczego. Charlotte próbuje pocieszyć Mirandę, opowiadając o znajomej swojej znajomej, którą żonaty mężczyzna zapewniał, że się dla niej rozwiedzie i to właśnie zrobił, a teraz jest cudownym mężem i ojcem. Miranda mówi, że nie wierzy w tę historię i nie bardzo rozumiem jej tok myślowy w tym momencie. Historia Charlotte mogła być prawdziwa, nie ma jednak powodu, żeby jakkolwiek odnosić ją do sytuacji Mirandy. Facet, o którym opowiada Charlotte, niekoniecznie musiał być kłamcą, facet Mirandy zdecydowanie był.
Samantha staje po stronie Mirandy i obie zapewniają Charlotte, że to wszystko mity, którymi pocieszają się samotne kobiety, Charlotte kłóci się z nimi i twardo broni stanowiska, że można żyć długo i szczęśliwie, można przeżyć magiczny pocałunek w deszczu i można znaleźć porządnego faceta.
Samantha pyta, czy Charlotte autentycznie zna kogoś, nie znajomą znajomej, kogo związek nagle się zmienił i ta wskazuje na Carrie. Carrie mówi, że to prawda, że jej związek jest teraz inny niż wcześniej, ale ma problem z wyjaśnieniem, co dokładnie się zmieniło. Ostatecznie stwierdza, że chyba oboje mają poczucie, że skoro znowu są razem, to musi być ku temu jakiś powód i tym samym staje w sporze po stronie Charlotte. Następnie idzie pisać artykuł o mitach na temat związków, w którym zastanawia się, czy jej związek rzeczywiście się zmienił, czy to mit, w który potrzebuje wierzyć.
Samantha idzie po pracy na cocktail i poznaje sympatycznego starego milionera, kumpla Donalda Trumpa (tak, Trump pojawia się w odcinku osobiście). Milioner podrywa ją na tekst: „I was so distracted by your beauty I think I just agreed to finance Mr. Trump’s new project. You owe ma a 150 million dollars”. No kto by się oparł.
Samantha opowiada Carrie o tym, że umawia się ze starym facetem dla jego pieniędzy i pozycji, za co nasza bohaterka trochę ją ocenia. Do tego stwierdza, że związek Samanthy ze staruszkiem jest jak żywcem z miejskiej legendy i nie mam pojęcia, co w tym zdaniu Carrie rozumie przez miejskie legendy.
Carrie mówi, że w każdym micie przychodzi moment, kiedy śmiertelnik zostaje wystawiony na próbę, od której zależy, czy czeka go raj, czy zostanie przykuty do kamienia na wieczność. Prometeusz zdecydowanie nie był śmiertelnikiem, do tego nie wiem, kiedy został wystawiony na próbę, ale mniejsza o to. Jako próbę dla swojego związku Carrie widzi spotkanie Biga z jej przyjaciółkami. Zaprasza go do restauracji o nazwie „Denial” (tak, w odcinku pojawia się z powodu tej nazwy wiele żartów). Ten, ku zdziwieniu Carrie, zgadza się.
Okazuje się, że aby spędzić czas z Bigiem, Carrie odwołała spotkanie z Mirandą, ale wiadomość nie dotarła do przyjaciółki, Miranda skończyła więc sama w barze z pretensjami do Carrie. Zdenerwowana, wdaje się w przekomarzanki z barmanem Stevem, który okazuje się dorównywać jej w ironii i sarkazmie. Barman stawia jej wino, jeszcze trochę gadają, a potem udają się do Mirandy na seks. Po udanym stosunku Steve pyta o numer telefonu, ta mówi mu jednak, że nie musi udawać, że zadzwoni. Steve mówi, żeby zajrzała jeszcze kiedyś do baru, w którym pracuje, po czym nie przeciąga dłużej wizyty.
Samantha dalej umawia się z bogatym staruszkiem, coraz bardziej zachwycona drogimi prezentami i wytwornymi obiadami. Urzeka ją również staroświecka elegancja milionera. Mężczyzna wprost mówi bohaterce, że zostało mu niewiele lat życia i szuka kogoś, z kim mógłby się zabawić w tym czasie. Wyjaśnia, że jest świadom, że Samantha może wyrwać jakiegoś młodego faceta, dlatego zapewni jej dodatkowe korzyści finansowe, jeśli z nim zostanie. Mówi też, że może ją zadowolić dzięki Viagrze i idą razem do sypialni. Samantha prosi o zgaszenie świateł i w łóżku wszystko idzie dobrze, dopóki milioner nie musi na chwile przejść do drugiego pokoju, bo wtedy Samantha widzi jego pomarszczone pośladki, a to dla niej za dużo i w jednym momencie kończy związek.
Steve jeszcze raz przychodzi do Mirandy, mówi jej, że naprawdę mu się spodobała i znowu prosi o numer telefonu. Miranda mówi mu, że nie wierzy, że mu się podoba i na pewno przyszedł tylko na seks. Steve mówi, że to nieprawda i że chciałby z nią wyjść na obiad, na co Miranda odpowiada, że ma plany (widzi się z przyjaciółkami i Bigiem). Steve pyta o miejsce i godzinę, które Miranda mu podaje, i postanawia do nich dołączyć, trochę się wpraszając. Kiedy już Miranda chce zamknąć za nim drzwi mieszkania, Steve jeszcze raz pyta o godzinę, zakładając, że Miranda chciała go spławić. Ma rację i tym razem udaje mu się uzyskać prawdziwą informację.
Carrie zachodzi po Biga, który mówi jej, że jednak nie chce iść spotkać się z przyjaciółkami, czym Carrie czuje się zawiedziona. Wychodzi smutna, rozmyślając o swoim związku, krocząc samotnie chodnikiem w czasie deszczu. Kiedy dociera na miejsce, nie jest w stanie powiedzieć koleżankom, że Biga jednak nie będzie, bo jest jej za bardzo wstyd. Na spotkaniu pojawia się też Steve, z którego Miranda robi sobie niebawiące nikogo żarty przy przyjaciółkach. Steve prosi ją o rozmowę na stronie i pyta jej, dlaczego tak nienawidzi mężczyzn. Mówi, że to nie może być czysta niechęć do niego, bo dopiero się poznali i prosi ją, żeby spróbowała uwierzyć, że jej nie oszukuje, że naprawdę mu się podoba i chce ją lepiej poznać. Miranda z czerwonymi oczami mówi mu, że nie jest w stanie w to uwierzyć i wraca do przyjaciółek, a Steve sobie idzie.
Carrie sugeruje, że może powinny wziąć stolik tylko dla nich czterech, na co Miranda na skraju płaczu reaguje, mówiąc, że wiedziała, że Big nie przyjdzie, bo faceci są do niczego. Carrie nie chce tego potwierdzić, bo to złamałoby serce Charlotte, ale wie też, że w końcu będzie musiała to zrobić. Właśnie wtedy jednak przy baśniowej muzyce Big pojawia się w restauracji i przywraca Mirandzie wiarę w mężczyzn.
Miranda rzuca się w pogoń za Stevem (he, Miranda left „Denial”), mówi mu, że może jednak jest w stanie mu uwierzyć i para całuje się w deszczu.
I tak oto serial, który do tej pory lepiej lub gorzej uprawiał krytykę narracji o szukaniu księcia z bajki, otwarcie zadeklarował się jako dzieło, które ma przekonać singielki tego świata, że warto wierzyć w cuda.
Zacznijmy od Biga. Wciąż nie mogę uwierzyć, jak nisko postawioną poprzeczkę ma ten facet. Naprawdę, takie fanfary, bo zdecydował się zachować po prostu normalnie i przyjść na obiad, na którym tak zależało jego dziewczynie? W ogóle to Miranda uwierzyła w mężczyzn, bo myślała, że Big nigdy nie planował olać spotkania, więc rzeczywiście wierzy w mit.
Jeśli chodzi o Samanthę, to nie rozumiem, dlaczego twórcy z uporem przekonują nas, że niczego tak nie pragnie, jak być żoną-ozdobą jakiegoś bogacza, kiedy to tak bardzo nie pasuje do tej postaci. Już prędzej bym kupiła takie zachowanie u Charlotte, której nic tak nie podnieca jak wysokie przychody albo dyplom ukończenia elitarnej szkoły. Do tego powiązanie wątku z tematem mitów jest znikome, po prostu raz w narracji Carrie mówi nam, że chodzi tutaj o mit poznania kogoś na drinku i życia z nim długo i szczęśliwie.
W tym odcinku po raz pierwszy pojawia się Steve, który już z nami zostanie. Mam z nim problem w tym odcinku, bo tak jak widzę, że ma być pisany jako inteligentny facet, który przenika prawdziwe intencje Mirandy, tak trudno mi kibicować mężczyźnie w tłumaczeniu, co kobieta tak naprawdę ma na myśli, kiedy mówi, że nie chce się z nim spotykać. Przy czym wciąż jest to postać, której łatwo zdobyć sympatię widzów. Moją mimo wszystko również. Chciałabym jednak, żeby jego wątek napisano inaczej, bo teraz serial przedstawia nam jako najporządniejszego faceta kogoś, kto ma problem ze zrozumieniem słowa nie. Albo żeby serial jakoś skomentował zachowanie Steve’a jako niekoniecznie takie doskonałe.
Na koniec chciałam pochwalić ten serial za jedną rzecz: bardzo rzadko się widzi poprowadzony zupełnie na serio wątek romantyczny mężczyzny i kobiety, w którym to kobieta jest wyższa od mężczyzny. Tak jak nieustannie krytykuję ten serial za jedynie pozorne przełamywanie norm społecznych, tak tym razem autentycznie im się udało, bo niestety przekonanie, że facet musi być wyższy od swojej partnerki jest żywe i w 2019 roku.
Dajcie mi znać, co myślicie. Może według was Samantha jest napisana konsekwentnie? Może nie lubicie Steve’a? Czekam na komentarze.

