O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Na tym blogu znajdziecie moje wariacje na temat tej i kilku innych analiz oraz moje własne komiksoanalizy (głównie książek Katarzyny Michalak).

15 lipca 2020

Moje opinie na temat wszystkich odcinków trzeciej serii "Seksu w wielkim mieście"

Jak w przypadku dwóch poprzednich serii, przeklejam tutaj posty ze strony Margaja na Facebooku (na którą wciąż polecam wejść, bo w sekcji komentarzy miało miejsce sporo ciekawych rozmów). Ten post ma ułatwić życie tym z was, którym nie chce się skrolować.

***


S03E01 – Where There’s Smoke…
Carrie została jurorką w konkursie dla strażaków-striptizerów. Przy okazji wyrywa jedynego faceta zasiadającego z nią w ławie sędziów, jakiegoś siwego polityka.
Tymczasem reszta dziewczyn nie bawi się zbyt dobrze, bo impreza ma miejsce na Staten Island, na którą musiały płynąć łodzią w deszczu, a w dodatku Charlotte nie widzi w tłumie nikogo godnego poderwania, więc całe wydarzenie to w jej oczach strata czasu. Jedynie Samantha nie uznaje wieczoru za stracony, bo sama wyrywa jednego ze strażaków-strptizerów.
Złotousta Carrie tak komentuje wyjazd poza Manhattan: „After the contest, I began to realize that Staten Island was like a quaint European country. The American music was twenty years behind and you could smoke wherever you wanted” i wypraszam to sobie, mieliśmy w Polsce w dwutysięcznym roku Britney na listach przebojów.
Potem widzimy, jak bohaterka na fajce z politykiem kontynuuje flirt, a przynajmniej tak rozumiem tę scenę. No bo przeczytajcie ten dialog:
- But you were tough. And what was with the half-points? 6.5, 8.5?
- What can I say? Sometimes a girl needs a half.
Czy ktoś mnie może oświecić, co jest takiego flirciarskiego w tej ostatniej linijce? Bo jest to zagrane tak, jakby to był najbardziej flirciarski tekst, jaki można powiedzieć. Dalej ta rozmowa robi się ciekawsza, bo on pyta Carrie, gdzie głosuje, a ona na to, że nigdy nie głosowała. Tak jest, nasza superinteligentna, superwyzwolona dziennikarka nie chodzi na wybory. Carrie stwierdza, że ostatecznie nie ma ochoty na randkę z politykiem i idzie do koleżanek, ale zostawia mu swój adres, który padł w rozmowie, kiedy ten szpanował na określanie okręgu wyborczego po ulicy. Możecie się domyślić, że ten fakt jeszcze wróci.
Koniec końców okazuje się, że Charlotte bawiła się najlepiej, bo po prostu się upiła (to nie jest jakoś najlepiej zagrana scena, cały czas widzę kogoś, kto udaje, że jest pijany). W drodze powrotnej Charlotte jest cała ucieszona i prawi sobie komplementy. Dochodzi do wniosku, że jest piękna, mądra i na pewno w tym roku wyjdzie za mąż.
No dobrze, może lepiej bawiła się Samantha, ruchając strażaka.
Rano Charlotte ma kaca, a Samantha czuje się usatysfakcjonowana, bo spełniła swoją fantazję o seksie ze strażakiem i nie może się doczekać, żeby opowiedzieć przyjaciółkom o penisie swojego kochanka. Charlotte, jak to Charlotte, zaczyna ją oceniać, bo uważa, że nie powinno się z kimś iść do łóżka tylko po to, żeby zrealizować fantazję. Cieszę się, że Samantha wypowiedziała w tym momencie moje myśli, czyli powiedziała Charlotte, że jej marzenie o bogatym mężu to taka sama fantazja.
Panie zaczynają rozmawiać na temat fantazji o strażakach, bo okazuje się, że wszystkie w jakimś stopniu ją podzielają. Charlotte stwierdza, że bierze się ona stąd, że kobiety chcą, żeby ktoś je uratował, na co resztę singielek zamurowuje, po czym zaczynają ją pocieszać, bo jako jedyna trzyma się marzenia o księciu na białym koniu.
Carrie zaczyna pisać artykuł, w którym zastanawia się, czy każda niezależna singielka jest w środku księżniczką czekającą na ratunek. Temat całkiem dosłownie ilustruje wątek Mirandy w tym odcinku, która upiera się, że nie będzie potrzebowała niczyjej pomocy po operacji oczu, gdy lekarz przekonuje ją, że tak, będzie, bo nie będzie dobrze widzieć i nie wróci do domu. Potem odbywa tę samą rozmowę ze Stevem (z którym wciąż pozostaje w relacji koleżeńskiej plus seks), który oferuje, że pójdzie z nią, żeby ją wspierać, a ona na to, że nikogo nie potrzebuje. Nie zgadza się nawet, żeby ją odprowadził do domu po operacji, mówiąc, że poprosi Carrie.
Charlotte tymczasem aktywnie bierze się za poszukiwanie męża, wychodząc do baru na podryw. W barze bogaty facet, który jej się podoba, daje w mordę facetowi, który jej się narzucał, więc możecie sobie wyobrazić, że nasza bohaterka ściąga majtki przez głowę. Potem okazuje się jednak, że facet po porostu lubi szukać wymówek, żeby bić ludzi po mordach, więc nie jest już tak miło i Charlotte go rzuca w cholerę.
Wracamy do wątku Carrie i polityka. Otóż pan polityk czeka na nią na schodach do jej domu, gdy ta wraca po kolejnych zakupach, na których wydała fortunę na markowe buty. Ma dla niej przygotowany formularz do rejestracji do głosowania i chce się umówić na randkę. Ona dalej nie chce się z nim umówić, ale on nie rozumie słowa nie i mówi, że i tak po nią zajedzie, najwyżej nie wsiądzie do samochodu. Naprawdę zgadzam się z Carrie w tym, że jest to zachowanie świadka Jehowy.
Carrie ostatecznie nie może pomóc Mirandzie, bo zbliża jej się deadline na artykuł (uważam, że to okropne ze strony Carrie, że nie napisała artykułu wcześniej, ona naprawdę nie ma dosłownie nic innego do roboty), ale Miranda nie dzwoni do Steve’a, tylko chce poradzić sobie sama. Carrie jednak podejmuje decyzję za nią i dzwoni do Steve’a wbrew woli Mirandy. Ten odprowadza Mirandę do domu i pomaga jej się ułożyć w łóżku, a kiedy ta się rano budzi i widzi Steve’a śpiącego obok niej, stwierdza, że chce z nim być.
Polityk zajeżdża po Carrie i czeka na nią, odliczając do dziesięciu na jej poczcie głosowej, której Carrie na bieżąco słucha przygotowana do wyjścia, nad którym jeszcze się zastanawia. Nie wychodzi, ale potem jedzie na imprezę, na którą ją zapraszał, ale nie na randkę z nim, tylko się z nim zobaczyć, bo Big ją zranił i teraz chce budować związek powoli. Średnio jej to wychodzi, bo pod koniec wieczoru przez namiętne obcałowywanie się z politykiem w szatni ucieka jej ostatni prom, goniąc który zgubiła markowego buta. Polityk oczywiście zjawia się na ratunek ze swoim BMW, ale to ona musi mu wskazywać drogę.
Mamy jeszcze zakończenie wątku Samanthy, która idzie do remizy na spotkanie ze swoim strażakiem, a przy okazji ma nadzieję spotkać innych seksownych strażaków, jednak jej marzenie rozwiewa się, gdy widzi grono wąsatych facetów po czterdziestce oglądających mecz. Potem jednak bierze sprawy w swoje ręce i doprowadza do realizacji swoją fantazję o ruchaniu strażaka na tyłach wozu strażackiego. Potem goła musi szybko zwiewać, bo jest alarm, co ma być taką konfrontacją fantazji z rzeczywistością, ale ja tam nie wiem, swego dopięła, bardziej miała pecha niż sen okazał się koszmarem jak w przypadku Charlotte.
Dosłownie w pierwszych scenach pierwszego odcinka tego serialu mieliśmy wprowadzone baśniowe czekanie na księcia jako kontrast dla samodzielnych nowojorskich singielek, a potem to porównanie wracało, więc teraz mam przede wszystkim ogromne wrażenie wtórności tematu. Jak chodzi o jego realizację, to nie była najgorsza, bo z zakończenia wątku Carrie wynika raczej, że trzeba sobie pomagać nawzajem, a nie, że bez faceta ani rusz. Miranda za to uczy się, że czasem potrzebuje pomocy i nie ma nic złego w tym, żeby pomógł jej facet, któremu na niej zależy i że może niepotrzebnie broni się przed uczuciem (do tego ma w tym odcinku kilka zabawnych kwestii i w ogóle jak zwykle jest najlepszą częścią tego serialu). Charlotte… chciałabym powiedzieć, że może się kiedyś nauczy, że facet nie sprawi, że jej życie magicznie stanie się lepsze, ale nie sądzę. Jedyne, co mnie nie przekonuje w zakończeniu, to ukaranie Samanthy za to, że zrealizowała swoją fantazję. Gdybym ja ją miała za coś karać, to za seks w miejscu pracy innych ludzi, ale nie za to, że chciała sobie poruchać strażaka.
Wracając do wątku Carrie, którego co prawda ostatnia scena była dobra, nie podoba mi się, że zostało to przedstawione tak, że Carrie od początku nie powinna była stawiać oporu i umówić się z politykiem, bo na drodze stało jej bolesne zerwanie. Wykorzystanie tego, że się zna czyjś adres, żeby czekać na kogoś pod domem to nie jest akceptowalny sposób na podryw. Carrie powinna była go olać i wyrwać kogoś innego.
Czekam na wasze komentarze na temat tego odcinka. Może jakoś inaczej odczytujecie zakończenie wątku Samanthy niż ja? Albo macie więcej wiary w Charlotte?

***


S03E02 – Politically Erect
Carrie dalej umawia się z politykiem, więc pojawia się na różnych wydarzeniach wchodzących w skład jego kampanii wyborczej. Bohaterka świetnie odnajduje się w roli dziewczyny kandydata – wyjaśnia, że moda i polityka to w zasadzie to samo, gdyż obie dziedziny polegają na przedstawianiu ludziom starych pomysłów jako nowe. To najgłębsza refleksja polityczna w tym odcinku.
Koleżanki spotykają się przy sałatce i z rozmowy dowiadujemy się, że Carrie i Charlotte w ogóle nie interesują się polityką. Carrie nie jest nawet zarejestrowana do głosowania, a Charlotte chadza na wiece, żeby wyrywać bogatych facetów. Samantha mówi, że władza jest seksowna, a gdyby chłopak Carrie startował na prezydenta, to by na niego głosowała, bo jest przystojny, a ona głosuje tylko na przystojnych. Uważa, że przystojni prezydenci są lepsi, a prezydentura Nixona była nieudana, bo nikt nie chciał uprawiać z nim seksu. Miranda ocenia je wszystkie i ja też. Czy raczej nie tyle te fikcyjne postaci, co twórców, którzy w ten sposób przedstawiają podejście do polityki dorosłych, wykształconych kobiet. Założenie, że kobiety patrzą na kandydatów przede wszystkim przez pryzmat ich atrakcyjności jako partnerów seksualnych jest mizogińskie i tyle. Scenę ratuje jedynie Miranda, na którą mamy jednak patrzeć jak na dziwaczkę, więc też nie wiem, ile z tego ratowania. Wchodzi na to, że ten serial mówi kobietom, że jak podchodzą poważnie do polityki, to coś z nimi nie tak, bo przecież to nie ma znaczenia, można decydować po wyglądzie kandydata albo w ogóle nie głosować. No nie. Politycy mają ogromny wpływ na codzienne życia nas wszystkich, grup dyskryminowanych zwłaszcza. Pokazywanie takich rzeczy jest w najlepszym wypadku nieodpowiedzialne, a w najgorszym perfidne.
Ten wątek nie umiera. Ten wątek ciągnie się dalej i dalej, aż staje się głównym tematem odcinka. Carrie postanawia napisać artykuł, w którym będzie rozważać, czy polityka może istnieć bez seksu. Nie to, że na ten temat nie da się napisać czegoś sensownego. Można nawet i skomentować fenomen głosowania na przystojnych kandydatów, ale serial nie wchodzi na ten poziom.
Samantha wyrywa w barze swojego własnego przystojnego polityka, kiedy wstaje on ze stołka barowego, okazuje się jednak, że jest bardzo niski. Katastrofa. Umówiła się na randkę, nie wiedząc, jaki wzrost miał facet i teraz musi na nią iść. Kiedy mówi o tym koleżankom na imprezie dla sponsorów kampanii chłopaka Carrie, Charlotte przyznaje jej rację, że niski wzrost jest nieakceptowany, po czym idzie szukać sobie własnego wysokiego i przystojnego polityka. Na obrazku ilustrującym post widzicie kadr ze sceny, w której Samantha wypowiedziała słowa: „I don’t believe in the Republican Party or the Democratic Party. I just believe in parties”. Reakcję rozmówczyni traktujcie jako moją reakcję na cały ten odcinek. Podczas tej imprezy dowiadujemy się też, że nie tylko kobiety, ale też geje głosują, słuchając swojego libido. Kolega gej Carrie mówi, że zagłosuje na jej chłopaka, bo ma fajny tyłek i tak samo postąpi reszta gejowskiej społeczności Nowego Jorku. Czy już pisałam na temat tego, jak źle ten serial podchodzi do interesów politycznych grup dyskryminowanych? Tak? To możemy przejść dalej.
Steve proponuje Mirandzie, żeby zaczęli randkować wyłącznie ze sobą, ona obiecuje, że to przemyśli. Jej wątpliwości dotyczą tego, że nie jest pewna, czy nie znajdzie sobie kogoś lepszego, więc nie wie, co mu odpowiedzieć. Mówi, że nie wie, jak być polityczną w związkach. Co to znaczy być politycznym w związku? Nie mam pojęcia, twórcy pewnie też nie. Dam głowę, że to słowo trafiło do niepowiązanej sceny, żeby udawać, że ten wątek wiąże się w tematem odcinka. Miranda postanawia zrobić listę rzeczy, które jej się podobają i nie podobają w Stevie. Sprawa kończy się tak, że Steve wyznaje Mirandzie miłość i to sprawia, że zapomina ona o liczeniu jego wad i zalet i chce po prostu z nim być. Całkiem mi się to podoba, bo to kolejny odcinek, w którym widzimy, że Miranda dzięki Steve’owi podchodzi do życia swobodniej.
Tymczasem Carrie ma własny problem w związku. Polityk poczuł się z nią na tyle komfortowo, że ujawnił się ze swoim fetyszem. Chodzi o to, że chciałby, żeby Carrie na niego nasikała. No dramat, teraz trzeba poszukać przekombinowanego rozwiązania, bo przecież nie może mu wprost powiedzieć, że to nie dla niej jak normalna dorosła osoba. Mamy przekomiczną scenę, jak Carrie na randce je coś ostrego, ale nie chce tego popić wodą ani piwem, bo kojarzy jej się to z sikaniem. Pije dopiero wtedy, kiedy on mówi jej, że dzisiaj nie spotkają się na seks, bo ma inne plany. Boki zrywać.
Tymczasem Charlotte organizuje imprezę, na którą każda kobieta ma przyprowadzić faceta, którym nie jest zainteresowana. Taka okazja, żeby się powymieniać. Usłyszała o tym pomyśle od pary bogaczy na imprezie polityka Carrie i stwierdziła, że może tak pozna przyszłego męża. Carrie jest złą przyjaciółką i przychodzi z kolegą gejem. Przynajmniej tyle, że jak zobaczyła kartkę z prośbą o niepalenie, to zapaliła papierosa przy oknie. Jak na nią to i tak wielki wysiłek.
Charlotte nie udaje się znaleźć męża, bo kiedy już poznała jakiegoś faceta, jego była, która przyprowadziła go na imprezę, zrobiła się zazdrosna i zaczęła z nim lizać.
Samantha zabiera ma imprezę swojego niskiego fagasa. Wszystkie robią sobie z niego żarty, bo to takie śmieszne, jak facet jest niski. Ten szybko dowiaduje się, jakie jest założenie imprezy i konfrontuje z Samanthą. Ona mówi mu wprost, że jest za niski, na co ten jej odpowiada, że może jest niski, ale świetny w łóżku. Carrie w narracji mówi nam, że Samantha poczuła się tak niepoprawna politycznie z powodu rzucenia faceta przez jego wzrost, że musiała się z nim przespać. Może już naprawdę lepiej, żeby od razu odwołała tę randkę, to z niego nikt by się nie nabijał i ona nie musiałaby nagle ruchać go z obowiązku. Seks był koniec końców dobry (Samantha miała pięć orgazmów), więc chciała mu dać jeszcze jedną szanse. Gdy jednak podczas randki, kiedy on wyszedł do łazienki, zobaczyła metkę jego marynarki i odkryła, że ubiera się on na dziale dziecięcym, bez słowa uciekła z restauracji. Jemu udaje się ją jeszcze złapać i dopiero wtedy Samantha szczerze mu mówi, w czym problem. Ten mówi, że kupuje na dziecięcym, bo tam są ciuchy w jego rozmiarze, a do tego są tańsze. Pyta też, czy Samantha ubiera się w sklepie dla wysokich dziwek. Zaczynają się nawzajem żartobliwie wyzywać i Samanthę rozbawiło to tak bardzo, że randkowała z nim jeszcze przez dwa tygodnie, czyli wyjątkowo długo jak na tę bohaterkę.
Carrie rozmawia z politykiem na temat jego fetyszu. Mówi mu, że nie chce na niego sikać, ale może wylać na niego ciepłą herbatę albo mogą uprawiać seks przy dźwięku cieknącej wody. To wszystko jednak nie ma znaczenia, bo on z nią zrywa, gdyż umawianie się z dziennikarką, która pisze o seksie, nie jest według jego sztabu wyborczego dobrym pomysłem. Ta jest oburzona hipokryzją, bo może ona pisze o seksie, ale on ma fetysz. Odcinek kończy się tak, że Carrie pisze felieton o całej sprawie, zmieniając tylko imię polityka.
Na temat podejścia tego odcinka do polityki już się wypowiedziałam, więc nie będę się powtarzać. Jak chodzi o wątek Samanthy, to szkoda mi jej faceta, bo pokazano go jako miłego człowieka z poczuciem humoru i na pewno nie zasługiwał na to, żeby nabijano się z jego wzrostu. Bardzo mi się też nie podoba, że w odcinku potraktowano takie podejście jako zupełnie normalne. Nie rozumiem, dlaczego związek Mirandy z niższym facetem udaje się pokazać normalnie, a w tym przypadku trzeba było zorganizować taki festiwal żenady. Mam nadzieję, że żaden niski facet nie widział tego odcinka, ale to na pewno niemożliwe. Co do wątku Mirandy, to był w porządku. Można było poświęcić mu więcej czasu antenowego, wtedy może nie musielibyśmy męczyć się tyle z pozostałymi wątkami, na przykład wątkiem Charlotte, który był zupełnie po nic. Można było jakoś skontrastować Mirandę z przyjaciółkami, pokazać nie tylko kobiety, które nie interesują się polityką i raz wspomnieć, że jedna z nich podchodzi do sprawy poważnie, ale jakoś zderzyć te postawy. Co do kwestii fetyszu polityka, moja poprzeczka dla Carrie jest tak nisko, że pozytywnie się zdziwiłam, że kiedy Carrie odważyła się z nim pogadać, jej podejście było takie normalne. Jasno powiedziała, z czym czuje się komfortowo, a z czym nie. Jak chodzi o zemstę, to nie popieram takiego zagrania, ale też jakoś mi tego polityka szczególnie nie żal.
W sumie najbardziej denerwuje mnie to, że Carrie nie kończy tego odcinka jako osoba jakkolwiek zainteresowana polityką. Na początku ma wybory gdzieś i na końcu tak samo, to nigdy nie był temat odcinka. Jej brak świadomości politycznej i niebranie udziału w wyborach nigdy nie były problemem. Mogę pochwalić tu jedynie próbę demaskacji hipokryzji polityków, a i to bez przekonania, bo naprawdę politycy robią gorsze rzeczy niż ukrywanie fetyszy przez dziennikarzami.
Na koniec chciałam wszystkich czytających zachęcić do brania udziału w wyborach i głosowania zgodnie z poglądami, odkładając na bok ewentualny pociąg do kandydatów. W Polce nawet nie musicie się nigdzie rejestrować, wystarczy mieć dowód osobisty!