***


S02E09 – Old Dogs, New Dicks
Carrie ma problem, bo Big w trakcie spacerów czasem patrzy na ładne kobiety. Samantha mówi jej, że po pierwsze, to małe piwo, a po drugie, nie da się tego zmienić, bo oglądanie się za kobietami jest częścią genetycznego kodu mężczyzn tak samo jak pierdzenie. Nie rozumiem, o czym mowa, bo był już cały odcinek o tym, że Carrie pierdnęła, więc nie trzeba daleko szukać dowodu na to, że kobiety również są genetycznie zaprogramowane do pierdzenia. W każdym razie rozmowę można podsumować mówiąc, że Samantha tłumaczy Carrie, że faceta nie da się zmienić, a próby mogą zniszczyć związek. W ogóle to nie wiem, od kiedy Samantha jest takim ekspertem od związków, cały czas się zarzeka, że w ogóle jej nie interesują i tylko kilka razy widzieliśmy, żeby poszła z kimś na więcej niż jedną randkę.
Miranda zmaga się z innym problemem w swoim nowym związku. Ona i Steve mają zupełnie różne harmonogramy – Miranda pracuje w ciągu dnia, a Steve wieczorami, Miranda ma każdy dzień dokładnie zorganizowany, a Steve jest bardziej spontaniczny, do tego Miranda woli seks w nocy, a Steve nad ranem.
No i teraz przechodzimy do mojego największego problemu: wątku Charlotte. Charlotte umawia się z jakimś nowym fagasem i ku swemu wielkiemu obrzydzeniu odkrywa, że ma on nieobrzezanego penisa. Panie omawiają sprawę przy sałatce i widzimy, że Miranda również czuje niechęć do napletków i jako widzowie zostajemy zmuszeni do wysłuchania serii niewybrednych żartów obrażających wygląd nieobrzezanych penisów. Jedynie Samantha, która spała z aż pięcioma nieobrzezanymi facetami (ceni ich jako kochanków, bo starali się bardziej niż ci obrzezani), mówi, że jej nieobrzezane penisy się bardzo podobają. Charlotte wprost stwierdza, że nieobrzezane penisy są nienormalne i z facetami, którzy nie byli obrzezani, jest coś nie tak, a gdy Carrie przytacza statystyki mówiące, że większość penisów na świecie jest nieobrzezanych, jest autentycznie przerażona tym faktem. Miranda stwierdza, że zdecydowanie obrzeza swoje dzieci, bo nie chce, żeby kiedyś jakaś kobieta nabijała się z penisa jej syna. Droga Mirando, jesteś częścią problemu, którego nie chcesz widzieć na świecie i którego źródło źle diagnozujesz. Problem z nabijaniem się z napletków nie jest w napletkach, ale w tym, że ludzie tacy jak ty i Charlotte się z nich nabijają.
Cała ta dyskusja byłaby śmieszna dla widzów z Europy, gdzie obrzezań odbywa się stosunkowo niewiele, (do tego są to raczej obrzezania religijne, które w większości przypadków znacząco różnią się od tego, co z napletkami wyczyniają w amerykańskich szpitalach), gdyby nie była straszna, ale dlaczego te kobiety mnie w tym momencie przerażają, omówię pod koniec posta.
Wracamy do wątku Carrie. W Bigu oprócz spoglądania na ładne kobiety nie podoba jej się też, że pali cygara (w tym, w miejscach, w których obowiązuje zakaz palenia). Czy ktoś mi może wytłumaczyć, dlaczego coś takiego przeszkadza nałogowej palaczce, która w pierwszym sezonie tłumaczyła taksówkarzowi, który kazał jej zgasić papierosa w samochodzie, że mówi o seksie analnym, więc musi zapalić? Nie podoba jej się całe aroganckie zachowanie Biga, który w restauracji przekonywał kelnerkę i innych klientów, żeby pozwolili mu zapalić, ale, jak mówię, Carrie wcale nie zachowuje się lepiej, jak chodzi o jej własny nałóg, więc scenarzyści mogli dać Bigowi inną cechę, którą Carrie chciałaby w nim zmienić. Albo jakoś zaznaczyć jej hipokryzję.
Wracamy do nieszczęsnego wątku obrzezania. Nieobrzezany facet mówi Charlotte, że nie jest pierwszą kobietą, której nie podoba się jego napletek, i że decyduje się dokonać obrzezania, bo ma dość negatywnych reakcji na jego penisa. W czasie, gdy opisuje Charlotte ból, przez jaki będzie musiał przejść podczas zabiegu i długiego procesu gojenia się rany, Charlotte jest wniebowzięta i prawie płacze ze szczęścia.
Wieczorem przyjaciółki idą na bingo prowadzone przez drag queens. Przy stoliku rozmawiają o tym, że to kobieta zawsze zmienia się dla faceta, a nigdy odwrotnie, biorąc za przykład związek Mirandy i Steve’a, w którym ostatnio to Miranda robiła ustępstwa w swoim planie dnia na rzecz partnera. Charlotte stwierdza, że to normalne, że to kobiety się zmieniają, bo to jest bardziej w ich naturze. Chciałam przypomnieć Charlotte, że przed chwilą facet dla niej zdecydował się na obrzezanie, więc mogłaby dać na wstrzymanie z takimi komentarzami (nie mówiąc już nawet o tym, że to podejście jest seksistowskie i zwyczajnie głupie).
Okazuje się, że jedna z drag queens na bingo to były Samanthy, który zaczął uprawiać drag zaraz po rozstaniu (i oparł swoją drag personę na Samancie). Carrie mówi, że widocznie da się zmienić faceta i tak scena zostaje połączona tematycznie z resztą odcinka. Dowiadujemy się, że były Samanthy ma syna i przyjaciółki robią sobie żarty z tego, że ten syn ma dwie matki, bo he, ojciec robi drag, czaicie. W ogóle podejście przyjaciółek do dragu jest w tej scenie na tyle niechętne, że zastanawiam się, po co w ogóle przychodzą na bingo z drag queens. Żeby pooglądać ludzi, których uważają za dziwaków? Obawiam się, że tak.
Carrie przez dwie godziny czeka na Biga przed jego mieszkaniem i to przelewa czarę goryczy. Carrie jest wkurzona, że do tej pory nie ma klucza do mieszkania Biga i że nigdy nie spotykają się u niej. Idą spać razem, a w nocy Big przypadkowo zrzuca ją z łóżka, na co ona reaguje, dając mu z pięści w twarz. Zaczynają się kłócić i Big idzie spać na kanapę. Carrie jednak nie może zasnąć i z tego powodu postanawia obudzić śpiącego na kanapie Biga, przynosząc mu lód i zaczynając ROZMOWĘ NA TEMAT TEGO, CO NIE PODOBA JEJ SIĘ W ZWIĄZKU, PROSZĘ O FANFARY. Nie wiem, czy budzenie człowieka z obolałą głową w środku nocy to najlepszy wstęp do rozmowy o problemach, ale wciąż BRAWA DLA CARRIE, PO PONAD ROKU DOSZŁA DO WNIOSKU, ŻE LUDZIE W ZWIĄZKACH ZE SOBĄ ROZMAWIAJĄ. Wyjaśnia mu, że wie, że na pewno się nie zmieni, ale wciąż chciałaby, żeby zmienił się chociaż trochę. Chciałam powiedzieć, że Carrie dosłownie nie wie, czy Big może się dla niej zmienić, bo nigdy z nim o tym tak naprawdę nie rozmawiała, a opiera swoje przekonania tylko na założeniu, że faceci się po prostu nie zmieniają i tak już jest. Scena kończy się tak, że Carrie pyta Biga, czy coś mu się w niej nie podoba, a on odmawia odpowiedzi, za co Carrie chwali go w narracji. No bo nie dało się zrobić sceny rozmowy Biga i Carrie tak, żeby na koniec widz nie miał wrażenia, że przedszkolaki mają lepsze umiejętności społeczne, nawet kiedy w końcu niby zaczynają rozmawiać. W ogóle to stoi nad nim z tym lodem i w końcu mu go nie daje.
Miranda i Steve również zaczynają rozmawiać o swoich problemach, ale im zajmuje to jakiś tydzień czy dwa (nie wiem, ile minęło od poprzedniego odcinka), a nie rok. Dochodzą do wniosku, że problem nie tyle leży w harmonogramach, co w ich innych naturach, a dokładniej w tym, że Miranda obsesyjnie kontroluje każdą minutę swojego dnia. Wątek kończy się tak, że Steve dzwoni wieczorem do Mirandy i mówi jej, żeby wyjrzała za okno, bo jest piękna pełnia. Miranda jest wzruszona i uczy się chwytać dzień czy coś. Zaprasza Steve’a do siebie, po czym uprawiają seks. I rano też uprawiają seks.
Charlotte jest na kolejnej randce ze swoim facetem, który opisuje cierpienie, którego doznał podczas obrzezania, jako 72 w skali od 1 do 5. Charlotte jest podjarana i chce z nim uprawiać seks już teraz zaraz, mimo że powiedział jej, że rana będzie goiła się około tygodnia. On też jest chętny i już zaczynają się do siebie zbliżać, ale penis zaczyna tak boleć, że nic z tego nie wychodzi. Po tygodniu Charlotte w końcu widzi obrzezanego penisa i jest przeszczęśliwa. Po seksie okazuje się, że kochanek nie chce się z nią dłużej umawiać, bo stwierdził, że skoro w końcu kobiety nie będą reagować na jego genitalia z obrzydzeniem, to czas odbić sobie za minione lata.
Big ponownie odzywa się do Carrie dopiero po tygodniu. Przychodzi do mieszkania i zaczyna ustalać z Carrie kompromisy, które proponuje dla dobra ich związku, po czym po raz pierwszy nocuje w jej mieszkaniu. Carrie stwierdza, że żadne z nich nie zmieni się fundamentalnie, ale zaczęli o tym rozmawiać i to już duża zmiana. Tak, zgadzam się. Zdecydowanie się zgadzam.
Odcinek dotyczył zmieniania facetów w związku. Z wyjątkiem wątku Mirandy, który mówił, że czasem zmienia się kobieta, ale to bardzo rzadkie. Widzę tutaj pewną wewnętrzną sprzeczność, bo była cała rozmowa o tym, że zawsze to kobiety zmieniają się dla facetów, więc nie rozumiem, czemu zakończenie wątku Mirandy zostaje nagle potraktowane jako coś niesamowitego. Odkładając na bok to zastrzeżenie, stwierdzam, że wątek tej bohaterki był całkiem niezły i widzimy, że dzięki związkowi ze Steve’em Miranda się rozwija i pracuje nad swoimi wadami.
Po raz pierwszy mogę powiedzieć, że nawet podobał mi się wątek Carrie i Biga, bo po raz pierwszy ostatecznie zachowali się jak dorośli. Po drodze oczywiście musiało wydarzyć się trochę głupich rzeczy, ale przynajmniej poczynili jakieś postępy w pracy nad swoimi problemami. Po półtora sezonu, ale zawsze.
No i wracamy do Charlotte i obrzezania. Bogowie w niebiosach, jakie to jest złe. Po prostu moralnie złe. Cały ten wątek służyć ma chyba tylko jako materiał promujący obrzezania. Czy ten odcinek sponsorowała jakaś klinika? Nieobrzezany widz ma się poczuć poniżony, a kiedy już wie, że coś jest z nim nie tak, serial oferuje mu proste rozwiązanie – obrzezaj się, a wszystko będzie lepiej. To jest straszne. Amerykańskie przekonanie, że dla zdrowia i higieny powinno się usuwać napletki ma nikłe podstawy naukowe, a zabieg jest bolesny i ryzykowny, więc wywieranie na ludzi presji, odwołując się do argumentów estetycznych, jest zwyczajnie głupie i nieodpowiedzialne. Dodatkowo Charlotte zostaje w tym odcinku przedstawiona jako bardzo egoistyczna i niewrażliwa osoba. Naprawdę przez sekundę nie było mi jej żal, kiedy na koniec odcinka została rzucona. To nie pierwszy raz, kiedy prezentuje taką postawę (pamiętacie, jak prosiła partnera, żeby dla niej przestał brać antydepresanty?) i w tym momencie zaczyna gonić Carrie na mojej liście postaci, których najbardziej w tym serialu nie lubię.
W komentarzach dajcie znać, co myślicie. Kto wie, może według kogoś z was ten odcinek wcale nie był taki zły.

***


S02E10 – The Caste System
Trzymajcie się foteli, „Seks w wielkim mieście” uraczy nas komentarzem na temat podziałów klasowych we współczesnym społeczeństwie.
W tym poście odchodzę od strzeszczeniowej formuły na rzecz omówienia wątków czterech bohaterek po kolei, bo tak mi się widzi post na temat tego odcinka.
1. Carrie
Nasza bohaterka uświadamia sobie, że kocha Biga i decyduje się mu o tym powiedzieć zaraz po tym, jak ten daje jej nietrafiony prezent – torebkę w kształcie kaczki. Ten udaje, że jej nie słyszy i Carrie dochodzi do wniosku, że jeżeli w ciągu tygodnia nie zadeklaruje swoich uczuć, to będzie musiała z nim zerwać.


W artykule na ten tydzień Carrie zastanawia się, czy system klasowy został w Nowym Jorku zastąpiony przez system kastowy i czy można umawiać się z osobą spoza kasty. Mnie bardziej zastanawia, po co wprowadzać pojęcie kast do tego odcinka, kiedy wnosi ono okrągłe zero do warstwy tematycznej i we wszystkich wątkach mogliśmy spokojnie mówić o klasach. Potem te kasty jeszcze wracają, gdy Carrie mówi o tym, że w związku tworzy się kasta, kiedy jedna osoba mówi drugiej, że ją kocha, a ta druga nie odpowiada tym samym, ale to rozumowanie ma jeszcze mniej sensu i jeszcze bardziej wykoślawia pojęcie kasty, więc tym bardziej nie uzasadnia użycia go.
Mija kilka dni i Big zabiera Carrie na wystawną imprezę, na której Carrie czuje się niekomfortowo, bo to podobno nie jej klimat. Carrie stwierdza, że Big musi w ogóle jej nie znać, skoro ją tu zabrał. Zastanawia mnie to, bo do tej pory widzieliśmy, że Carrie jak najbardziej ciągnie do wystawnego stylu życia ekscentrycznych dziedziczek. Jeżeli teraz nagle serial chce nam pokazać Carrie jako zwykłą dziewczynę z sąsiedztwa, to trzeba było o tym pomyśleć półtora serii temu, bo cały czas oglądaliśmy jak lata po wystawnych galach w sukienkach od projektantów i nie kupię tej retroaktywnej zmiany.
Carrie jak to Carrie zaczyna palić papierosa w mieszkaniu bez pytania właścicielki lokum o zgodę. Kiedy ta prosi ją o wyjście na taras, Carrie czuje się wykluczona społecznie. Przewracam oczami nad tą toporną metaforą, bo to naprawdę nie jest żaden dziwaczny wymysł ekscentryczki, żeby nie życzyć sobie palenia papierosa we własnym mieszkaniu. Na tarasie Carrie spotyka dawnego znajomego, z którym kiedyś prowadziła flirt. On również czuje się nie na miejscu. Znajomy pokazuje Carrie swój nowy tatuaż, który znajduje się na podbrzuszu, i jak można przewidzieć, prowadzi to do jakże zabawnej sytuacji, gdy gospodyni widzi dwójkę w dwuznacznej pozie i zakłada, że doszło do stosunku oralnego. Mówi o tym Bigowi, który stwierdza, że Carrie przynosi mu wstyd, na co ta mu odpowiada, że to on ją zawstydza, bo powinien wyjść z nią na taras. Ja bym powiedziała, że zaczęła mu robić obciach już w momencie, kiedy odpaliła papierosa, ale nie zakładam, że Carrie kiedykolwiek zrozumie, że gdzieś nie można lub nie wypada palić.
Carrie wychodzi z imprezy ze swoim kumplem i świetnie się z nim bawi. Dochodzi do tego, że się całują, a potem budzą razem w łóżku, chociaż seks nie miał miejsca. Rano do Carrie dzwoni Big, żeby powiedzieć jej, że rozumie, czym wywołany był jej stres i mówi, że ją kocha. Carrie stwierdza, że nie powie Bigowi o zbliżeniu ze starym kumplem, bo: „everything before »I love you« just doesn’t count”, co widzę jako tanią próbę usprawiedliwienia budowania związku na półprawdach, ale nie oszukujmy się, gdyby Carrie nagle zaczęła zachowywać się uczciwie, to chyba wtedy dopiero byśmy się zdziwili.
2. Miranda
Od początku odcinka widzimy, że Miranda jest coraz mniej cyniczna, odkąd zakochała się w Stevie. Związek sprawdza się dobrze, ale z czasem do głosu dochodzi nierówność statusu majątkowego, która dla Mirandy nie jest dużym problemem, ale Steve czuje się nieswojo, gdy Miranda proponuje, że zapłaci za niego przy różnych kolejnych okazjach. Aby uniknąć problemu, Miranda spotyka się ze Steve’em tylko w tanich lokalach, problem daje jednak o sobie znać, kiedy bohaterka ma okazję zabrać ze sobą chłopaka jako osobę towarzyszącą na spotkanie organizowane przez jej firmę – Steve ma bowiem garnitur, ale sztruksowy, którego na imprezę z bogatymi prawnikami założyć nie wypada. Para wybiera się więc do sklepu z garniturami, w którym Miranda chce postawić Steve’owi garnitur za 1800 dolarów. Steve czuje się z tym jednak niekomfortowo i decyduje się zapłacić sam, chociaż ledwie udaje mu się zebrać sumę. Ostatecznie zwraca garnitur i mówi Mirandzie, że musi znaleźć kogoś na swoim poziomie, bo wizyta w sklepie uświadomiła mu, że są z różnych światów. Miranda jest na niego zła, bo ją wystawił i zrywa z nim, chociaż widzimy, że złamało jej to serce.
3. Charlotte.
Pierwszy raz pojawia się w tym odcinku w symbolicznej scenie spotkania z przyjaciółkami, w której rozmawiają na temat współczesnego systemu klasowego, w czasie gdy inne kobiety robią im pedicure. Rozmowa zaczyna się od tego, że Miranda mówi koleżankom, że Steve nie ma ambicji, aby zajmować się kiedyś w życiu bardziej prestiżową i opłacalną profesją, bo jest szczęśliwy jako barman (co Mirandzie w ogóle nie przeszkadza). W głowie Charlotte nie mieści się pomysł, że można poważnie myśleć o takim facecie (co mnie nie dziwi, bo Charlotte niejednokrotnie oceniała atrakcyjność facetów po ich uniwersyteckich dyplomach czy stanie konta). Carrie mówi jej, że bogatsi faceci często spotykają się z biedniejszymi kobietami (jak Big z nią) i z tym jakoś nie ma problemu. Charlotte zaczyna nawijać o tym, jak to facet w związku powinien być bogatszy, za co zostaje bardzo słusznie wyśmiana przez koleżanki. Potem zaczyna rozprawiać o tym, że różnica pomiędzy Mirandą a Steve’em jest nie tylko finansowa, ale klasowa, bo różni ich też pochodzenie i wykształcenie – Steve według Charlotte należy do klasy pracującej. Carrie stwierdza, że na przełomie mileniów nie ma już miejsca na takie określenia, na co przyjaciółka opowiada jej, że wmawia sobie, że żyje w społeczeństwie bez klas, a prawda jest inna, po czym wskazuje na panie, które je obsługują. Ta scena przedstawia Charlotte jako bohaterkę o skrajnie konserwatywnych poglądach – w przeciwieństwie do Carrie jest ona zupełnie świadoma istnienia nierówności społecznych, ale postuluje utrzymywanie ich.
Gdy kolejny raz widzimy na ekranie Charlotte, obserwujemy, jak dostaje pierdolca, bo do jej galerii zawitał jakiś niezbyt ogarnięty gwiazdor filmowy, który chciał kupić gaśnicę, bo wziął ją za dzieło sztuki. Charlotte mimo to uznaje go jednak za przedstawiciela wyższej klasy, postanawia więc odłożyć dla niego na bok swoje zasady dotyczące randkowania i natychmiast pójść z nim do łóżka, bo czuje, że musi być mu podległa. Idzie z nim na imprezę, na której razem za swoimi znajomymi gwiazdor łamie zasady (pali marihuanę w restauracji) i do tego samego zmusza Charlotte, która, jak ustaliliśmy, czuje, że musi go słuchać. Kiedy jednak gwiazdor każe jej pójść do łazienki, włożyć sobie palec do waginy, wrócić i dać mu powąchać, bohaterka stwierdza, że na tym właśnie akcie stoi granica jej godności, odmawia i wychodzi.
4.Samantha
Bohaterka zaczyna umawiać się z facetem, który jest tak bogaty, że ma służącą. (Służąca pochodzi z Tajlandii, na co zwracam uwagę, bo w tym serialu jest tak mało osób o innym kolorze skóry niż biały, że nie uchodzi mojej uwadze, że kiedy już taka osoba się pojawia, to w stereotypowej roli). Samantha spędza z tym facetem noc w jego mieszkaniu, a on, wychodząc, mówi jej, żeby została w łóżku, a służąca poda jej śniadanie. Samancie podoba się ta perspektywa, okazuje się jednak, że służąca była dla niej miła tylko przy swoim pracodawcy, a gdy zostały same, nakrzyczała na nią i wyrzuciła ją z łóżka prawie przemocą. Kiedy próbowała o tym powiedzieć kochankowi, ten stwierdził, że pewnie coś źle zrozumiała. Kolejnego ranka służąca zaczyna wyzywać Samanthę od rozpustnic i ponownie szarpie się z nią na kołdrę. Podczas szarpaniny służąca upada, po czym mówi pracodawcy, że Smanatha ją uderzyła. Ten w jednym momencie staje w obronie pracownicy, przytula ją i wyprasza Samanthę ze swojego domu. Na koniec Carrie w narracji mówi nam, że w życiu tego mężczyzny było miejsce tylko dla jednej kobiety. Rozumiem, że służąca manipuluje pracodawcą, który ma do niej słabość, ale naprawdę trudno mieć do niego pretensje, że kiedy nie był świadkiem zdarzeń, uwierzył osobie, którą zna prawdopodobnie od lat, a nie tej, z którą był na dwóch randkach. Podsumowując, stwierdzam, że nie wiem, po co był nam ten wątek. Żeby pokazać, że kobieta na niższej pozycji może owinąć sobie faceta wokół palca i mieć nad nim władzę? Jeżeli tak, to nie bardzo wiem, co serial chciał nam o takiej relacji powiedzieć. To źle, że służąca tak się ustawiła? No nie wiem, mnie tam tego faceta jakoś nie szkoda, Samantha też sobie zaraz kogoś innego znajdzie. Dobrze? Też nie za bardzo, bo to nie jest tak, że pracownica realnie awansowała klasowo, dalej ma niską pozycję, tylko pracodawca jest dla niej miły, bo przy nim udaje, że jest miła.
5. Ogólna opinia.
Charlotte wysuwa się chyba jednak na prowadzenie w moim rankingu i na ten moment nie lubię jej nawet bardziej niż Carrie, która może i w tym odcinku popełniła niejeden błąd, ale przynajmniej nie przekonywała nas, że podziały klasowe to świetna sprawa. Trudno mi było wykrzesać z siebie współczucie, kiedy ten niby stojący wyżej od niej koleś nią pomiatał, no bo w końcu według jej własnej wizji świata tak powinno wyglądać jej życie. Kiedy na koniec się zbuntowała, tylko bardziej się zirytowałam, bo ewidentnie nie było tak, że zrozumiała, że świat urządzony jest niesprawiedliwie i zrewidowała swoje poglądy, a jedynie miała dość konkretnej sytuacji, w której się znalazła.
W ogóle odcinek sprowadza walkę klas do indywidualnych interakcji między ludźmi. Jesteś służącą? Spokojnie, możesz zmanipulować pracodawcę i będzie okej. Celebryta tobą pomiata? Po prostu mu się postaw, jaki problem. Czujesz się nieswojo na imprezie bogatych dziedziczek? Po prostu z niej wyjdź i po sprawie. Jest to komentarz bardzo płytki i jedynie w wątku Mirandy i Steve’a widzimy, że może rzeczywiście coś jest nie tak, jeżeli potrzebujesz garnituru za 1800 dolarów, żeby wyjść na firmowe przyjęcie ze swoją dziewczyną prawniczką i że te podziały przekreślają życie ludzi, którzy mogliby być razem szczęśliwi. Tylko że i tu widz zostaje raczej z wrażeniem, że to tylko męska duma nie pozwoliła Steve’owi przyjąć garnituru, więc jego problem również mógłby łatwo zniknąć. No może nie tak zupełnie w moment, bo, na co zwraca uwagę również serial, kobieta sukcesu jest traktowana inaczej niż mężczyzna sukcesu, ale wtedy mówimy o problemie z nierównościami pomiędzy płciami, a nie klasami, więc ostatecznie dalej nic nie mówimy o klasach, bo nie jest tak, że problem z nierównościami majątkowymi zniknie, kiedy będzie tyle samo bogatych kobiet co facetów.
No i wyszedł post dłuższy niż zwykle. Nie wiem, czy taka forma ułatwiła, czy utrudniła wam zrozumienie fabuły odcinka i tego, co chciałam o niej powiedzieć, więc czekam na odzew. No i jak zawsze najbardziej czekam na wasze opinie na temat samego serialu, a w tym przypadku konkretnie jego podejścia do klas społecznych, więc zachęcam do odwiedzenia sekcji komentarzy.

***



S02E11 – Evolution
Zaczynamy od wizyty Mirandy u ginekologa. Scenie towarzyszy narracja Carrie, która opowiada nam o tym, jakim to upokorzeniem jest każda taka wizyta, bo, jak widać, takie jest spojrzenie na tę sprawę każdej nowoczesnej, aktywnej seksualnie dorosłej kobiety z Nowego Jorku regularnie opisującej swoje życie erotyczne na łamach popularnej gazety.
W każdym razie Miranda dowiaduje się, że jej prawy jajnik przestał działać. Panie obgadują tę sprawę przy kawie i przy okazji Samantha użala się na swojego ginekologa, bo jest mężczyzną, a ona czuje się dziwnie, kiedy facet tyle czasu spędza między jej nogami, nie doprowadzając jej do orgazmu. Czy jestem zdziwiona tak dziecinnym podejściem tych kobiet do wizyt u ginekologa? Nie, w ogóle. Po ponad dwudziestu odcinkach niczego innego się nie spodziewałam.
Przy rozmowie wychodzi też na jaw, że Carrie, idąc do Biga, bierze zawsze dużą torbę z rzeczami, bo on nie pozwala jej na zostawianie niczego w jego mieszkaniu. Samantha radzi Carrie i Bigowi rozmowę, ale Carrie od razu zbywa tę radę. Czy jestem zdziwiona? Znowu nie, już nie raz pisałam o tym, że ci ludzie po prostu powinni ze sobą rozmawiać. Charlotte stwierdza, że Carrie nie powinna zostawiać rzeczy u Biga, żeby zachować tajemnicę, co ponownie mnie w ogóle nie dziwi, bo ta bohaterka przyzwyczaiła już nas wszystkich do swoich zdezaktualizowanych i niepraktycznych pomysłów na kobiecość.
Carrie decyduje się zostawić kilka swoich rzeczy w mieszkaniu Biga, nie pytając go wcześniej o zgodę. Do tego mamy jakiś monolog na temat tego, że ludzie od czasów prehistorycznych pragnęli zostawić po sobie ślad i wygłoszony przy tej okazji komentarz nie da mi spokoju: „Men may have discovered fire, but women discovered how to play with it”, bo po pierwsze, nie wiem, skąd pochodzi informacja o tym, że to mężczyźni okiełznali ogień, a po drugie, dlaczego zostawienie przedmiotu użytku codziennego w mieszkaniu chłopaka to igranie z ogniem? Jaki jest najgorszy możliwy obrót sprawy? Carrie, czy nie uważasz, że wybór takiej a nie innej metafory wskazuje na to, że z tym związkiem coś jest nie tak?
Następnie Carrie mówi nam, że Charlotte ma dość umawiania się z neandertalczykami i dlatego wyszła na miasto ze swoim kolegą gejem (to inny kolega gej niż ten Carrie). Kolega przez cały wieczór zachowuje się jak stereotypowy gej, ale przy rozstaniu niespodziewanie całuje Charlotte. Wydarzenie oczywiście trzeba obgadać z koleżankami, no bo jak to, to jest gejem czy hetero? Tu zacytuję Carrie: „It’s not that simple anymore. The real question is: is he a straight gay man, or is he a gay straight man?”. Jak łatwo się domyślić, straight gay to taki gej, który zachowuje się, jakby był hetero, a gay straight to taki heteryk, który zachowuje się, jakby był gejem. Nie wiem, po co to pytanie, skoro z sytuacji jasno wynika, że w tym podziale fagas Charlotte kwalifikuje się jako drugi przypadek. Ale to tylko na marginesie, bo moje prawdziwe pytanie brzmi: czy te kobiety są w stanie pojąć, że nie każdy człowiek jest chodzącym stereotypem? Bo z podziału zaproponowanego przez Carrie wynika, że jest ona w stanie jedynie żonglować tymi dwoma opcjami w swojej głowie. No i nie mogę nie napisać o tym, że ludzka seksualność nie zamyka się w słowach gej i hetero, bo mamy na ten przykład BISEKSUALNOŚĆ, o czym zdecydowanie powinna wiedzieć DZIENNIKARKA PISZĄCA O ZWIĄZKACH I SEKSIE.
A to dopiero początek, moi drodzy. Dalej Carrie rozwodzi się nad tym, kim dokładnie są ci heterycy zachowujący się jak geje: „The gay straight man was a new strain of heterosexual male spawned in Manhattan as the result of overexposure to fashion, exotic cuisine, musical theater and antique furniture”. Powiem wam, że oglądam ten serial już tak długo, że cieszę się, że Carrie twierdzi, że wymienione rzeczy wpływają jedynie na pewne zachowania, a nie orientację faceta. Bo naprawdę spodziewałabym się po niej opowieści o heteryku, który naoglądał się tylu musicali, że stał się gejem. Chciałam też w tym momencie przypomnieć wam, że tematem tego odcinka jest ewolucja i w tych kategoriach powinniśmy ten wywód rozpatrywać. No i mi się to bardzo nie podoba. Mieszanie wywodów na temat orientacji seksualnej z pseudonaukowymi teoriami o ewolucji nigdy dobrze się nie kończy, nawet jeżeli mowa tu bardziej o czymś bliskim, jak to się kiedyś mawiało, metroseksualizmowi, a nie faktycznej orientacji.
Następnie Carrie chwali się przyjaciółkom, że nie tylko zostawiła parę rzeczy u Biga, ale też po raz pierwszy zrobiła kupę w jego mieszkaniu. Charlotte uważa, że to okropne, bo to koniec romantycznej części związku, Miranda zaś gratuluje jej odwagi. Samantha mówi, że umawia się tylko z bogaczami, bo mają tak duże mieszkania, że z łazienki nic nie słychać.
Ni stąd, ni zowąd Samancie stawia drinka jej dawna miłość, która kiedyś złamała jej serce, porzucając dla modelki, z którą teraz się rozwodzi. Samantha decyduje się z nim pogadać, gdyż uważa, że nie jest dla niej zagrożeniem, bo, jak mówi, ewoluowała ponad ten związek. Jest to chyba najbardziej wymuszony sposób na wrzucenie tematu odcinka do linii dialogowej, jaki widziałam w całym tym serialu.
Szczęście Carrie jest krótkotrwałe, bo Big odnosi jej rzeczy. Co ciekawe jednak, Carrie konfrontuje się z nim i wyjaśnia, że zostawiła rzeczy celowo i że noszenie ze sobą tony sprzętu do makijażu i innych spraw jest uciążliwe. Proponuje też, żeby zostawił coś swojego u niej, na przykład golarkę. On nie widzi jednak takiej potrzeby i wyjaśnia, że chciałby, żeby każde z nich trzymało swoje rzeczy u siebie. No, łatwo mu mówić, jak nie używa takich rzeczy jak płyn do demakijażu czy tampony i nie rozumiem, dlaczego Carrie nie użyła tego argumentu. Zamiast tego opowiada nam w narracji, że czuje się jak ostatni dinozaur i zastanawia się, czy jej pogląd na związki wyginął i musi się adaptować. Ten odcinek bije rekord w nieporadnym doczepianiu do wszystkiego przypadkowo dobranego motywu przewodniego.
Carrie pisze artykuł. Nie no, ja nie mogę. Czytajcie: „This is a city where gay men are so out, they’re in, where women are so chronically single, ovaries may be the next vestigial organ. We can have anything delivered any hour, we have our dogs walked, our clothes cleaned, our food cooked. Who needs a husband, when you have a doorman? Are New Yorkers evolving past relationships?” Główna myśl o tym, że w mieście narodził się nowy tryb życia, w którym niekoniecznie jest miejsce na związek nie jest jakaś zła. Powiązanie tego z ewolucją to… jakiś pomysł. Według mnie zły, ale jeszcze powiedzmy, że do obronienia jako półżartobliwa metafora. Natomiast sposób, w jaki Carrie nam tę myśl przekazuje, jest co najmniej dziwny. To o gejach zupełnie nie wiem, co robi w artykule, jest tu tylko po to, żeby wymusić przywołanie wątku Charlotte. Co do jajników, to zdanie to nie ma najmniejszego sensu medycznego, a do tego Miranda była aktywna seksualnie i w związku, kiedy jej jajnik przestał funkcjonować prawidłowo. Co do przedostatniego zdania, to nie mam pojęcia, dlaczego ze wszystkich zawodów świata to portierzy mają zastąpić mężów. Piszcie przyczyny w komentarzach.
Samantha umawia się z swoim byłym i planuje w zemście… Powiedziałabym, że złamać mu serce, ale nie do końca. Chce się z nim umówić i porzucić tuż przed seksem. Nie rozumiem tego planu, bo będzie to wyrzeczenie dla Samanthy, może nawet większe niż dla jej byłego. No i, tak jak myślałam, ostatecznie po prostu ze sobą śpią. Potem śpią ze sobą jeszcze raz, po czym on mówi jej, że wraca do żony, ponownie rzucając. Wtedy bohaterka uświadamia sobie, że nie mogłaby zrobić tego samego co on, bo nie ewoluowała ponad uczucia.
Charlotte umawia się z tym facetem, którego miała za geja, i nadal zachowuje się on jak stereotypowy gej. Charlotte przedstawia go koledze gejowi Carrie, żeby ocenił, czy jej fagas na pewno nie jest gejem na wyparciu. Jego werdykt jest taki, że nie, bo ewidentnie leci na Charlotte. (W ogóle to cechy geja według tego serialu to głównie znanie się na kuchni, modzie i malarstwie). Charlotte daje sobie spokój z podejrzewaniem homoseksualizmu i decyduje się przespać z wybrankiem. Jest super, ma dwa orgazmy i w ogóle, ale gdy nad ranem w kuchni pojawia się mysz, oboje panikują i żadne z nich nie ma psychy, by pozbyć się pułapki. Charlotte stwierdza wtedy, że jej męska strona jest za mało wyewoluowana, by mogła związać się z facetem o tak silnie wyewoluowanej kobiecej stronie. Bo banie się myszy jest immanentnie kobiece, a hetero mężczyznę poznaje się po tym, że wyniesie mysz z mieszkania. Pojęcie ewolucji jest tak nadużyte w tym odcinku, że to już podchodzi pod usiłowanie stworzenia neosemantyzmu.
Miranda przejęta spadającymi możliwościami reprodukcyjnymi szuka sobie nowego faceta. W desperacji umówiła się z facetem z branży, którego odrzuciła wcześniej dwa razy. Zauważa, że niegdyś był łysy, a teraz ma włosy. Facet wyjaśnia, że zawdzięcza owłosienie przeszczepowi, chociaż nigdy nie sądził, że się na to zdecyduje. Miranda w odpowiedzi mówi mu, że rozważa zamrożenie komórek jajowych. On opowiada, że nie podoba mu się używanie takich technologii, bo teraz desperatki będą miały dzieci po pięćdziesiątce i że słabi nie powinni się rozmnażać, a w ogóle to niedługo mężczyźni nie będą już potrzebni. Dostaje kosza.
Kolejnego dnia rano Carrie budzi się u Biga i chce się rano zwinąć, bo u niego nie ma suszarki. On chce, żeby została. No matko, żebyś jej dał zostawić te rzeczy, to by mogła się z tobą turlać rankiem po łóżku, trzeba było myśleć, a nie teraz się jej czepiać, że nie ma czasu. Zbierając się, Carrie znajduje u Biga ich wspólne zdjęcie. Dzięki temu przestaje się martwić o to, że Big nie chcąc jej w swoim mieszkaniu, nie chce jej w swoim życiu i postanawia jeszcze z nim zostać, tak jak chciał, i uznaje problem za rozwiązany. Według mnie nie jest ani trochę rozwiązany, bo dalej nie ma u niego przedmiotów, które są jej potrzebne co rano. Chyba na koniec udaje jej się zostawić majtki, ale to niejasne. W każdy razie żaden to kompromis, ale zrezygnowanie ze swoich potrzeb dla wygody Biga.
To koniec. Jeszcze nie widziałam, żeby odcinek miał temat wrzucony tak na siłę i bez związku z niczym. Do tego wszystko, co powiedziano na temat ewolucji, nie miało z ewolucją nic wspólnego, a było za to seksistowskie i homofobiczne. Mamy tutaj takie momenty jak zbuntowanie się Mirandy po tym, jak facet zaczął swój mizogiński monolog, ale mamy też momenty jak ten z myszą, więc serial niby chce nam powiedzieć, że mizoginia jest zła, ale jego wizja kobiecości i męskości jest jednocześnie tak zamknięta i stereotypowa, że trudno ostatecznie ocenić odcinek pozytywnie pod tym względem. To samo z przedstawieniem gejów – serial podejmuje próbę pokazania, że stereotypy nie muszą być prawdziwe, ale jedyne, co ma do zaoferowania, to zamienienie dwóch stereotypów na miejsca.
Jak chodzi o związek Carrie i Biga, to tutaj nic nowego, dalej dogadują się gorzej niż średnio ogarnięci licealiści. Do tego Big dał w tym odcinku jasny sygnał, że ma gdzieś potrzeby swojej dziewczyny, czym zarobił sobie u mnie dużego minusa.
Moim zdaniem jeden z gorzej napisanych odcinków, pełen nieciekawych pomysłów i stereotypów. Jeśli wam się jednak podobał, to piszcie w komentarzach, jeśli się nie podobał, to też piszcie. No i koniecznie dajcie mi znać, co myślicie o tym portierze zamiast męża.