***


S03E03 – Attack of the 5'10" Woman
Panie spotykają się na niedzielny brunch i przy okazji komentują cotygodniowe gazetowe ogłoszenia na temat niedawnych ślubów. Charlotte jest załamana, Miranda i Carrie trochę też, bo najstarsza panna młoda ma 27 lat. Przy okazji panie wyrażają pogardę dla młodych panien młodych, które rzucają prace i biorą śluby z bogaczami, ale ponieważ przed chwilą smutno im było, że są już takie stare i niemężate, trudno mi odbierać to inaczej niż jako pokaz zawiści. Ten efekt mógł być zamierzony, mógł nie być. W ogóle mam wrażenie, że gdyby ten serial wychodził teraz, to twórcy każdą krytykę odpieraliby, tłumacząc, że to wszystko samoświadoma parodia, szydercza satyra i w ogóle nie rozumiemy ironii.
Okazuje się, że jedno z ogłoszeń dotyczy Biga i jego narzeczonej. Po lekturze ogłoszenia Carrie nie tyle czuje się zazdrosna, co gorsza pod każdym względem od nowej żony Biga. Jej dramat się pogłębia, gdy przypadkowo spotyka Natashę w przebieralni, mając na sobie jedynie bieliznę. Dla mnie osobiście ciekawe jest, że jedną z cech świadczących o tym, że Natasha jest niby lepsza od Carrie, jest fakt, że jest od niej wyższa i ma… dokładnie mój wzrost. Naprawdę interesująca sprawa, bo mnie całe życie wszyscy mówili, że jestem za wysoka i na pewno nigdy nie znajdę męża właśnie z tego powodu. Jak widać, każdy wzrost jest zły dla kobiety.
Okazuje się, że Natasha wybiera się na spotkanie kobiet w sztuce, Carrie mówi, że też tam będzie, po czym wkręca się na imprezę z pomocą Samanthy i spędza wieczór, wybierając najszykowniejszą kreację na spotkanie, niestety nic nie jest wystarczająco dobre.
Carrie postanawia napisać artykuł na temat kobiet, które istnieją tylko po to, żeby bohaterki „Seksu w wielkim mieście” czuły się gorzej same ze sobą. W jej przypadku jest to oczywiście Natasha, ale mowa jest tu również o nowej pani sprzątającej zatrudnionej przez Mirandę. Starsza Ukrainka nie tylko sprząta, ale też przeorganizowuje mieszkanie Mirandy, a do tego tłumaczy jej, jak właściwie być kobietą, między innymi zachęcając do pieczenia ciast i wzięcia ślubu ze Stevem. Miranda sama nie wie czemu, ale ma potrzebę nieustannego tłumaczenia się przed nią ze swoich wyborów. Sprawa osiąga masę krytyczną, gdy pewnego wieczoru Miranda odkrywa, że pani sprzątająca zastąpiła jej wibrator figurką Maryi, po tym zdarzeniu Miranda konfrontuje się z pracownicą i ta przestaje się wtrącać, a na przeprosiny zostawia jej kolejnego dnia talerz prezerwatyw. To przeurocze zakończenie wątku.
Wracając do wątku Carrie, wydaje ona fortunę na niebywale wręcz brzydkie buty, które mają zaimponować Natashy. No i oczywiście mają wystarczająco wysoki obcas, żeby mogła jej dosłownie dorównać (jeżeli ta sama nie założy szpilek). Do tego planuje wydać równowartość swojego czynszu na jeszcze bardziej imponującą sukienkę. To szaleństwo próbuje przerwać nie kto inny jak Charlotte, bo takiej obsesji na punkcie tego, że jakaś dwudziestopięciolatka wyszła za mąż, to nawet ona jeszcze nie miała. Do tego musimy wysłuchać serii komplementów prawionych Carrie na temat jej inteligencji i poczucia humoru, co jest z lekka żenujące.
Co do Charlotte, to ona ma w tym odcinku mini-wątek. Otóż ma kompleksy na punkcie swoich ud i dlatego boi się pokazać nago w saunie, przechodzi jej jednak, gdy inna kobieta mówi jej, że zabiłaby za jej piersi. Tak więc widzicie, najlepszym lekarstwem na kompleksy są cudze kompleksy, dobrze nauczyć się czegoś nowego.
Pewnie zastanawiacie się, co z Samanthą w tym odcinku. Spieszę z odpowiedzią: zmolestowała masażystę. Sprawa wyglądała tak, że inna klientka tego masażysty powiedziała jej, że tenże masażysta zrobił jej minetę, więc Samantha umówiła u niego spotkanie w nadziei na to samo. Aby przyspieszyć sprawy, podczas masażu Samantha położyła mu rękę na kroczu, ten doniósł więc szefowej o molestowaniu. Szefowa przeprowadziła z Samanthą rozmowę i zabroniła jej wstępu do przybytku, na co bohaterka odpowiedziała jej, mówiąc, że umówiła spotkanie tylko dlatego, że ten masażysta zrobił innej klientce minetę. Najgorsze jest to, że serial przedstawia to tak, jakby Samantha miała rację albo co najmniej jakby przewiny jej i masażysty były równe. No ja bym powiedziała, że żadna plotka, nawet prawdziwa, nie uzasadnia dotykania cudzych genitaliów, a seks w miejscu pracy to mimo wszystko nie molestowanie, ale cóż.
Carrie i Smantha idą na spotkanie kobiet w sztuce, okazuje się jednak, że Natasha nie przyszła, bo jest chora, więc Carrie wydała wszystkie te pieniądze na nic. Najgorsze jest jednak to, że kamera taka kadruje scenę, że nie jestem w stanie ocenić, czy naprawdę założyła te obrzydliwe buty. Wiem tylko, że jej sukienka jest czerwona (i akurat ładna) i że te buty wyglądałyby do niej wyjątkowo strasznie. Podczas imprezy Samantha wychwytuje plotki na temat Natashy, żeby Carrie mogła się poczuć lepiej, ale to nie działa, chociaż raczej dlatego, że plotki były mało skandaliczne, niż dlatego że nie jest to najlepszy sposób na budowanie samooceny. Gdy nasze bohaterki mają już wychodzić, grupa kobiet konfrontuje się z Smanthą, są to klientki zmolestowanego masażysty niezadowolone, że został on zwolniony z jej winy. Samantha czuje się ofiarą prześladowań, bo jej jedynej masażysta nie chciał zrobić minety. Jakże się cieszę, że karuzela śmiechu się nie zatrzymuje i dostaliśmy kontynuację tego arcyzabawnego wątku.
Odcinek kończy się tak, że Carrie leży w łóżku i godzi się z myślą, że jest po prostu gorsza od Natashy, gdy znajduje błąd językowy (their zamiast there) w napisanym przez nią liściku z podziękowaniem za przybycie i nagle czuje się taka mądra i wszechzajebista, że musi zadzwonić do Mirandy i podzielić się szczęściem, że oto Natasha okazała się idiotką. Rozumiem, że po prostu ma w dupie to, że angielski z dużym prawdopodobieństwem może nie być pierwszym językiem Natashy.
Pomysł na odcinek o kompleksach i porównywaniu się do innych kobiet był naprawdę bardzo dobry, ale w tym odcinku został prawie zupełnie zmarnowany. Wątek Mirandy działa świetnie, głównie dlatego, że jest bardzo nieoczywisty, bo starsza pani o kompletnie innym stylu życia niż bohaterki nie wydaje się kimś, kto wzbudzi kompleksy naszych singielek, a jednak dzięki wprowadzeniu tej postaci widzimy, że są w Mirandzie jakieś głęboko skrywane wyrzuty sumienia z powodu odrzucenia tradycyjnej kobiecej roli i nie tak łatwo się z tym uporać, nawet gdy się wie, że ma się rację. Do tego zakończenie jest świetne i aż mi się zrobiło miło, kiedy je zobaczyłam.
O wątku Samanthy już napisałam, co wiedziałam. Powinno się go w całości wyciąć i spalić kliszę.
Wątek zazdrości o Natashę mógłby być w porządku. Mógłby, ale nie był. Wystarczyło zmienić ostatnią scenę. Wcześniej widzimy, jak Carrie odrzuca logikę Smanthy polegającą na tym, że trzeba znaleźć powody, żeby czuć się lepszą od innych kobiet (logikę nie tylko Samanthy, ale, jak wiemy z drugiego wątku, również Charlotte), i to była właściwa droga. Gdy Carrie wyśmiewa błąd Natashy, cofa się jako postać. Idąc tym tokiem rozumowania, wszystkie możemy się czuć dowartościowane, bo mieszkanki Nowego Jorku nikomu tak nie zazdroszczą jak kobietom z Europy Wschodniej.
Jak zawsze czekam na wasze opinie, kto wie, może znajdzie się jakiś obrońca butów Carrie.

***


S03E04 – Boy, Girl, Boy, Girl…
Odcinek porusza kwestię biseksualności w bardzo… zły sposób. Jeżeli jesteście bi albo nie jesteście, ale macie dość rozumu i godności człowieka, by uważać bycie bi za coś normalnego, ostrzegam, że czytając ten post, możecie się zirytować. Jeśli nie chcecie tego sobie robić, to nie czytajcie.
Na wstępie Carrie mówi nam, że nowojorczycy to ludzie, którzy widzieli już wszystko i nie łatwo ich zdziwić, ale Charlotte się to udało. Pytacie jak? Zorganizowała w galerii wystawę zdjęć drag kingów. No nie wiem jak was, ale mnie bawi wizja baby przebranej za chłopa jako czegoś tak niesamowicie szokującego i odkrywczego.
No i jak nietrudno zgadnąć, scena ta miała wprowadzić nas w główny temat odcinka, jakim jest dżender. Trzymajcie się siedzeń, czeka nas dzika jazda.
Carrie umawia się ze sporo młodszym facetem. Co w ogóle nieistotne dla tego wątku, facet zabrał ją na randkę na lodowisko. Pisze o tym dlatego, że zadziwiło mnie, i to bardziej niż koncept drag kinga, że Carrie nie dość, że przyszła w sukience i z gołymi nogami (musiało jej być strasznie zimno), to absolutnie nie umiejąc jeździć i wywalając się na każdym kroku, zdecydowała się podczas jazdy cały czas palić papierosa. Już nawet nie mówię o tym, że pewnie było to zakazane, bo wiemy, że Carrie ma to serdecznie gdzieś, ale naprawdę nie wiem, dlaczego ryzykowała sparzenie się lub przypalenie sobie ubrania podczas upadku.
Co istotne, facet jest otwarcie biseksualny i na tej właśnie randce, ich trzeciej, mówi o tym Carrie.
Sprawę trzeba przedyskutować. Samantha mówi, że jego biseksualność była oczywista, bo zabrał ją na łyżwy (tego stereotypu nie znałam). Dzieli się też swoimi przemyśleniami na temat nowego pokolenia, mówi, że wszyscy młodzi są teraz biseksualni, czego nie postrzega jako negatywnego zjawiska. Samantha oczywiście gada głupoty, ale w porównaniu z Carrie i tak wypada świetnie, bo bohaterka wpada w absolutna panikę. Jest oburzona tym, że powiedział jej, że jest bi, jakby to było coś normalnego a nie… Nie wiem, co dokładnie, Carrie nie podała nam wytycznych co do akceptowalnego w jej oczach sposobu wychodzenia z szafy. Oburza ją również jego niewinne pytanie, czy to problem, no bo jak to, przecież to oczywiste, że to problem. Bogowie, niech ona go po prostu rzuci, bo ewidentnie nie jest warta jego czasu. Mówi jeszcze, że biseksualność nie istnieje, a wszyscy biseksualiści to tak naprawdę geje. Samantha mówi, że fakt, że ten facet jest otwarty na różne seksualne doświadczenia jest seksowny, co wciąż jest głupim spojrzeniem na orientację seksualną, ale zdecydowanie najlepszym w tej grupie, bo Miranda i Charlotte są po stronie Carrie. Miranda mówi, że biseksualność wynika z chciwości, a Charlotte twierdzi, że każdy powinien wybrać, czy jest homo czy hetero i się tego trzymać. Całe spektrum bifobii w jednej scenie.
Carrie, łącząc swoje doświadczenia z wystawy Charlotte i randkowania z biseksualistą, postanawia napisać artykuł na temat zanikania granic między płciami. Zastanawia się, czy jej poglądy nie są przestarzałe (spojler: są) (drugi spojler: nie, to nie będzie konkluzja tego odcinka).
Tymczasem fotograf, którego prace wystawiała Charlotte (i na którego Charlotte leci, ale boi się zaprosić na randkę, bo jest kobietą), prosi ją o zapozowanie jako drag king. Ta na początku odmawia, bo mówi, że nie ma w sobie nic z mężczyzny, gdyż, uwaga, nie rozumie matematyki i nie umie zmieniać opon. Ten przekonuje ją, że każda kobieta ma w sobie coś męskiego i on odnajdzie w niej mężczyznę. Charlotte się przekonuje. Gadka motywacyjna wydobywająca pewność siebie i erotyczne umieszczenie w jej spodniach skarpety przez fotografa sprawiły, że Charlotte poczuła się silna jak facet i pocałowała fotografa. Nigdy potem go nie spotyka, bo zbytnio wstydzi się, że tak się zachowała. Carrie w narracji mówi nam, że może była takim facetem, ale nigdy nie mogłaby być taką kobietą. Wiesza sobie za to na ścianie swoje zdjęcie w dragu.
Carrie idzie na kolejną randkę z biseksualistą i znajduje nowy sposób, by obrazić wszystkich biseksualnych widzów, oto cytat: „Ten seconds of kissing and I almost forgot his lack of sexual orientation”. Przerywają całowanie się i Carrie od razu dostaje paranoi, że facet pewnie ogląda się za innymi mężczyznami. Ten wyjaśnia jej, że szukał ubikacji i że był w trzech poważnych związkach, z których jeden był z facetem, ale w tym momencie interesuje się tylko nią. Ten dialog jest świadectwem tego, że twórcy serialu doskonale zdawali sobie sprawę, czym biseksualność jest i świadomie zdecydowali, że będą bifobami, bo tak, na koniec odcinek przyzna rację bifobicznej Carrie. Potem uprawiają seks i po seksie Carrie męczy chłopaka serią pytań, które maję jej pomóc ustalić, czy jest homo czy hetero. Ja jebię. Czy on może już ją rzucić? Facet ma anielską cierpliwość, naprawdę.
Przejdźmy do wątku Samanthy. Zatrudniła ona młodego asystenta, bo na niego leciała. Widzimy tutaj odwrócenie stereotypowych ról szefa i sekretarki, ale nie do końca, bo asystent wykazuje się agresją w negocjacjach, za co gani go Samantha, która woli być miła dla klientek. Hierarchia władzy została odwrócona, ale postaci dalej reprezentują cechy stereotypowo przypisywane do ich płci. Okazuje się, że arogancja asystenta jeszcze bardziej pociąga Samanthę. Gdy jednak on chamsko odmawia wykonywania poleceń służbowych, bo twierdzi, że wie lepiej, ta go zwalnia, a potem rucha, jako że nie narusza to już etyki zawodowej.