***



S02E12 – La Douler Exquise!
Firma Samanthy organizuje otwarcie restauracji w estetyce sado-maso o nazwie La douler exquise (wyborny ból). Wszystkie przyjaciółki oraz kolega gej się wybierają. Samantha doskonale odnajduje się w klimacie BDSM, Carrie i Miranda mają się w porządku, a Charlotte, jak można się było spodziewać, nie rozumie, co w tym pociąga ludzi.
Charlotte twierdzi, że nie ma żadnego fetyszu, ale Carrie mówi nam, że to nieprawda, bo jak każda kobieta na Manhattanie ma fetysz drogich butów. Nie wiem, czy Carrie projektuje, czy serial po prostu święcie wierzy, że każda kobieta ma hopla na punkcie obuwia. Tu zaczyna się wątek sprzedawcy butów fetyszysty stóp, który nawiązuje z Charlotte relację polegająca na tym, że daje jej drogie buty w zamian za możliwość wymasowania jej stóp.
Carrie spędza noc u Biga, który rano wyjeżdża do Paryża na tydzień. Przypadkowo wychodzi na jaw, że być może będzie musiał wyjechać tam w związku ze swoją praca na siedem miesięcy lub nawet rok i nie przyszło mu do głowy skonsultowanie tej decyzji z Carrie. Kobieta jest oburzona i w sumie trudno się dziwić. Kiedy rozważa z koleżankami swoją sytuację dochodzi do wniosku, że musi być masochistką w relacji sado-maso, skoro ugania się za Bigiem, który tak źle ją traktuje. Przeczytałam w życiu dość recenzji twórczości E.L. James, żeby wiedzieć, że nie można być nieświadomie w takiej relacji i że oznacza ona zupełnie co innego. Carrie oczywiście opisuje swoje odkrycie w artykule.
Miranda tymczasem poznaje faceta, który lubi uprawiać seks w miejscach, w których może być przyłapany. Miranda odbywa z nim stosunek w zaułku i w publicznej ubikacji, godzi się też, żeby zrobił jej minetę w taksówce. Charlotte ochrzania ją za to, bo według niej ludzie w związku powinni się ruchać w sypialni. W końcu to robią, ale okazuje się, że w czasie, gdy odwiedzają go rodzice. Rodzice nakrywają ich w trakcie stosunku, co doprowadza mężczyznę o orgazmu, a Mirande do decyzji o zerwaniu.
Carrie pije wino i dzwoni do Biga (jest różnica czasu, więc go budzi), żeby go ochrzanić. Ten ją olewa, bo chce spać. Potem Carrie dochodzi do wniosku, że Big ma rację, przeprowadzka to nic takiego i mogą być w związku na odległość. Przebiera się za stereotypową Francuzkę i jedzie do Biga (który już wrócił) z… jedzeniem z McDonalda. To może być najbardziej amerykańska rzecz, jaką widziałam w życiu.
Proponuje mu, że przeprowadzi się razem z nim, bo może pisać swoją kolumnę z Paryża. Big odpowiada jej, że spoko, ale tylko pod warunkiem, że przeprowadzi się dla siebie, a nie dla niego. Carrie rzuca Big Macami w telewizor i ochrzania go jeszcze raz, tylko bardziej stanowczo. Big mówi, że nie chodzi o nią, tylko o pracę, a do tego on potrzebuje być w związku, w którym będzie sobie wyjeżdżał do Paryża, kiedy chce i na jak długo chce. Carrie wychodzi, a wracając do swojego mieszkania toczy monolog wewnętrzny, w którym rozważa, kto w tym związku jest sadystą i dochodzi do wniosku, że ona sama, bo może to on ma pejcz, ale to ona się do niego przywiązała. Nie ma to za dużo sensu.
Charlotte przyznaje się przyjaciółkom, że fetyszysta dał jej buty za darmo, po czym postanawia zwrócić je do sklepu. Nie jest jednak w stanie tego zrobić, bo buty są zbyt piękne. Do tego fetyszyście udaje się ją namówić na sześć nowych par za cenę przymierzenia ich na jego oczach. Nie wiem, jak się sprawdza taki model biznesowy. A może on tylko pracuje w tym sklepie i ryzykuje utratę pracy? Nie wiadomo.
Wieczorem Big przychodzi do Carrie, ostatni raz uprawiają seks i zrywają. Nad ranem Carrie zastanawia się, czy w ogóle kochała Biga, czy uzależniła się od bólu. I to koniec odcinka.
Był też wątek podoczny kolegi geja, który, jak się dowiadujemy, ma fetysz bielizny. Poznał w internecie innego geja z tym samym fetyszem i uprawiali cyberseks. W końcu postanowili się spotkać w gej klubie pełnym gejów w samej bieliźnie, co prawda nie znalazł tam swojego koleżki z internetu, ale poznał innego fetyszystę bielizny, więc też fajnie.
Matko, jaki ten odcinek był słaby. Cały czas miałam wrażenie, że z tabelki z rozwojem fabularnym sezonu wynikało, że w tym odcinku Carrie i Big muszą zerwać, a z tabelki z tematami felietonów Carrie, że brakuje odcinka o sado-maso, więc trzeba to jakoś połączyć.
Gdyby serial miał więcej odwagi i faktycznie pokazał nam, że któraś bohaterka ma fetysz albo może chce spróbować sado-maso, odcinek mógłby być ciekawszy. No bo co, tylko podoczna postać geja ma pozwolenie od twórców na fetysz i to bardzo niewinny. Miranda próbuje czegoś nowego, bo rzeczywiście seks w taksówce wymaga odwagi (i braku szacunku do taksówkarza), ale ostatecznie robiła to raczej dlatego, że kręciło to jej kochanka, nie odkryła w sobie niczego nowego. Charlotte pozgarniała te wszystkie buty, ale cały czas czuła obrzydzenie do siebie i do sprzedawcy, więc też nihil novi. Z jednej strony rozumiem decyzję, żeby nie dawać wątku Samancie w tym odcinku, bo wiemy, że ją kręci wszystko, z drugiej, skoro twórcy nie mieli nic ciekawego do powiedzenia o pozostałych paniach, to może trzeba było uczynić Samanthę gwiazdą tego odcinka, to przynajmniej śledzilibyśmy losy kogoś otwartego na nowe doświadczenia, a tak z praktycznie każdego wątku, może poza tym kolegi geja, wynika jasno, że ci fetyszyści są jacyś dziwni i tyle. Takie założenie jest dobre na początek odcinka, ale moim zdaniem serial na temat ludzkiej seksualności mógłby mieć trochę więcej zrozumienia dla niekonwencjonalnych potrzeb seksualnych.
Post jest krótszy niż zwykle, bo czuję, że napisałam to, o miałam do powiedzenia. Ten odcinek według mnie po prostu nie oferuje zbyt dużo. Dajcie znać, co myślicie. Jak zawsze jestem ciekawa waszych opinii.