Miranda w tym samym czasie zmaga się z problemami w związku ze Stevem. On chce się wprowadzić, ona nie jest na to gotowa, do tego przeszkadza jej, jak dużo rzeczy u niej zostawia, bo czuje, że traci swoją przestrzeń. Steve mówi jej, że zachowuje się jak facet i w ten oto sposób wątek wiąże się z tematem przewodnim. Później w rozmowie z Carrie Miranda mówi jej, że kocha Steve’a, ale nie chce, żeby się wprowadzał i że to czyni ją mało typową kobietą, przy czym jest świadoma, że nigdy nie była szczególnie kobieca. W odpowiedzi Carrie dzieli się swoją teorią, jakoby w każdym związku jedna osoba była alfą, a w tym związku to ona. Brzmi to jak jakaś mądrość rodem z Bravo czy Popcornu, ale mniej więcej na tym poziomie jest cała jej kolumna, więc zupełnie mnie to nie dziwi.
Gdy Miranda wraca do mieszkania i widzi, że nie ma już w nim rzeczy Steve’a, zaczyna za nimi tęsknić. Postanawia ugotować mu obiad, żeby poczuć się bardziej kobieco, ale tłucze słoik z sosem, co staje się katalizatorem wyznania, że chce z nim mieszkać, ale się boi i wstydzi, bo nigdy wcześniej z nikim nie mieszkała. On ja pociesza i przytula, mamy szczęśliwe zakończenie.
Na nasze nieszczęście wracamy do wątku Carrie. Idzie z nim na domówkę u jego byłego chłopaka. Na imprezie okazuje się, że w tym kręgu znajomych jest wiele osób biseksualnych, z których część była ze sobą kiedyś w związkach, ale, o zgrozo, przyjaźnią się mimo to.
Nie mam pojęcia dlaczego (czy raczej mam pojęcie, to ma pokazać, że Carrie jest z innego świata, ale pokazuje raczej, że nie umie się ubrać stosownie do sytuacji), ale Carrie założyła na tę okazję jakąś sylwestrową kreację, w której ledwie jest się w stanie ruszać, przez co bardzo odstaje od reszty ubranej w codzienne ciuchy. Imponuje strojem jedynemu heteroseksualiście na imprezie.
Nie muszę chyba dodawać, że pali papierosa, nie zapytawszy właściciela mieszkania o zgodę?
W pewnym momencie zaczyna się gra w butelce, podczas której kręcąca dziewczyna ją wylosowała. Carrie mówi, żeby zakręciła jeszcze raz, bo padło na kobietę, ta jednak odpowiada, że to w porządku. Carrie spogląda z pogardą i w narracji mówi: „Of course it was. I was in Alice-in-Cofused-Sexuality-Land”, ale decyduje się pocałować dziewczynę, aby udowodnić sobie, że nie jest jeszcze taka stara. Pocałunek jest dla niej bardzo niezręczny i zaraz po nim ucieka z imprezy, nie żegnając się nawet ze swoim chłopakiem, z którym nie spotyka się nigdy więcej. Jej ostatnią refleksją w odcinku jest stwierdzenie, że oni mogą robić co chcą, ale ona jest na to wszystko za stara.
Zachowanie Carrie przez cały odcinek jest zwyczajnie beznadziejne. Wkurzyło mnie tu w zasadzie wszystko. Począwszy od podkreślania, że nasza bohaterka nie jest homofobiczna, ale jedynie bifobiczna, jakby to było w jakiś sposób lepsze, skończywszy na nawrzucaniu do odcinka tylu stereotypów na temat biseksualności, ile się tylko dało. W sumie ze wszystkiego najbardziej denerwuje mnie to, że infiltrowaną przez Carrie społeczność biseksualistów pokazano jako grupę miłych ludzi budujących zdrowe relacje i żyjących w zgodzie z tym, kim są, ale wciąż na koniec trzeba było powiedzieć, że to wszystko takie zabawy dla młodziaków, a poważni dorośli ludzie są hetero. Carrie się z nich nabijała, bo grali w butelkę, ale ja uważam, że zerwanie z chłopakiem przez wyjście z imprezy bez pożegnania jest dużo bardziej dziecinne.
Jedyną osobą w odcinku, której poglądy mogłabym uznać za postępowe, jest fotograf, który na wystawie mówił o tym, że płeć to gra i iluzja. Tylko że to w sumie nic nie wnosi, bo jego wątek kończy się tak, że Charlotte odrzuca to, co mogła wynieść z sesji w dragu, stwierdzając, że po prostu nie jest taką kobietą. Pomysł, że trzeba przebrać się za faceta, żeby poczuć pewność siebie, nie jest bez wad i opiera się na bardzo stereotypowym myśleniu, ale wciąż gdyby Charlotte dzięki temu przekroczyła ograniczające ją schematy kobiecych zachowań, uważam, że nie byłoby to takie całkiem złe zakończenie. A przynajmniej lepsze niż takie zupełnie zachowawcze obejście się z postacią.
Podobało mi się, że Samantha zwolniła asystenta, który do niej podskakiwał. Że go przeruchała również. Jasno oddzieliła to, co jej się podoba w facecie, z którym chce iść do łóżka, od tego, czego wymaga od pracownika. Tym samym przekroczyła schemat szefa mającego romans z sekretarką (to by naruszało etykę zawodową!) i nie zachowała się ani jak typowy facet, ani jak typowa kobieta, zachowała się jak Samantha.
Wątek Mirandy był w porządku. Już któryś raz widzimy u tej postaci to samo: problemy z otwarciem się na drugiego człowieka i jakieś wewnętrzne niepogodzenie z faktem, że nie wypełnia stereotypowej roli kobiety. Wątek mimo wtórności był jednak sprawnie przeprowadzony, więc nie mam większych uwag.
Oglądanie tego odcinka było dla mnie dość absurdalnym przeżyciem, bo od lat (jak nie od zawsze) jestem w zupełności przekonana, że wszystkie stereotypowe męskie i damskie role to skończona bzdura, a biseksualność istnieje, nie ma w niej nic złego i nie jest żadnego rodzaju modą wśród młodzieży, ani nie wynika z tego, że komuś coś się pomieszało.
Dajcie mi znać, co myślicie. Nie spodziewam się, że ktoś będzie bronił tych wynurzeń na temat biseksualności, ale dżender bohaterek może już być jakąś ciekawszą kwestią do przedyskutowania.