***


S02E13 – Games People Play
Carrie cieszy się jasnymi stronami singielstwa, wśród których wymienia możliwość puszczania głośno złej muzyki (podkład muzyczny sceny stanowi „I Will Survive” Glorii Gaynor). Po pierwsze, nie wiem, dlaczego Carrie twierdzi, że to zła muzyka, a po drugie, to Big ledwie bywał w jej mieszkaniu, więc co za różnica. Po trzecie, polecam szukać sobie chłopaka, z którym można wspólnie słuchać muzyki, tej złej też.
Cieszy się też, że ma dużo czasu dla przyjaciółek… bo kiedyś jej go brakowało, jak widać. Widzimy kolejne sceny, w których Carrie, wciąż z tą samą piosenką w tle, opowiada przyjaciółkom, jak bardzo jej szkoda Biga, bo ona jest taka mądra i zabawna, i niesamowita, i każdy facet chciałby ją mieć.
Czuję, że piosenkę Gaynor zbezczeszczono. Nie dość, że wykorzystano ją, by podkreślić wątpliwej jakości zajebistość Carrie, to jeszcze wprost obrażono.
Przyjaciółki mają dość jej wiecznego rozprawiania na temat Biga i organizują interwencję. Każą jej iść na terapię, bo one tego dłużej nie zamierzają słuchać. Carrie oponuje, używając całego szeregu najbardziej typowych argumentów osoby, która twierdzi, że nie potrzebuje terapii (wszystko okej, rozmawiam z przyjaciółkami, przecież funkcjonuję, a w ogóle to nie wierzę w terapię, to dla egocentryków, w starożytności nie było terapii). Miranda kontruje jej argumenty, powołując się na swojego terapeutę i osobiste doświadczenia, wyjaśnia też, że jej lęki są typowe, a ludzie w starożytności nie dożywali trzydziestki.
Carrie dodatkowo konsultuje sprawę z kolegą gejem. Ten mówi jej, że każdy na Manhattanie ma terapeutę i to ona jest do tyłu. Ostatecznie zapisuje się do tej samej terapeutki, do której według serialu chodzi Gwyneth Paltrow. Domyślam się, że to musi być bardzo droga terapeutka i Carrie jak zawsze wyczaruje pieniądze.
Na spotkaniu z terapeutką Carrie mówi, że nie wierzy w terapię, tylko w rozwiązywanie własnych problemów (matko, czy mam przejechać przez poprzednie odcinki i wyliczyć momenty, z których Carrie nie była nijak zainteresowana rozwiązywaniem swoich problemów?). Przyznaje jednak, że Big nie był pierwszym facetem, z którym się umawiała, który nie nadawał się do związku z nią. Carrie dowiaduje się, że wybiera niewłaściwych mężczyzn i pogrywa z nimi w gierki. W reakcji stwierdza, że wybrała złą terapeutkę. No nie wiem, Carrie, no nie wiem.
Obgaduje sprawę z koleżankami. Samantha i Miranda zgadzają się z terapeutką, za to Charlotte twierdzi, że pogrywanie z facetami daje władzę i nawet w stałym związku trzeba w coś z partnerem grać. Bogowie, naprawdę mam ochotę zrobić tym babom (Carrie i Charlotte) prezentację w PowerPoincie na temat normalnych relacji międzyludzkich.
Panie idą na wieczór kibiców do baru z telewizorem z zamiarem podrywania w czasie przerw reklamowych w trakcie meczu. Samantha szybko wyrywa jakiegoś bogacza i od razu idą się seksić. Potem ten wątek się rozwija, randkują dalej, problem polega na tym, że bogacz ma ochotę na seks tylko wtedy, gdy jego drużyna wygra, a sporo przegrywają. W końcu Samantha się nudzi czekaniem i zrywa.
Carrie, jak wyłapuję z kontekstu, nikogo nie poderwała, tylko wróciła wieczorem do domu pisać artykuł. Zastanawia się w nim, czy gry, w które gramy jako dzieci, przygotowują nas do pogrywania z partnerami w dorosłym życiu i czy związek to tylko kwestia dobrych ruchów i przemyślanej strategii. Czy gierki w związku są konieczne? – pyta Carrie. Tylko skoro ani jej, ani Charlotte takie podejście nie przynosi owoców, to co tu jest do rozważania?
Nie zgadniecie, co dzieje się dalej. Okej, no może i zgadniecie.
Carrie wyrywa faceta w poczekalni u terapeutki. Carrie celowo ładnie się ubrała, patrzyli na siebie, a potem on się przedstawił. Zostaje to określone jako gierka. Umawiają się na randkę, ale z czasem Carrie zastanawia się, czy dobrze zrobiła, bo przecież może być szalony. Carrie. Carrie, Carrie, Carrie. Też tam byłaś. Jedna z twoich przyjaciółek również chodzi na terapię. Czy Mirandy też się boisz?
Miranda swoja drogą też nawiązuje w tym odcinku znajomość z mężczyzną. Jest to jej sąsiad z innego budynku, z którym patrzą na siebie przez okna i z czasem robią rozbierane sesje. To również zostaje określone jako gierka i zastanawiam się, jak szeroka jest definicja tego pojęcia. Potem, gdy widzą się w sklepie, Miranda się przedstawia, ten udaje, że nie wie, o co chodzi. Bohaterka uznaje to za niedojrzałe i idzie obgadać sprawę z terapeutą.
Carrie zabiera ziomka poznanego w poczekalni do siebie, zaczynają grać w Twistera. Od gry płynnie przechodzą do seksu. Po seksie Carrie pyta, dlaczego jej kochanek chodzi na terapię i przyznaje, że w nią nie wierzy. Ten mówi, że ma problemy w relacjach z kobietami, bo po seksie zupełnie traci zainteresowanie. W tym momencie Carrie doznaje olśnienia, bo oto wybrała złego mężczyznę, więc terapeutka miała rację. Pomyślałoby się, że w takim razie nasza bohaterka uwierzy w terapię, ale nie, wypisuje się, bo nie chce widzieć w poczekalni faceta, z którym właśnie spała. I nie, nic nie wiadomo o tym, żeby zapisała się do innego. Dodaje tylko, że jej przyjaciółki to w pełni rozumieją, czyli… wracamy do tego, że rozmowa z przyjaciółkami zastępuje terapię, tak?
Wątek Mirandy był zupełnie po nic i jestem pewna, że jego jedynym zadaniem było zajęcie czasu antenowego w tym i tak krótszym niż zwykle odcinku. Wątek Samanthy też był po nic. Rozumiem, że wykorzystanie słowa game w kilku kontekstach było kuszące, ale naprawdę nic z niego nie wynikało. W tym odcinku liczyła się tylko Carrie. Byłoby to zrozumiałe, gdyby odcinek skupił się na pokazaniu jak przepracowuje rozstanie, ale nie. Carrie skończyła dokładnie tam, gdzie zaczęła. Gadała przyjaciółkom o Bigu i ma zamiar to robić nadal. Trudno też powiedzieć, żeby po drodze uwierzyła w terapię, bo niby zrozumiała coś o sobie, ale nie przekonało jej to, żeby umówić się na kolejną wizytę, choćby u innego terapeuty. Cieszę się, że przynajmniej Miranda mogła powiedzieć kilka sensownych rzeczy na temat terapii, ale nie było tego jakoś szczególnie dużo. Moim zdaniem to zmarnowany potencjał, można było silniej zderzyć podejście Carrie i Mirandy do terapii, zamiast spychać tę drugą na dalszy plan.
No i jakby z mojego posta niewystarczająco jasno wynikało: rozmowa z przyjaciółkami nie zastępuje terapii, terapia działa i pomaga w wielu sytuacjach, a ludzie w starożytności nie dożywali trzydziestki.
Piszcie swoje przemyślenia w komentarzach. Może jest tu ktoś, kto uważa, że bez gierek nie ma związku.
Errata: Zrozumiałam scenę spotkania Mirandy i sąsiada tak, że on kłamał, ale chyba chodziło o to, że po prostu flirtował z inną kobietą. Cóż, wciąż uważam, że ten wątek był po nic.

***


S02E14 – The Fuck Buddy
Pamiętacie Skippera, nice guya z pierwszej serii? Wraca i znowu narzeka na kobiety, bo ciągle z nim zrywają, żeby mieć więcej czasu na karierę. Do tego podle zrywają z nim zaraz po tym, jak zacznie się czuć bezpiecznie w związku. Carrie w narracji wyjaśnia nam, że Skipper jest świetnym facetem, który ciągle trafia na kobiety szukające dupków, tym samym mówiąc publiczności, że jego incelowe jęki są sensowne. Jedną z tych kobiet była, jak pamiętamy, Miranda.
Tu przechodzimy do wątku Mirandy, która spotyka się, a jakże, z jakimś dupkiem. Facet jest agresywny, wiecznie narzeka, poniża Mirandę i narzuca jej swoje zdanie. Bohaterka jest świadoma, że jej chłopak jest okropną osobą, ale podnieca ją bycie zdominowaną w łóżku, bo podczas seksu facet zachowuje się dokładnie tak samo, więc kontynuuje znajomość.
Carrie wyjaśnia Mirandzie, że zawsze wybiera dupków, a jak raz była z miłym Skipperem, to mu dała kosza. Tylko że wszyscy pamiętamy Steve’a, który dupkiem nie był, i z którym Mirandzie nie wypaliło ze względu na różnicę w statusie społecznym. Przykład Mirandy jest wstępem do rozmowy o tym, że związki naszych bohaterek przebiegają wedle konkretnych szablonów i tak jak do pewnego stopnia jest to prawda (Charlotte rzeczywiście od każdego faceta oczekuje, że będzie jej wymarzonym mężem), tak wszystkie wnioski są podminowane przez fakt, że analiza życia miłosnego Mirandy została przeprowadzona na przeinaczonym materiale. Na dodatkową uwagę w tej scenie zasługuje śmiały wybór modowy Mirandy (zdjęcie poniżej). Można się z nim nie zgadzać, ale trzeba go szanować.
Podobnie co romanse bohaterek, scenariusze odcinków również mają swój szablon, nadeszła więc pora na przedstawienie głównego tematu odcinka poprzez pokazanie Carrie wstukującej w komputer nowy artykuł. Pytanie na ten odcinek brzmi: czy wszyscy umawiamy się wciąż z takimi samymi osobami? Następnie, jak w każdym odcinku, widzimy kilka odpowiedzi przypadkowych mieszkańców Manhattanu. Wypowiadają dwie kobiety, które opowiadają o tym, że ciągle umawiają się z dupkami, więc ten motyw szybko nie umiera.
Carrie przeżywa rozstanie z Bigiem, siedząc co wieczór do późna i zamawiając chińszczyznę. Umawia się też na seks z facetem, z którym umawia się na seks po każdym bolesnym rozstaniu. Analizując swoje zachowanie, dochodzi do wniosku, że nie ma szablonu, według którego przebiegają jej związki, ale ma szablon zachowań pomiędzy nimi. Stwierdza też, że facet, z którym się właśnie przespała, jest nieskomplikowany i fajny. Dochodzi do wniosku, że może byłoby warto spróbować zbudować związek z nim. Tym samym łamie swój szablon.
Wszystkie cztery panie spotykają się na jodze. Samantha ocenia Carrie za umawianie się z facetem, z którym spotyka się tylko na seks, bo to zniszczy ich świetną relacje opartą tylko na seksie. Charlotte z kolei prosi o wytłumaczenie, czy jest „fuck buddy”, bo… nie wiem, nie zna angielskiego? Naprawdę nie rozumiem, wszystko jest w nazwie. Koleżanki jej wyjaśniają, a Charlotte dalej jest w szoku, że to można tak się spotykać na seks bez zobowiązań. Serio, kobieto, od kiedy ty znasz swoje przyjaciółki? OD KIEDY ZNASZ SAMANTHĘ? W jakiś sposób ta rozmowa ośmiela Charlotte, która decyduje się po raz pierwszy nie czekać, aż facet zaprosi ją na randkę i robi to sama, przełamując swój szablon. Potem zaprasza na randki też kolejnych facetów, w końcu spotykając się z więcej niż jednym facetem naraz, tak jak to praktykują jej przyjaciółki.
Carrie wybiera się randkę ze swoim kompanem od stosunków. Wszystko idzie zupełnie źle, jemu nie podoba się jedzenie, jej nie bawią jego żarty. Na szczęście seks dalej jest świetny.
Mamy też równolegle wątek Samanthy, której sąsiedzi głośno uprawiają seks, więc ona, zazdrosna o ich cielesne uciechy, zaczyna masturbować się do odgłosów zza ściany, również jęcząc. Z czasem nawiązują kontakt, odpukując swoje orgazmy w ścianę. W końcu dostaje od sąsiadów liścik z zaproszeniem do trójkąta. Zaraz po otrzymaniu go pyta pana sprzątającego, czy jej sąsiedzi są atrakcyjni. Pan sprzątający ma na imię Jesus i posługuje się łamanym angielskim, jeśli ktoś się zastanawiał.
Za chwilę widzimy również kolejny przykład reprezentacji imigrantów, bo para okazuje się być dwójką przybyszy z Europy Wschodniej z nadwagą, Samantha więc, mimo że już ubrała się w seksowną bieliznę, mówi im tylko, żeby postarali się być ciszej i do trójkąta nie dochodzi. Po rozmowie przesuwa swoje łóżko na drugą stronę pokoju. Zastanawiam się, co przeszkadzało jej bardziej, fakt, że sąsiedzi mieli nadwagę, czy że byli, skąd byli. Głosujcie w komentarzach.
Charlotte umawia się na dwie randki jednego dnia i zmyśla powód, żeby wykręcić się z tej pierwszej przed końcem kolacji i zdążyć na drugą. Pech chciał, że facet numer jeden przyłapał ją na całowaniu się z facetem numer dwa i obaj z nią zerwali, po czym zrzucili się na taksówkę i odjechali. Charlotte w tym momencie stwierdza, że więcej nie posłucha rad przyjaciółek, a przynajmniej tak mówi nam Carrie w narracji.
Miranda dalej umawia się ze swoim dupkiem, mając nadzieję, że po awansie trochę wyluzuje i może coś z tej relacji jeszcze będzie. Ten jednak nie zmienia swojego zachowania, więc Miranda z nim zrywa. Przy okazji odkrywa, że jest bardziej pozytywną osobą niż sądziła. (Myślę, że w porównaniu z jej facetem z tego odcinka każdy wychodzi na bardzo pozytywną osobę). Po wyjściu z randki wpada na Skippera, który zaczyna ją opieprzać, bo zaczęła do niego tak normalnie zagadywać po tym, jak brutalnie go odrzuciła. Miranda czuje do niego tym większy pociąg, im bardziej jest wściekły, ten jednak (na szczęście, inaczej musielibyśmy go oglądać w kolejnych odcinkach) nie jest zainteresowany.
Carrie dalej próbuje randkować ze swoim koleżką i dalej nie mają o czym gadać. Trochę rozbawiło mnie, że Carrie próbuje mu przekazać swoją miłość do Nowego Jorku, opowiadając o tym, że niektóre budynki w jej dzielnicy mają nawet sto lat (pozdrawiam z Europy!). Ze związku nic nie wychodzi, urywa się też ich erotyczna znajomość i Carrie informuje nas, że na nowo wpadła z swój szablon rozstań. No i to koniec odcinka.
Od czego by tu zacząć. Najbardziej oczywiście drażni mnie przekonanie, że kobiety lecą na facetów, którzy źle je traktują. Odcinek zdecydowanie potwierdza takie incelowe rozumowanie, pokazując nam zakończenie wątku Mirandy, która poleciała na Skippera dopiero wtedy, gdy się na nią wściekł. Nie chodzi o to, że twierdzę, że takie zjawisko nie istnieje, ale nie ufam serialowi, który dał nam odcinek o tym, że przemoc domowa to nic złego, że powie nam na ten temat coś z sensem.
Co do samych szablonów zachowań, to konkluzja tego odcinka jest co najmniej dziwna. Wydawałoby się, że serial będzie nas zachęcać, żeby przełamywać schematy zachowań, jednak zarówno Carrie, jak i Charlotte źle na tym kończą, więc, jak rozumiem, powinniśmy w kółko powtarzać te same działania, które nie przynoszą skutku, bo inne działania też nic nie dadzą?
Jeśli chodzi o wątek Samanthy, to nie wiem, po co nam to było, bo nie wniósł zupełnie nic, a jego powiązania z tematem było takie, że niby przesuwając łóżko, Samantha przełamała istniejący wzór. Metaforycznie możemy to odbierać jako… nie wiem co, bo to jęczenie do ściany to też nie było jakieś jej codzienne zachowanie. Teoretycznie mogłoby to oznaczać, że teraz będzie mniej otwarta ze swoją seksualnością, ale nie dość, że byłby to słaby morał, to wszyscy wiemy, że Samanatha tego po prostu w sobie nie zmieni.
Czekam na wasze komentarze. W sumie to szczególnie na te na temat kapelusza Mirandy. Bardzo mnie on fascynuje.