***


S03E05 – No Ifs, Ands, or Butts.
Skoro poprzednio był odcinek o dżenderze, to teraz oczywiście czas na odcinek o rasizmie.
Od czego zaczynamy? Koleżanki radzą Charlotte zerwać z facetem, który podczas całowania lizał ją po twarzy. A teraz już przechodzimy do rasizmu.
Podczas wizyty w restauracji nasze bohaterki poznają czarnego faceta. Zaraz po jego odejściu od stolika Samantha zaczyna opowiadać o tym, jaki jest przystojny i jak bardzo chciałaby go przeruchać. Charlotte (tak, Charlotte, ze wszystkich ludzi na ziemi) napomina ją, że to niepoprawne politycznie, ale Samantha broni się, mówiąc, że uprzedmiotawia wszystkich facetów, nie tylko czarnych. No i niby ma rację, bo Samantha naprawdę przez poprzednie kilkadziesiąt odcinków uprzedmiotawiała białych facetów, ale jednocześnie takie odnoszenie się białych ludzi do czarnych ma długą i mało chwalebną historię, więc Charlotte również miała rację. Ostatecznie zwrócenie uwagi na niestosowność tego, co powiedziała Samantha, to żart kosztem tych, którzy o sprawie mówią na serio.
W następnej scenie Carrie i jej kolega gej wybierają się na wystawę mebli podrywać facetów. Carrie udaje się wyrwać właściciela sklepu, Aidana, który zwraca na nią uwagę, bo jego pies próbował z nią spółkować. Jest to dość żenujący moment dla mnie jako widza.
Samantha idzie na randkę z panem z restauracji do klubu, gdzie wszyscy są czarni, a potem uprawia z nim seks, a po seksie słucha z nim rapu. Oglądam ten serial dość długo, żeby stwierdzić, że na pewno nie jest to właściwe przedstawienie społeczności czarnych w Nowym Jorku, ale nie mam dość wiedzy, by powiedzieć, dlaczego. Po prostu z góry zakładam, że serial, który przypomniał sobie, że w Ameryce mieszkają czarni ludzie, żeby zrobić odcinek problemowy o seksie z czarnym facetem, nie zrealizuje dobrze tematu. W ogóle nasze bohaterki nieustannie zwracają uwagę na to, ile ten facet Samanthy nosi biżuterii (bo czarni w raperskich teledyskach z lat dziewięćdziesiątych noszą biżuterię, jak zakładam), a nikt nie zwraca uwagi na to, że Aidan też nosi pierścionki i wisiorek.  Nie potrafię widzieć tego inaczej niż jako podwójnego standardu.
Aidan i Carrie idą na randkę. On próbuje się zalecać, odwołując się do psiego incydentu. Co dziwne, wychodzi mu to. Gdy Carrie chce zapalić papierosa, Aidan jest zniesmaczony, więc Carrie kłamie, że tylko czasem popala i wyrzuca papierosa byle gdzie. W przedszkolu jej nie nauczyli, że nie można śmiecić. Potem chcą się pocałować, ale dla Aidana jest problemem, że czuje papierosa. Carrie obsesyjnie szuka miętówki, w czasie gdy on mówi jej, że nie może umawiać się z palaczką. Nie ukrywam, że oglądanie udręki Carrie sprawiło mi radość. To nie jest tak, że mam coś do wszystkich palaczy, czy że bawi mnie sama idea takiego problemu w związku, chodzi o to, że Carrie odstawiała takie cyrki z paleniem, gdzie jej się podoba, że aż miło zobaczyć, jak ten nałóg odwraca się przeciwko niej.
Carrie jest tak do głębi poruszona, że komuś może przeszkadzać palenie w związku (no, dla mnie to też byłoby nie do przejścia, więc się z nią antyutożsamiam), że stwierdza, że kiedyś było lepiej, jak palenie czy nieumiejętność całowania się były częścią osoby, z którą się umawiało, a nie czymś nie do zaakceptowania. Postanawia napisać artykuł o rzeczach, przez które skreślamy potencjalnych partnerów już na starcie.
Wracając do nieudanych pocałunków, Charlotte próbuje nauczyć tego swojego fagasa całowania się (też żenująca scena), ale on stwierdza, że lubi tak lizać po twarzy i ssać podbródek, więc zrywają.
Czas wrócić do wątku Samanthy. Siostra jej faceta rozmawia z nią pod jego nieobecność i mówi, że nie pochwala tego związku, bo nie chce, żeby jej brat był z białą kobietą. Jest przy tym bardzo niemiła i ogólnie jest bardzo jasno zarysowane, że niekwestionowaną rację ma Samantha, a siostra jest rasistką. Tego można było się w sumie spodziewać po odcinku „Seksu w wielkim mieście” na temat rasizmu, poruszenia rażącego problemu prześladowania białych ludzi w Stanach Zjednoczonych. Całą scenę widzę jako parodię rzeczywistego problemu poruszanego przez czarne kobiety, które zauważają, że czarni mężczyźni wolą się umawiać z białymi kobietami niż z nimi, bo według współczesnych standardów piękna biała skóra jest bardziej atrakcyjna.
Potem Samantha żali się koleżankom na bycie ofiarą rasizmu. Nie chce zrywać ze swoim chłopakiem jednocześnie dlatego, że jest uparta, i dlatego, że facet jest miły i ma dużego, czarnego penisa. Tak, te słowa padają w tym serialu. Tym samym, który przed chwilą żartował sobie z tego, że ktoś widzi problem w tym, jak białe kobity odnoszą się do czarnych mężczyzn. Jest też moment, kiedy Miranda pogardza faktem, że Samantha użyła słowa, które wywodzi się z afroamerykańskiej odmiany języka angielskiego, ale czy żart ma polegać na tym, że coś jest z samym tym dialektem nie tak, czy na tym, że Samantha poznała jednego czarnego i już rzuca słówkami – nie mam pojęcia.
Mamy jeszcze scenę kulminacyjną, kiedy Samantha i siostra jej faceta biją się w klubie, ale szczerze, to nie dzieje się tam nic nowego, ich motywacje pozostają niezmienione. Sprawa kończy się tak, że facet zrywa z nią w ramach solidarności z siostrą. Uraczę was cytatem, bo skoro ja musiałam to przeżyć, to wy też: „Samantha knew the real problem wasn’t her little white pussy. It was that Chivon was a big black pussy who wouldn’t stand up to his sister”. Jeszcze nazywania facetów pussy w ramach obelgi nam brakowało w tym kolażu braku wyczucia. Carrie w narracji mówi nam, że Samantha nie mogłaby być z takim facetem, żeby jakoś powiązać całą tę historię z tematem artykułu.
Carrie chce zerwać z Aidanem, bo zabrania jej palić. Okazuje się, że koleżanki cały czas nienawidziły tego, że pali, więc teraz namawiają ją, żeby wykorzystała randkowanie z Aidanem jako motywację do rzucenia nałogu. Carrie czuje się urażona jako człowiek i broni palenia jako swojej cechy charakteru. Ale po inicjalnym oburzeniu postanawia przestać palić.
Mamy też wątek Steve’a, który ma szansę wygrać pieniądze, wrzucając na meczu piłkę do kosza z połowy boiska, ale Miranda w niego nie wierzy, co sprawia mu przykrość. Sprawa kończy się oczywiście tak, że Miranda chowa do kieszeni swoje przekonanie, że wiara Steve’a w wygraną jest głupia i wspiera go, bo to dla niego ważne. Podobnie jak watek Mirandy w poprzednim odcinku – nic odkrywczego, ale też nic złego.
Jest też wątek kolegi geja Carrie, który spotyka się z kolekcjonerem lalek, który z jakiejś tylko sobie znanej przyczyny trzyma te lalki na łóżku, więc trzeba je wszystkie przekładać, żeby móc na nim uprawiać seks (albo iść spać, jak się domyślam). Kolega gej najpierw chce z nim zerwać przez te lalki, ale w końcu to kolekcjoner z nim zrywa, kiedy podczas zbliżenia z winy kolegi geja tłucze się jedna z lalek. Wycięłabym ten wątek, bo to kilka scen, które nie wnoszą nic, czego nie pokazano w innych wątkach, może poza okazją do wyśmiania ludzi z nietypowymi zainteresowaniami. Wycięłabym ten wątek w całości, przynajmniej odcinek byłby krótszy (ma ponad pół godziny).
Nie jestem specjalistką od amerykańskiego rasizmu, więc pewnie oprócz problemów z przedstawieniem sprawy, na które zwróciłam uwagę, były też inne, ale żeby miało być ich mniej, niż sądzę, nie bardzo wierzę, bo mówimy o „Seksie w wielkim mieście”.
Motyw zastanawiania się nad tym, przez co skreślamy potencjalnego partnera, nie jest ciekawy, bo odpowiedź wydaje się dosyć oczywista – każdy ma jakieś cechy, których nie może zaakceptować w drugiej osobie, ale to nie znaczy, że nie można pójść na kompromis.
W pierwszym sezonie odcinki były krótsze, więc teraz czuję się oszukana.
Piszcie w komentarzach, za co wy skreślacie potencjalnych partnerów.