***


S02E15 – Shortcomings
Miranda poznaje na siłowni rozwodnika z dzieckiem i postanawia umówić się z nim, mimo że nie przepada za dziećmi.
Sprawę musi oczywiście obgadać z przyjaciółkami. W trakcie spotkania wszystkie oprócz Charlotte dochodzą do wniosku, że każdy rozwodnik musi oznaczać problemy. Charlotte jest innego zdania, bo jej brat Wesley jest w separacji ze swoją żoną Leslie, a uważa go za porządnego faceta. Koleżanki zaczynają nabijać się z faktu, że ich imiona się rymują i szkalują na tej podstawie brata Charlotte, wymyślając na temat pary serię nieśmiesznych żartów. Scena jest raczej żenująca.
Carrie tymczasem zaczęła umawiać się z pisarzem szykującym się do sesji dla GQ i chociaż tego nie planowała, odwiedziła mieszkanie jego rodziców. Mieszkanie jest wypełnione książkami w stopniu, którego nie powstydziłaby się rodzina Borejków, siostry (nazwane po powieści Salingera) są miłe, matka okazuje się fanką kolumny Carrie, a ojciec zaprasza na występ gościnny na prowadzonym przez siebie wykładzie – życie snem.
Facet Mirandy okazuje się, jak to określiła sama zainteresowana, heteroseksualnym Świętym Graalem. Szuka stałego związku i lubi codzienną rutynę. Pozostaje jednak jeden problem: dziecko.
Wątek kończy się w dosyć przewidywalny sposób: gdy Miranda przypadkowo przytrzaskuje palce synowi kochanka, ojciec poświęca całą uwagę dziecku i prosi Mirandę o wyjście. Wniosek z tego, przynajmniej według narracji Carrie, jest taki, że nie jest się częścią rodziny, jeżeli nikomu nie jest przykro, jak wychodzisz. Trochę mało to odkrywcze, bo chyba nikt się nie spodziewał, że Miranda będzie traktowana jako część rodziny, bo poszła na kilka randek z samotnym ojcem.
Charlotte odwiedza brat. Z tej okazji nasza bohaterka upiekła mu muffinki na wzór tych, które robiła im kiedyś babcia. Wesley jednak nie docenia starań, bo jedyne, na co ma ochotę, to alkohol. Charlotte próbuje go przekonać, żeby popracował jeszcze nad tym związkiem, bo, uwaga, mieli takie piękne wesele. Ten pyta jej, kiedy ostatnio była w stałym związku, co kończy rozmowę. Wesley ma rację, ale wciąż uważam, że mógłby bardziej docenić muffinki.
Nie wiem, czy się tego spodziewaliście, czy nie, może tak, ja mimo wszystkich obejrzanych odcinków nie, ale w kolejnej scenie, w której widzimy Carrie i pisarza/modela energicznie zabierających się za współżycie, Carrie w narracji określa miłe spotkanie w mieszkaniu rodziców mianem gry wstępnej. Tak, czuje się podniecona faktem, że lubią ją rodzice popularnego pisarza/modela. Rozumiem, że akceptacja ze strony rodziców sławnego fagasa może przekonać do związku z nim, ale wciąż wsadzenie tutaj wprost podniecenia jest według mnie nadmierną seksualizacją relacji społecznych. W każdym razie okazuje się, że pisarz/model ma orgazm jeszcze przed stosunkiem. Sprawę należy obgadać nad sałatką.
Samantha doradza natychmiastowe zerwanie, a Miranda uważa, że kolejnym razem może mu pójść lepiej, więc nie ma co go skreślać. Carrie przyznaje, że w pisarzu/modelu najbardziej podoba jej się jego rodzina Borejków. Stwierdza, że to świetny temat na artykuł, który nazywa, pozwolę sobie zacytować: „When you sleep with someone, are you screwing the family?”. Czy mówiłam coś o nadmiernej seksualizacji relacji społecznych?
Carrie (żeby zebrać materiał?) umawia się na drinka (czy coś w tym stylu) z matką pisarza/modela. Pani wydaje się być sympatyczną babką o otwartym umyśle, ale nie jestem w stanie do końca jej polubić, bo nie przestaje chwalić kolumny Carrie. Carrie lubi ją za to aż za bardzo, bo potem widzimy, jak bohaterka leży w łóżku z kochankiem i rozmawia z nim o jego matce. Gdy zabierają się do rzeczy, on znów dochodzi za szybko, więc Carrie wraca do tematu matki, chyba żeby odwrócić jego uwagę od sprawy, ale ja myślę, że po prostu jest nią dużo bardziej zainteresowana niż problemami z erekcją kochanka.
Przenosimy się do kolejnego wątku rodzinnego – Charlotte przedstawia brata Carrie, okazuje się jednak, że przyjaciółka przyprowadziła na spotkanie również Samanthę, teraz istnieje więc zagrożenie, że Samantha i Wesley prześpią się ze sobą. Nie powiem, że ten lęk jest niczym niepodparty.
No i tak, śpią ze sobą. Gdy rano Charlotte widzi Samanthę w swojej kuchni, jest na nią wściekła i zaczyna obrażać nie tyle z powodu przespania się z jej bratem, co prowadzenia bujnego życia erotycznego, Samantha więc po prostu wychodzi z mieszkania, ignorując wstawiającego się za nią Wesleya. Nie powiem, że nie spodziewałam się takiego wybuchu po Charlotte prędzej czy później, w wielu odcinkach przejawiała wiktoriańskie podejście do związków.
Niby znam tę bohaterkę, ale jednak przewróciłam oczami, gdy w kolejnej scenie znowu zaczęła tłumaczyć bratu, że powinien wrócić do Leslie. Ten wyperswadowuje jej ten pomysł, mówiąc, że od dwóch lat nie uprawiał z żoną seksu i żeby dała spokój Samancie, która przywróciła mu radość życia. Charlotte rozumie swój błąd, zabiera wzgardzone przez Wesleya muffinki i idzie z przeprosinami do Samanthy. Samantha wybacza.
Carrie chce porozmawiać z kochankiem na temat ich problemów łóżkowych, ten jednak odmawia. Mówi, że w ogóle ma dość tematu seksu i dostajemy sugestię, że od dzieciństwa tyle rozmawiał z rodziną o seksie, że jest zmęczony. Następnie widzimy kolejną scenę spotkania z rodziną, podczas której pomiędzy swobodnymi pogawędkami o tematyce mniej lub bardziej erotycznej dochodzi do kłótni – fagas nie może znaleźć sera i jest z tego powodu zły na całą rodzinę. Carrie oraz dziewczyna siostry pisarza/modela posyłają sobie znaczące spojrzenia, bo obie nie mogą się odnaleźć w tej sytuacji, przeczuwając, że problem leży gdzieś głębiej. Carrie ma dość, zmyśla wymówkę i wychodzi, ale zostaje zatrzymana przez matkę, która również się do niej przywiązała. Matka wie o problemach z erekcją syna i chce jakoś interweniować, ale zostaje powstrzymana przez Carrie, która stwierdza, że musi nie tyle zerwać z chłopakiem, co z jego matką. Zrywa więc.
W ostatniej scenie odcinka widzimy, jak Carrie myśli o tym, że najważniejsza jej rodzina, a dla niej rodziną są przyjaciółki. Piękny morał, tylko nie dla historii Carrie z tego odcinka, bo przecież nie miała w tym odcinku żadnego konfliktu z koleżankami, jak już coś takiego mogłaby powiedzieć Charlotte, ale ona rozwiązała swój problem sporo wcześniej.
Przyznam, że pierwszy raz temat odcinka jakoś naruszył moją strefę komfortu i to nie poprzez swoją nieprawdopodobną mizoginię, bifobię czy wściekłą nienawiść do modelek, bo to już przerabialiśmy, ale przez rzucenie wyzwania mojemu postrzeganiu seksualności. Nie wiem jak wy, ale mnie naprawdę nie przyszło do głowy, że serial podejmie temat odczuwania podniecenia przy rozmowie z rodzicami kochanka. Szczerze mówiąc, nie przyszło mi do głowy, że taki temat istnieje. Cóż, serial chce poszerzać horyzonty myślenia o seksualności i w końcu mu się to udało. Przy czym wciąż nie jestem przekonana, czy ten temat nie został stworzony na potrzeby odcinka. Trochę mam przeczucie, że jednak tak.
Jeśli chodzi o rodzinę Borejków z alternatywnego uniwersum, w którym „Jeżycjada” promuje edukację seksualną, to chyba nie bardzo zgadzam się z przekazem tego wątku, o ile w ogóle do końca go rozumiem. Liberalna postawa rodziców imponuje Carrie (co nie dziwi, w końcu to dziennikarka pisząca o seksie), ale ostatecznie zostaje skrytykowana, bo widzimy, że syn przez to zraził się do seksu, nie chce o nim rozmawiać i możliwe, że z jej winy ma problemy z erekcją. Przy czym jego siostry, zwłaszcza ta z nich, która jest homoseksualna, co w pełni akceptują rodzice, nie wydają się narzekać. Jedna z nich narzekała jedynie na narzekanie brata. Więc może jednak rodzice byli w porządku, a problem był w samym pisarzu/modelu? Serial chyba mówi nam, że zbytnia otwartość rodziców też nie jest dobra, ale z odcinka spokojnie można wysnuć wniosek, że rodzice w ogóle nie powinni z dziećmi o seksie rozmawiać, bo prowadzi to do problemów potomstwa na tle seksualnym.
Całkiem podobał mi się za to wątek Charlotte, która w końcu musiała skonfrontować swój konserwatyzm z rzeczywistością. Samantha zachowała się jak Samantha, a Charlotte jak Charlotte (łącznie z tym, że urządzała podchody zamiast powiedzieć przyjaciółce, żeby nie spała z jej bratem). Ich postawy w końcu się zderzyły, a na koniec Charlotte zrozumiała, że nie może ustawiać innym życia, a do tego zatriumfowała przyjaźń oraz muffinki zostały zjedzone. No takich historii bym prosiła więcej w tym serialu.
Dajcie znać, co myślicie i czy spotkaliście się z konceptem pociągu do rodziców kochanka. Może to jakaś ważna kwestia społeczna, o której nie słyszałam.