***

S03E06 – Are We Sluts?
W tym odcinku bohaterki rozważają, jak wielu partnerów seksualnych to zbyt wielu dla kobiety. Omówmy wątki bohaterek po kolei.
Carrie na czwartej randce z Aidanem proponuje seks, ale ten się nie zgadza. Naszą bohaterkę to bardzo stresuje, no bo jak to, na tym etapie to już obowiązkowo trzeba się ruchnąć. Dodatkowo Samantha mówi jej, że jeżeli na początku relacji nie pójdzie z facetem do łóżka, to furtka się zamknie i już na zawsze pozostaną tylko przyjaciółmi. Nie wiem, jak to miałoby działać w sytuacji, w której relacja od początku jest romantyczna, obejmuje chodzenie na randki, całowanie się i tak dalej, ale cóż, Carrie w to widać wierzy, bo zaczyna robić wszystko, żeby doprowadzić do zbliżenia. Na piątej randce Aidan znowu jej odmawia, za co Carrie się na niego trochę wkurza (co jest strasznie słabe), po czym postanawia postawić sprawę jasno i spytać, dlaczego nie chce z nią iść do łóżka. Ten jej mówi, że wiele razy już sypiał z kobietami na początku znajomości i wciąż jest singlem, więc teraz chce spróbować najpierw zbudować silniejszą więź emocjonalną. Carrie w jednym momencie jest zła sama na siebie, że wymyśliła sobie, że po półtora tygodnia znajomości koniecznie trzeba uprawiać seks i postanawia napisać artykuł o tym, czy współczesne kobiety pamiętają jeszcze, co to romans. Myśleliście pewnie, że na tym zakończy się rozważanie, czy Aidan na nią leci, czy nie. Otóż błąd, Carrie wciąż nie jest pewna, czy Aidan aby na pewno nie widzi jej tylko jako przyjaciółki, bo oprócz tego, że ją całuje i mówi jej, że jest seksowna, droczy się z nią na temat doboru jej naczyń w kuchni (co wydaje mi się pasować do jego postaci, gdyż jest on projektantem mebli). Tak więc pamiętajcie, jeżeli rozmawiacie czasem ze swoimi chłopakami o czymś innym niż seks, to pewnie wcale nie są waszymi chłopakami, tylko przyjaciółmi pod przykrywką. W rozmowie z Charlotte bohaterka mówi dodatkowo: „This isn’t romance, this is bullshit”. Pamiętacie prawdę życiową o tym, że najlepsze związki są zbudowane na przyjaźni? Gówno prawda. Chłopak jest od ruchania, a nie jakichś tam rozmów. Na koniec odcinka oczywiście przesypiają się ze sobą i z narracji Carrie dowiadujemy się, że to pierwszy raz, kiedy uprawia seks, który coś znaczy. Jakoś trudno mi w to uwierzyć, przecież to nie jest tak, że nie uprawiała wcześniej seksu z ludźmi, do których coś czuła. Mając to w głowie, wychodzi na to, że odcinek mówi nam, że tylko wyczekany seks może coś znaczyć. Jest to lekcja z kursu przygotowującego do bierzmowania. (Przy czym przez wyczekany serial rozumie jakieś dwa tygodnie, ale koncept jest ten sam). Ja tam się z tym zupełnie nie zgadzam, bo nie mam pojęcia, dlaczego i seks z kompletnie obcą osobą nie miałby nieść ze sobą wielu emocji.
Charlotte przez to, że przespała się z człowiekiem, który podczas stosunku nazwał ja dziwką, dochodzi do wniosku, że ma zbyt wielu partnerów seksualnych, a przecież faceci nie chcą się żenić z takimi kobietami. Uważam, że zaczęcie jej wątku od czegoś takiego charakteryzuje bohaterkę jako osobę niezbyt rozgarniętą, bo przecież w poprzednich odcinkach prezentowała już ten sposób myślenia, więc co, dopiero się zorientowała, że przespała się z facetami, z którymi się przespała? Potem okazuje się, że facet, z którym się spotyka, ma tak, że wyzywa ją podczas stosunku, a potem nic z tego nie pamięta. Kiedy Charlotte mówi mu, jak ją nazwał, ten serdecznie ją przeprasza i mówi, że tak o niej nie myśli i że jest typem kobiety, którą chciałby kiedyś poślubić, a więc dokładnie to, co Charlotte chciała usłyszeć. Próbuje uprawiać seks, nic nie mówiąc, ale nie jest w stanie osiągnąć orgazmu, więc postanawia z nią zerwać i iść na terapię.
Miranda dowiaduje się, że ma chlamydie. Ginekolożka, która jej o tym powiedziała, zdawała się ją osądzać za to, że nie wie, od kogo mogła złapać bakterie i kazała jej poinformować wszystkich partnerów, którym mogła je przekazać. W tym celu musi sporządzić listę swoich partnerów seksualnych, która okazuje się dosyć długa. Gdy zaczyna dzwonić do wszystkich po kolei, okazuje się, że jeden z mężczyzn też ostatnio dowiedział się, że ma chlamydie, ale jej nie poinformował. W ostatniej scenie, w której ją widzimy, rozmawia ze Stevem (który zrobiła badania i okazało się, że nie jest nosicielem chlamydii) i ten z ciekawości pyta ją, ile osób liczyła lista. Ta ze wstydem przyznaje, że czterdzieści dwie osoby. Ten jej nie osądza i mówi, że sam spał z ponad sześćdziesięcioma kobietami. Carrie w narracji wygłasza światłą obserwacje socjologiczną: otóż faceci nie są osądzani za rozwiązłość. Nie to, że nie ma racji, oczywiście, że ma, ale wydaje mi się to tak mało odkrywcze stwierdzenie, że nie uważam go za dobrą puentę. To mogłaby być myśl, od której odcinek się zaczyna, a nie refleksja na koniec.
Samantha przypadkowo wpuszcza do budynku włamywacza, bo jest przyzwyczajona do gości w środku nocy. Spotyka się z tego powodu z osądem ze strony sąsiadów, którzy od dawna, jak się okazuje, gardzili sposobem, w jaki prowadzi swoje życie seksualne. Szczerze mówiąc, to trochę rozumiem tych sąsiadów, bo dostajemy montaż, który pokazuje, jak Samantha jeździła winda do swojego mieszkania z kolejnymi kochankami i raz widzimy, jak stymulowała penisa kochanka w towarzystwie przypadkowej osoby. No nie wiem, też bym sobie nie życzyła takich wrażeń. Potem widzimy, jak sąsiedzi na korytarzu plotkują na temat Samanthy, a kiedy ta mówi, żeby wszystko, co mają jej do powiedzenia, powiedzieli jej w twarz, ci to właśnie robią i mówią, że nie podoba im się, że ma tak dużo gości. Szczególnie zła jest na nią starsza pani, która została napadnięta i zraniona w oko. Samantha zaraz potem dzwoni do Carrie poskarżyć się, że wszyscy w budynku są o nią zazdrośni, bo ich nikt nie chce ruchać. Po czym osądza Carrie, bo ta wciąż nie odbyła stosunku z Aidanem. W ostatniej scenie widzimy, jak się przeprowadza.
W sumie najlepszą konkluzję miał wątek Charlotte, no bo pan, który widział jakieś swoje zachowanie jako problematyczne, po prostu poszedł po pomoc. Brawa dla niego. Jak chodzi o samą Charlotte w tym odcinku, to nie rozwinęła się ani o milimetr. Spodziewałam się, że jej postawa zostanie w jakikolwiek sposób zweryfikowana, ale nic takiego się nie stało. Może słowa kochanka, że jest kobietą, która chciałby poślubić, mimo tego, że wyzywał ją od dziwek, miały stanowić komentarz na temat tego, że nie powinniśmy osądzać kobiet za ich życie seksualne? Jeśli tak, to pomysł jest w porządku, ale niezbyt dobrze przeprowadzony, bo to słabo wybrzmiało.
Wątek Mirandy jest okej. Po prostu okej. Jak mówiłam, nie chodzi o to, że nie zgadzam się z przesłaniem, po prostu czuję się, jakby ktoś mi tłumaczył, że woda jest mokra. Zdecydowanie można to było napisać w ciekawszy sposób.
Samantha… Mam wrażenie, że twórcy chcieli nam pokazać ostracyzm społeczny, ale w taki nieoczywisty sposób, żeby Samantha nie wyszła na postać zupełnie kryształową, tylko z tym przeholowali, bo naprawdę trudno z nią sympatyzować w tym odcinku.
Wątek Carrie to brednie.
Jestem ciekawa, jakie jest wasze zdanie na temat rozmawiania ze swoim chłopakiem na inny temat niż seks. Rozumiem, że to kontrowersyjny temat, ale zapraszam do dyskusji w komentarzach.