***


S02E16 – Was It Good For You?
Charlotte umawia się z jakimś chirurgiem, który zasnął podczas seksu z nią. Samantha twierdzi, że na pewno jest nudna w łóżku, a to straszne, bo człowiek jaki jest w łóżku, taki w całym życiu. Tymczasem ona sama jest w łóżku tak interesująca, że ostatnio para gejów zaproponowała jej trójkąt, żeby dowiedzieć się, jak to jest z kobietą. Jeśli widzicie w tym rozumowaniu błąd logiczny, polegający na tym, że przecież przed przespaniem się z nią geje nie mają prawa wiedzieć, czy jest taka ciekawa, to nie moja wina, to Samantha tak połączyła fakty.
Pozwolę sobie zacytować rozmowę Samanthy i Carrie na temat potencjalnego trójkąta, bo dzieje się w niej kilka ciekawych rzeczy:
- So I’m thinking about doing it. They’re cute, they’re healthy.
- They’re gay!
- You know, for a sex columnist you have a limited view of sexuality.
- Gay as pink suede!
- Wake up, it’s 2000. The new millennium won’t be about sexual labels, it’ll be about sexual expression. It won’t matter if you’re sleeping with men or women. It’ll be about sleeping with individuals.
- Or in your case, twos or threes.
- Soon everyone will be pansexual. It won’t matter if you’re gay or straight.
- Just if you’re good or bad in bed.
- Exactly.
Cieszę się, że ktoś w końcu wytknął Carrie, że jej spojrzenie na seks jest bardzo wąskie. Szkoda jednak, że to Carrie jest naszą główną bohaterką, a Samantha (podobnie jak Charlotte) reprezentują pewne ekstrema, z którymi nie mamy się zgadzać. Nie mówię, że ja się zgadzam z wieszczeniem Samanthy, ale hej, w końcu jakieś naprawdę progresywne poglądy w tym jakże progresywnym serialu. Wreszcie ktoś użył słowa panseksualizm. I wspomniał o chorobach wenerycznych. Szkoda tylko, że Carrie w odpowiedzi popisała się homofobią (uwaga o zamszu), po czym zaczęła krytykować Samanthę za to, z iloma osobami chce uprawiać seks.
A jakby ktoś się zastanawiał, to artykuł Carrie na ten tydzień opowiada o tym, czy jesteśmy cały czas oceniani przez kochanków i skąd wiemy, że jesteśmy dobrzy w łóżku.
Sama Carrie w tym odcinku poznaje jakiegoś kompozytora muzyki filmowej. Jak się poznali? Kompozytor palił papierosa i rzucił niedopałek byle gdzie, przypadkowo trafiając (i parząc) przechodzącą ulicą Carrie. Już na tym etapie widzimy, że są dla siebie idealni. Przyznacie, że Carrie naprawdę trudno musiało być znaleźć osobę o równie nieodpowiedzialnych i uciążliwych dla wszystkich dookoła nawykach nikotynowych. Rozwój relacji nie przebiega jednak zbyt pomyślnie. Carrie daje kompozytorowi swój numer pewna, że zadzwoni (chociaż on nic nie obiecał, ani nawet nie skomentował faktu, że numer dostał). On jednak nie dzwoni. Oburzona Carrie zgłasza mu więc pretensje, gdy znów przypadkowo na niego wpada na ulicy. Okazuje się, że nie zadzwonił, bo jest alkoholikiem i leczy się od jedenastu miesięcy, a przez pierwszy rok miał nie angażować się w związki. Postanawiają jednak umówić się jeszcze raz, bo to tylko kilka tygodni.
W ogóle to Carrie na niego wpadła, idąc do lumpeksu, żeby kupić sukienkę za siedem dolarów do butów za trzysta i w ten sposób serial stara się chyba uzasadnić, dlaczego Carrie stać na utrzymanie tak wysokiego standardu życia. Tylko że mocno mi się wydaje, że same te buty by ją wciąż zrujnowały.
W każdym razie kolejne randki przebiegają świetnie, tylko problem jest taki, że gdy po randkach Carrie wysyła sygnały, że chce, żeby poszli do łóżka, on nie odpowiada. Zdesperowana sama rzuca się na niego z pocałunkami. I tu dwie uwagi: 1. Jeśli on wydawał się niezainteresowany kontaktem fizycznym, to może zmuszanie go do niego nie jest w porządku? 2. Czy ten serial naprawdę mówi mi, że trzydziestoletnia kobieta z tak wieloma kochankami zawsze tylko wysyła sygnały facetom i nigdy nie inicjuje zbliżenia? Nawet nie chodzi tu o wyciąganie zdarzeń z poprzednich odcinków, ale ten koncept jako domyślna postawa jest naprawdę niewiarygodnie patriarchalny i wymagałby weryfikacji.
Problem okazał się leżeć w tym, że kompozytor nigdy nie uprawiał seksu na trzeźwo. Po wyznaniu tego Carrie decyduje się jednak stanąć oko w oko z trzeźwym sobą w łóżku. Seks jest cudowny, a alkoholik po wszystkim dosłownie skacze ze szczęścia (naprawdę, zastanawiałam się, czy nie uderzy w sufit). Zmęczony skakaniem wraca do łóżka i wspólnie palą jednego papierosa.
Wracamy do problemów Charlotte. Bohaterka zdecydowała się wybrać na warsztaty seksu tantrycznego o nazwie „How to please a man”. Zanim zaczniecie krytykować tę nazwę z feministycznego punktu widzenia, uprzedzam, że Miranda skomentowała ją już słowami „I know how to please a man. Just give away most of your power”, więc nie wiem, czy jest tu jeszcze coś do roboty.
Pewnie ciekawi was, co tam z trójkątem Samanthy. Otóż sprawa rozwinęła się tak, że rzeczywiście spotkali się w trójkę w sypialni i coś zaczęło się dziać, ale geje szybko doszli do wniosku, że seks z kobietą jednak nie jest dla nich. Ma to niebywale destrukcyjny wpływ na seksualną pewność siebie Samanthy.
Tymczasem Carrie i kompozytor dużo się ruchają. Tak dużo, że Carrie dochodzi do wniosku, że zastąpił uzależnienie od alkoholu uzależnieniem od niej. Kiedy wyznaje jej miłość, tłumaczy mu, że kocha raczej niepijącego siebie niż ją i proponuje, żeby zrobili sobie przerwę na kilka dni.
Mimo wszystko Charlotte udaje się namówić przyjaciółki, żeby poszły z nią na warsztaty, bo boi się iść sama, a bardzo jej na tym zależy. Warsztaty kosztują pięćdziesiąt dolarów i odbywają się w prywatnym mieszkaniu prowadzącej je pani psycholog. Niezbyt zainteresowane tematem bohaterki cały czas gadają, tym samym przeszkadzając Charlotte i prowadzącej. W ogóle to brawo, wydały niezłą kasę w ramach solidarności z Charlotte, a po prostu sobie pogadają na kanapie. Świetna organizacja finansów.
Okazuje się, że wykorzystano mieszkanie, bo w skład warsztatów wchodziła demonstracja masażu genitaliów męża psycholożki. Dochodzi do orgazmu i trochę spermy wypryskuje w stronę naszych rozgadanych dziewczyn z ostatniej ławki, które nie mogą doczekać się dzwonka, prosto na Mirandę. To chyba miała być puenta sceny. Potem widzimy, że ofiara co chwila przeciera miejsca, na które spadła sperma, co tylko dobitniej podkreśla, że spotkała ją kara niewspółmierna do winy.
Wracając do Charlotte, jej wątek pokazuje nam, że warto uważać na lekcji, bo jej nowe umiejętności zachwycają kochanka. I to w sumie tyle, jak chodzi o jej postać w tym odcinku. Nie powiem, nie jest to jakiś zły morał.
W ostatniej scenie widzimy, jak pijany kompozytor stoi (czy raczej chwieje się) pod oknem Carrie i krzyczy, że to jej wina, że znowu pije, bo umawiała się z nim przed upływem ostatniego miesiąca. Do tego stwierdza, że z Carrie miał najlepszy seks w życiu, po czym rozbiera się do naga na środku ulicy. Carrie w narracji mówi nam, że później wrócił do anonimowych alkoholików, ale zawsze zastanawiała się, czy w końcu udało mu się zerwać z nałogiem i czy naprawdę jest aż tak dobra w łóżku.
Najbardziej ze wszystkiego zastanawia mnie, o co chodziło z Mirandą w tym odcinku. Nie wspominałam o tym wcześniej, ale w pewnym momencie kupuje sobie drogą pościel w nadziei, że wspaniała sypialnia przyciągnie do niej kochanków, a potem widzimy, jak leży w swoim wspaniałym łożu samotnie, ścierając z siebie resztki spermy niczym lady Makbet. To bardzo okrutna kara, tylko nie do końca wiem, czym sobie na nią zasłużyła. Gadaniem na zajęciach? To samo robiły inne koleżanki. Feministyczną uwagą na temat nazwy zajęć? Nie wiem, podpowiedzcie mi. A już na pewno nie wiem, jaki to wszystko miało związek z tematem odcinka.
Samantha też w sumie zostaje ukarana, triumfuje zaś Carrie, która śmieje się z urażonej dumy przyjaciółki, bo w końcu jej mówiła, że to geje. Pewnie, że ma rację i Samantha nie powinna winić się za to, że im nie wyszło, ale trochę to rzutuje jednak na odbiór rozmowy z początku, bo wiemy, czyje racje serial uważa za właściwe. A z Carrie wyszła w niej konserwa.
Zastanawiam się, jak ocenić przedstawienie alkoholizmu w tym serialu. Widzimy, że związek był złym pomysłem, ale wiemy też, że kompozytor za wcześnie wszedł w relację miłosną. Carrie oczywiście przypisuje swoim umiejętnościom łóżkowym zwrócenie kochanka z powrotem na drogę uzależnienia, wydaje mi się jednak, że to samo by się stało, gdyby był to ktokolwiek inny. Odcinek głównie zachęca do słuchania specjalistów od leczenia uzależnień, co jest mądrym morałem jak na ten serial.
Dajcie mi znać, co myślicie o poście, odcinku i serialu, bo uwielbiam czytać wasze komentarze.

***


S02E17 – Twenty-Something Girls vs. Thirty-Something Women
Zaczynamy od opowieści na temat szóstki osób, które wynajęły domek letniskowy w Hamptons, ale z powodu zdrad, kłótni i złamanych serc nie chciały go wynająć na kolejne lato. Jako że jedna z tych osób to koleżanka Charlotte, dziewczyny dostały okazję, żeby wynająć taniej tenże domek. (Nie bardzo rozumiem zasady tego wynajmu, bardziej to brzmi jakby go kupili. W każdym razie to nieistotne dla fabuły). Charlotte przekonuje z początku niechętne przyjaciółki (uważają, że są na taki wyjazd za stare, chociaż mówią też, że w mieście nikogo nie ma w sierpniu, bo wszyscy są w Hampton, a szóstka z początku też wyglądała na osoby w ich wieku) i decyzja zapada.
Przechodzimy do wątku Samanthy. No i teraz się zaczyna. Otóż nasza bohaterka zatrudniła młodą asystentkę o imieniu Nina Grabowski. To jej pierwsza praca po ukończeniu studiów. Nina jest dziewczyną bezczelną i nieprofesjonalną, całe dnie spędza na telefonie z przyjaciółkami i ma pretensje do Samanthy, kiedy ta każe jej pracować. No dosłownie pełen zestaw cech dobranych specjalnie tak, żebyśmy znienawidzili tę piętnasto…, a nie, przepraszam, dwudziestokilkulatkę. Uprzedzając wasze pytania, nie, nie mam pojęcia, dlaczego jej po prostu nie zwolni, przecież to jej firma (w dodatku gówniara ukradła jej rolodex, więc jest świetny pretekst). Może jednak podskórnie chce mieć jakiś powód, żeby narzekać koleżankom na roszczeniową młodzież.
Nadszedł czas wyjazdu. Powiem wam, że gdy zobaczyłam wnętrze domku, pomyślałam „rany, co za luksus”, aby chwilę później usłyszeć ciąg narzekań bohaterek na niski standard przybytku. Jeżeli to coś wnosi do zaproponowanej w tym odcinku do rozważań kwestii różnicy pokoleniowej, to nie ma za co.
Jeszcze w autobusie Charlotte poznała jakiegoś chłopaka, któremu wkręciła, że ma dwadzieścia siedem lat. Chłopak zaprasza nasze bohaterki na imprezę przy ognisku na plaży, na której Charlotte bawi się świetnie (całując ze swoim fagasem), za to reszta czuje się nie na miejscu (czemu się nie dziwię, bo wygląda to jak studencka impreza). Gdy już się zbierają, jedna z dwudziestokilkulatek zaczepia Carrie, żeby jej powiedzieć, że jest jej fanką i wyznaje jej kolumnę wręcz religijnie. Mówi jej też, że pracuje w wydawnictwie, ale tak naprawdę też chce pisać, po czym pyta, czy może jej coś wysłać do przeczytania albo lepiej spotkać sią z nią na mieście, a w ogóle to najlepiej by było, gdyby mogła zostać jej asystentką, załatwiać jej wszystkie sprawy i nawet robić pranie. Carrie trochę zmieszana, a trochę ucieszona daje jej swój numer.
Już w Nowym Jorku Carrie przegląda album ze starymi zdjęciami i wspomina czasy, kiedy sama miała dwadzieścia lat. Wśród wad tego wieku wymienia okropne mieszkania, niewyrobiony gust i niedoświadczonych seksualnie facetów, wśród zalet dreszcz nowych doświadczeń, nieskończone możliwości i… łady odcień skóry. Czy po trzydziestce ludziom zmienia się odcień skóry? Dalej coś jeszcze jest o tej skórze, chyba chodzi o to, że u pań po trzydziestce łatwiej o oparzenia słoneczne, ale nie bardzo rozumiem cały ten motyw. Przy czym zupełnie nie znam się na cerze.
Bohaterka zastanawia się, czy dwudziestokilkulatki stanowią jakieś zagrożenie dla trzydziestokilkulatek (w głowie włączył mi się alarm, bo pamiętam odcinek o modelkach), lub czy raczej powinna czuć dla tych młodych dziewczyn litość, bo bezwzględne życie zniszczy ich marzenia. Postanawia napisać artykuł na temat tego, czy dwudziestokilkulatka to przyjaciółka czy wróg singielki po trzydziestce.
W ramach researchu zabiera swoją nowo zdobytą darmową stażystkę na premierę książki. Na tej premierze dziewczyna mówi jej, że chciałaby napisać tekst o sobie i innych dwudziestopięciolatkach, które czekają z seksem do ślubu i pyta Carrie, co ona o tym myśli. Carrie jednocześnie nie dowierza w wybory seksualne asystentki oraz je ocenia. Dziewczyna idzie przynieść drinka Carrie, a w tym czasie bohaterka podrywa lekarza autora książki. Planują spotkanie w Hamptons. Asystentka jest świadkiem końcówki rozmowy, która robi na niej niezwykłe wrażenie, bo oto jej idolka praktycznie na jej oczach w kilka minut wyrwała faceta, więc serdecznie gratuluje Carrie, co sprawia, że nasza bohaterka czuje się nieswojo.
Z powrotem w Hamptons nasze bohaterki narzekają na opalające się w bikini dwudziestokilkulatki, porównują je do kurczaków na rożnie. Zdecydowanie myślę teraz o odcinku o modelkach. Na plaży pojawia się też nowy podobno przystojny fagas Carrie. Samantha stwierdza, że skoro jest bogatym przystojnym lekarzem, to na pewno jest słaby w łóżku, bo podobno tak to działa, że jak facet wydaje się idealny, to jest slaby w łóżku. No reguła i tyle, co zrobisz. Słuchajcie, jak Carrie opisuje ten typ faceta: „A »good on paper guy« is a guy with great credentials who you always end up leaving for some hot guy who rides a motorcycle and doesn’t have a checking account”. Tyle że przed chwilą mówiły o tym, jaki hot jest ten lekarz… Ta linijka chyba była tylko po to, żeby incele mieli skąd czerpać swoje wyobrażenia o świecie.
Charlotte dalej świetnie bawi się z facetem, który myśli, że ma ona dwadzieścia siedem lat, Carrie randkuje z lekarzem, nawet cyniczna Miranda trochę się rozchmurza, bo planuje pyszny obiad z owocami morza. Miłą atmosferę psują asystentki. Asystentka Carrie swoim pojawieniem się, a asystentka Samanthy założeniem własnej konkurencyjnej firmy zajmującej się PR-em pod pseudonimem Nina G. Strasznie się serial ekscytuje użyciem tego inicjału, bo jak rozumiem, jak się ma polskie nazwisko, to powinno się po prostu pogodzić z tym, że Amerykanie nie będą potrafili go powtórzyć, a bezczelnością jest próba ułatwienia sobie życia. Do rozkręcenia biznesu posłużyła się oczywiście skradzionymi Samancie adresami klientów. (W ogóle to trochę głupio tę kradzież przeprowadziła, bo zamiast, bo ja wiem, spisać namiary na klientów na kartkę, ukradła szefowej cały rolodex).
Przenosimy się do pokoju Carrie, w którym asystentka robi jej pedicure, opowiadając o tym, że jej zdaniem poprzednie pokolenia kobiet zdewaluowały seks i nie ma w nim już nic wyjątkowego. Gdy Carrie próbuje ją spytać, co w takim razie podoba jej się w „Seksie w wielkim mieście”, wbiega Charlotte i prosi Carrie, żeby wyciągnęła jej kleszcza. Myślę, że tym zabiegiem twórcy zatuszowali fakt, że sami nie wiedzieli, dlaczego asystentka jest fanką Carrie, ale chcieli zderzyć te dwie postawy mimo to.
Kleszcz okazuje się nie być kleszczem, a wszą łonową, więc Carrie wynosi się do lekarza pod pretekstem tego, że boi się zarażenia. Śpią razem w łóżku, nie ruchając się.
Następnego dnia czwórka bohaterek wybiera się na organizowana przez Ninę G. imprezę w klimacie kiczowatego country. Są na niej nawet ludzie, którzy nie stawiają się na przyjęciach Samanthy, więc gorzej już być nie mogło.
Na imprezie fagas Charlotte wyrywa już inną dziewczynę. Bohaterka jest na niego zła, bo zaraził ją wszami, ten twierdzi jednak, że to, co zrobiła ona, było gorsze, bo kłamała o swoim wieku. Charlotte każe mu dorosnąć i tak się kończy ten wątek.
Samantha idzie pogratulować byłej pracownicy sukcesu, bo czuje, że będzie się musiała z nią liczyć. Podczas składania gratulacji okazuje się, że impreza wcale nie przebiega tak dobrze, do Niny trafiają coraz to kolejne doniesienia o piętrzących się problemach. Zrozpaczona Nina prosi Samanthę o pomoc, na co ta przystaje z wielką satysfakcją, a po uratowaniu imprezy przedstawia Ninie zawszonego byłego Charlotte.
Carrie nic nie wie o tym zamieszkaniu i chodzi po sali, filozofując. Dochodzi do wniosku, że dwudziestokilkulatki są denerwujące, ale nie niebezpieczne, a ponad wszystko od kobiet po trzydziestce potrzebują współczucia. A potem zupełnie zmienia zdanie w jednej chwili, bo widzi Biga z młodziutką Natashą. Ja bym powiedziała, że każda kobieta, która ma nieszczęście związku z Bigiem, zasługuje przede wszystkim na współczucie. Natasha sobie idzie, Carrie zostaje sama ze swoim byłym. Okazuje się, że poznał Natashę w Paryżu, a z jego francuskiego biznesu nic nie wyszło. Carrie mówi mu, że jest tu na randce z przystojnym lekarzem i sobie idzie.
Idzie na plażę zwymiotować. Miranda trzyma jej włosy w symbolicznym geście kobiecej przyjaźni (wcześniej było wspomniane o tym, że dwudziestokilkulatki tak sobie pomagają). Jaki z tego morał? Wygłasza go Carrie: „Twenty-something girls are just fabulous, until you see one with the man who broke your heart”.
W porównaniu do odcinka o modelkach jest dużo lepiej, ale czy dobrze? Według mnie dalej nie. Te wszystkie dwudziestokilkulatki zachowują się jak maksymalnie gimnazjalistki. Rozumiem to tak, że trzeba było jeszcze bardziej odmłodzić młode dziewczyny, żeby nasze bohaterki mogły wydawać się dojrzałe, bo to jednak wyzwanie. Jeden problem rodzi drugi.
Ciekawa jest ta bezczelna Nina G., bo jestem w jej wieku (no, młodsza, ale powiedzmy) i jak znam ludzi, którzy znaleźli się na podobnej pozycji, to byli raczej przerażeni i nieśmiali. Wydaje mi się to też dużo bardziej realistycznym psychicznie zachowaniem osoby, która dopiero wkracza na rynek pracy. Wiem, że minęło już ponad dwadzieścia lat od premiery tego odcinka, jednak mam wrażenie, że jest to jakaś projekcja wyobrażeń na temat młodych ludzi, a nie żadna obserwacja.
Zastanawiam się, czy twórcy wiedzieli, że asystentka Carrie jest od niej bardziej otwarta. Powiedziała, że nie podoba jej się, jak współcześnie postrzega się seks (i zwala winę na kobiety, co jest niestety mizogińskie), jednak nigdy nie ocenia samej Carrie, uwielbia jej kolumnę i dosłownie gratuluje udanego podrywu. Tymczasem Carrie musiała otrząsnąć się z szoku, bo jak to tak, dwadzieścia pięć lat i jeszcze przed inicjacją? Skandal! Chciałabym, żeby gdzieś na końcu Carrie doszła do wniosku, że decyzja o nieuprawianiu seksu to decyzja, która nie jest ani lepsza, ani gorsza od jej wyboru. Tymczasem odcinek kończy się, nigdy nie wycofując się ze stwierdzenia, że czekanie z seksem do ślubu jest jakieś dziwne. No i nie podoba mi się jeszcze, że Carrie nie miała żadnego problemu z tym, że ta dziewczyna pracowała dla niej za darmo.
Co do zakończenia, to myślę, że mówi ono dużo więcej o Bigu niż o Natashy, więc jest to jakaś puenta, ale nie dla tego odcinka. Chyba wolę jako puentę traktować trzymanie włosów przez Mirandę, które miało nam pokazać… że pewne rzeczy się nie zmieniają? Albo siłę przyjaźni? Tylko nikt nie mówił, że dwudziestokilkulatki mają silniejsze więzi z przyjaciółkami niż trzydziestokilkulatki. W każdym razie sam gest był na pewno pozytywny.
Piszcie, co myślicie o dwudziestokilkulatkach kiedyś i teraz. Z niecierpliwością czekam na wasze komentarze. No i wyjaśnijcie mi jeszcze, co to za pasek na brzuchu Samanthy?

***


S02E18 – Ex and the City
W tym odcinku Carrie zastanawia się, czy można przyjaźnić się z byłym. Ona tego nie potrafi. Jej przyjaciółki też nie. (Samantha mówi, że ona w ogóle nie przyjaźni się z facetami, bo facetów ma od seksu, a kobiety od przyjaźni). Ale uważa jednak, że to dziecinne, że człowiek po zerwaniu nie chce znać drugiej osoby.
Jak łatwo się domyślić, w tym odcinku Carrie po raz kolejny będzie przepracowywać zerwanie z Bigiem. Jest o tym mowa już w jednej z pierwszych scen, kiedy to dziewczyny wyśmiewają się z imienia Natashy, nowej dziewczyny Biga. Wiem, że chodzi o solidarność względem przyjaciółki i trzeba nienawidzić nowej dziewczyny faceta, który złamał serce przyjaciółce, ale jakoś tak głupio, jak siedzą amerykanki i mówią, że zagraniczne imię jest gówniane.
Miranda spotyka Steve’a, co najpierw wywołuje panikę tak silną, że po prostu przed nim ucieka. W kolejnych scenach widzimy jednak, że udaje jej się szczerze porozmawiać z byłym, wyznać mu, że wciąż za nim tęskni i przystać na jego propozycję, żeby spotkali się czasem jako przyjaciele.
Samantha wyrywa bogatego biznesmena na mieście. Idą do łóżka i okazuje się, że mężczyzna ma naprawdę wielkiego penisa. Za pierwszym razem nie bardzo im wychodzi w łóżku, ale Samantha podejmuje wyzwanie i umawia się z nim ponownie. Przed kolejnym seksem bohaterka idzie na jogę i pali skręta, jednak penisa dalej nie udaje się zmieścić w jej waginie. Nasza bohaterka proponuje kochankowi przyjaźń, zyskując w ten sposób pierwszego przyjaciela mężczyznę.
Wątek Charlotte tymczasem dotyczy konia. Tak, dobrze przeczytaliście. Charlotte widzi konia, który zrzucił ją z grzbietu podczas wyścigu, gdy była nastolatką. Po tym incydencie ojciec sprzedał konia, a Charlotte porzuciła jeździectwo. Zobaczenie wierzchowca sprawiło jednak, że postanawia wrócić do dawnej pasji.
Carrie postanawia spróbować przyjaźni z Bigiem. Odbywa z nim niezręczną rozmowę, w której to właśnie proponuje i umawiają się na lunch. Okazuje się, że na lunchu Big czuje się nawet bardziej niezręcznie od Carrie, problem udaje się jednak rozwiązać alkoholem. No i idzie całkiem dobrze do momentu, w którym Big wyznaje Carrie, że zaręczył się z Natashą. Tutaj trudno dziwić się emocjonalnej reakcji Carrie, bo naprawdę było tak, że jej powiedział, że nigdy więcej nie weźmie ślubu, ale zrobienie sceny na całą restaurację to już może lekkie dramatyzowanie. Do tego nabijanie się ze słowiańskiego nazwiska Natashy (już drugi odcinek z rzędu coś takiego się dzieje) to już chyba nikomu nie było potrzebne.
Co następnego robi Carrie? Idzie do stajni w szpilkach za trzysta dolarów i narzeka, że ubrudziła je sobie końską kupą. W stajni jest po to, żeby dotrzymać towarzystwa Charlotte. Jako że oglądamy „Seks w wielkim mieście” nie obyło się oczywiście bez rozmowy, w której faceci porównywani są do koni. Bo widzicie, niektóre konie w ogóle nie lubią, żeby na nich jeździć, aż za którymś razem taki koń się przełamie i już mu się podoba. I tak Carrie przełamała Biga, a teraz ujeżdża go Natasha (z uczciwości nie przypisuję sobie autorstwa tego zajebistego żartu słownego, on padł w serialu). Gdy Charlotte zbliża się do konia, wracają do niej traumatyczna wspomnienia z wypadku, więc decyduje się zrezygnować. Kiedy jednak buduje relację z nowym koniem, pokonuje swój strach i znowu dosiada wierzchowca.
Po przyjacielskiej kolacji Miranda i Steve lądują razem w łóżku. Stwierdzają, że od teraz będą przyjaciółmi, którzy czasem uprawiają seks, chociaż dostajemy sugestię, że Steve chce czegoś więcej.
Big dzwoni do Carrie, ale odpowiada mu poczta głosowa informująca, że Carrie nie może odebrać, bo kupuje buty. Carrie jednak wcale nie kupuje butów, tylko na bieżąco słucha przeprosin Biga i w końcu odbiera i również go przeprasza. Z rozmowy wynika, że wciąż chce się z nim przyjaźnić, ale musi dać sobie trochę czasu. Po zakończeniu rozmowy patrzy jednak na zaproszenie na imprezę zaręczynową i stwierdza, że chyba nigdy nie będzie na to gotowa.
Zamiast na imprezę Carrie wybiera się na drinki z koleżankami. Przyjaciółki dochodzą do wniosku, że życie Carrie przypomina fabułę filmu „Tacy byliśmy”, w którym Robert Redford ma romans z Barbrą Streisand, ale ona jest dla niego zbyt skomplikowana, więc bierze ślub z jakąś przypadkową zwykłą dziewczyną. Gdy bohaterka sobie to uświadamia, stwierdza, że na świecie są dwa typy kobiet: zwykle nudziary z prostymi włosami i interesujące blondynki z kręconymi włosami. Do którego typu należycie? Piszcie w komentarzach. Panie zaczynają śpiewać piosenkę z filmu, co niezwykle wzrusza Samanthę, która w szale uczuć wyznaje, że tęskni za swoim byłym z krótkim penisem.
Zaraz potem, idąc ulicą, Carrie spotyka Biga wracającego z imprezy i pyta go, dlaczego nie wybrał jej. On mówi, że było mu jakoś tak za trudno z nią, więc Carrie jest już pewna, że jest jak Barbra Streisand. Cytuje film na pożegnanie, ale to rzucanie pereł przed wieprze, bo Big nigdy go nie widział.
W ostatniej scenie odcinka Carrie dramatycznie patrzy na konia i uświadamia sobie, że może to nie było tak, że ona przełamała Biga, może to Big nie mógł przełamać jej, bo jest zbyt nieposkromiona i niezależna, więc musi znaleźć sobie kogoś równie dzikiego, kto dotrzyma jej tempa.
Taki nijaki ten odcinek. Finał serii, a nic ciekawego się nie stało. Ta ostatnia scena z Carrie miała być jakaś przełomowa? To nic nowego, że ta bohaterka uważa się za lepszą, inteligentniejszą i bardziej wyzwoloną niż wszystkie inne nudne laski dookoła niej.
Samantha i Miranda bardziej otworzyły się emocjonalnie niż to zwykle widzimy u tych postaci, więc może któraś z nich powinna dostać finałową scenę zamiast Carrie. Nawet Charlotte byłaby tu lepsza, bo przynajmniej rzeczywiście coś przepracowała.
Nie wiem, co myślę o tych końskich metaforach. Czy takie rzutowanie relacji międzyludzkich na relacje ze zwierzętami w ogóle ma sens? Nie chodzi mi o sens narracyjny, ale wiadomo, że ludzie rzeczywiście mają tendencje, żeby uczłowieczać swoje zwierzęta, a to chyba nie jest najlepsze podejście.
No i czy można się w końcu z tymi byłymi przyjaźnić? Wciąż nie wiemy. Czy Carrie i Miranda utrzymają jakieś przyjazne relacje ze swoimi byłymi dowiemy się w kolejnej serii, Samantha nie spotkała swojego byłego, a były Charlotte to koń (nie pogodziła się z nim).
Chociaż był to wyjątkowo długi, bo aż półgodzinny odcinek, nie mam o nim nic więcej do powiedzenia. Jak zawsze czekam na wasze komentarze.