***


S03E07 – Drama Queens
Carrie czuje poważny niepokój (budzi się w środku nocy, więc uznaję to za całkiem poważne objawy), ponieważ pierwszy raz w życiu jest w związku, w którym nie ma żadnych problemów. Miranda też ma związek bez problemów, ale jej się to podoba. Samantha zaś rozumie Carrie, bo sama nie wyobraża sobie takiego spokojnego życia. Charlotte tymczasem czyta poradnik na temat polowania na mężów. Takie jest ustawienie początkowe.
Carrie uporczywie stara się znaleźć dziurę w całym, odbywa więc taką rozmowę z Aidanem:  
„– Why are you still single?
– Why are you still single?
– Don’t do that. Don’t be cute. I hate it when guys act all cute”.
A gdy on pyta, dlaczego się tak zachowuje, to mu mówi, że czasem jest suką i on na pewno też ma jakieś wady, o których powinien jej powiedzieć. Cały problem jest w dużym stopniu z dupy wzięty i wyczuwam w tym wątku wiarę twórców w stereotyp na temat kobiet, że nie lubią, gdy faceci są dla nich zbyt dobrzy. Zresztą to nie pierwszy raz, gdy mam takie wrażenie, pisałam już o tym przy odcinkach ze Skipperem. W dalszej części rozmowy Carrie dalej domaga się, by Aidan wyjaśnił jej, co jest z nim nie tak, że jeszcze nie jest żonaty, bo przecież niemożliwe, żeby facet, który naprawdę jest taki idealny, jak Aidan robi wrażenie, że jest, nie miał żony. Naprawdę, chciałabym, żeby ten wyzwalający nas z konwencji serial był chociaż trochę mniej przywiązany do idei, że małżeństwo jest miarą człowieka.
Wątek ciągnie się dalej. Aidan chce, żeby Carrie poznała jego rodziców, ale Carrie podchodzi do pomysłu z niechęcią. Jak wyjaśnia Mirandzie, Aidan zachowuje się dokładnie tak, jak chciała, żeby Big się zachowywał, ale teraz to ona zachowuje się jak Big. Miranda, po zasugerowaniu, że może jest po prostu za wcześnie (randkują od trzech tygodni), diagnozuje, że być może Carrie nie jest w stanie uwierzyć, że coś dzieje się naprawdę, gdy nie trzeba o to walczyć. Jest to oczywiście temat artykułu na ten tydzień. Carrie, czego się nie spodziewałam, mówi Aidanowi wprost, że poznanie jego rodziców to dla niej za dużo. Dla Aidana oczywiście nie jest to żaden problem. Carrie jest na niego trochę zła za tę wyrozumiałość i chce, żeby byli dla siebie mniej dostępni i mieli czas za sobą zatęsknić.
Charlotte wyczytała w poradniku, że powinna poznać mężów swoich zamężnych koleżanek, bo ich kumple kawalerzy to świetny materiał na męża dla niej. Charlotte to właśnie robi i znajoma para obiecuje umówić ją na randkę z ich znajomym. Niestety potem przestają się do niej odzywać i do randki nie dochodzi, więc Charlotte zostawia im na poczcie mnóstwo niemiłych wiadomości. Okazuje się, że mąż koleżanki był w delegacji, dlatego nie odbierał. Charlotte trochę się wstydzi swojej desperacji, ale udaje jej się umówić z obiecanym kawalerem.
Charlotte idzie na randkę z kolegą kolegi, ale okazuje się, że zamiast obiecanego kawalera na miejscu czeka na nią mąż koleżanki, który nigdy nie zadzwonił do swojego znajomego. Mężczyzna wyznaje jej, że jest w niej zakochany. Ona daje mu w twarz i wychodzi oburzona obrotem sytuacji. Ten biegnie za nią, krzycząc, że ją kocha, ale ona nie chce tego słuchać. Uciekając przed niechcianym zalotnikiem, prawie wpada pod samochód, a gdy pomocy udziela jej jakiś przypadkowy facet, dostajemy romantyczną muzykę w tle.
Carrie przypadkowo widzi Biga i Natashę w operze i wybiega z sali. Big też ją zauważa i biegnie za nią, ale nie udaje mu się jej dogonić. Carrie przeżywa sytuację tek głęboko, że postanawia zadzwonić do Mirandy o trzeciej w nocy. To wydarzenie w jakiś sposób uświadamia jej, że rzeczywiście szuka dziury w całym i związek z Aidanem po prostu jest dobry. Na skutek tego zmienia zdanie i pojawia się na spotkaniu z rodzicami Aidana. Próbowała zadzwonić, ale on nie odbierał. Jak wyjaśnił potem, nie odbierał, bo Carrie kazała mu być mniej dostępnym. Carrie jest zdziwiona, że on to pamiętał i mówi, żeby nie robił wszystkiego, co mu każe. Cała ta scena kojarzy mi się z bardzo mizogińskim wyobrażeniem na temat kobiet, które nie wiedzą, czego chcą, każą facetom robić jedno, gdy myślą drugie i cały czas mają im za złe, że ich słuchają, bo powinni czytać im w myślach. Serio, cały ten wątek jest słaby, ale ta scena jest najgorsza.
Tymczasem zapewne zastanawiacie się, co w wątku Mirandy? Czuje się świetnie, mieszkając ze Stevem, gdy jednak pierze jego brudne gacie zastanawia się, czy pasuje jej taka bliskość z drugą osobą. Gdy jednak Steve przychodzi i rucha ją na pralce, wszystkie problemy znikają.
Jeśli chodzi o Samanthę, to spotyka się z facetem, który bierze Viagrę, ale nie dlatego, że mu nie staje, tylko żeby wzmocnić doznania. Bohaterka postanawia też zażyć Viagrę i ma zajebisty orgazm. Potem chce brać Viagrę za każdym razem, a jego to przeraża, więc ją rzuca. Tak, to cały wątek, nie ma w nim absolutnie nic więcej.
Cały wątek Carrie uważam za owoc mizogińskiej wyobraźni, pisałam o tym wcześniej w poście, nie widzę powodu, żeby powtarzać moje zarzuty. Uważam, że można było zrobić dobry odcinek o tym, że człowiek ma kompleks niższości względem partnera, który wydaje się zbyt idealny, ale to nie był ten odcinek. Porównanie do zachowania Biga też miało potencjał, który nie został wykorzystany. Ostatecznie zobaczenie Biga w operze nie składa się w żadną całość z resztą wątku i jest jakimś katalizatorem, ale nie wiemy, dlaczego. Wszystko to można było lepiej napisać.
Jak chodzi o Charlotte, to jej historia w tym odcinku zdaje się mówić nam, że planowanie sposobu, w jaki znajdzie się miłość, nie działa. Całość brzmi jak to powiedzenie, że miłość spotkasz wtedy, gdy przestaniesz jej szukać. Szczerze mówiąc, to nie wiem, czy takie przesłanie było nam potrzebne do czegokolwiek, bo nie ma nic złego w aktywnym poszukiwaniu partnera i na przykład zapytaniu znajomych, czy nie znają kogoś ciekawego. W odcinku takie zachowanie zostaje wyśmiane na rzecz schematu z komedii romantycznej.
Wątki Mirandy i Smanthy były kilkuscenowymi zapychaczami. Ten Mirandy przynajmniej łączył się z głównym tematem, Samanthy mógłby być wmontowany w dowolny inny odcinek. W ogóle to nie jestem lekarzem ani farmaceutą, ale w ciemno strzelam, że Viagra wcale nie działa tak, jak to pokazano w serialu.
Czekam na wasze opinie. Może uważacie, że zachowanie Carrie było uzasadnione? Przyznam, że jej postawa w tym odcinku jest mi osobiście zupełnie obca i nigdy nie miałam takich problemów.

***


S03E08 – The Big Time
Charlotte dalej jest z tym facetem, którego ostatnio poznała. Jest lekarzem z bogatej rodziny, więc świetnie im się układa. Jedyny problem jest taki, że Trey, bo tak się facet nazywa, chciałby, żeby uprawiali seks, a Charlotte chce, żeby sprawy rozwijały się powoli, bo widzi go jako przyszłego męża i nie chce niczego zniszczyć, za szybko decydując się na współżycie. Do tego dzieli się z Carrie jakąś dziwaczną teorią, którą gdzieś wyczytała, że jak nie uprawia się seksu przez rok, to odzyskuje się dziewictwo. Chyba miałoby chodzić o ponowne zawężenie błony śluzowej w pochwie. „Isn’t it great? You can erase your sexual past and start again”. O, matko, to już lepiej sobie strzel hymenoplastykę, jak ci tak zależy, żeby sobie pokrwawić. No ale wiem, tu chodzi o proces psychologiczny – co tak naprawdę jest jeszcze gorsze. Sposób myślenia Charlotte, według której dla swojego jedynego musi wyzbyć się wspomnień poprzednich doświadczeń seksualnych, posyła mi przed oczy retrospekcje z najczarniejszych godzin lekcji religii w szkole. I tak jak nie widzę nic złego w chęci zbudowania najpierw więzi emocjonalnej, a potem seksualnej (no i nie oszukujmy się, może dwa tygodnie randkowania bez seksu to długo jak na standardy „Seksu w wielkim mieście”, ale w realnym świecie jest to coś częstego i normalnego), tak cały model myślenia, że w ten sposób zepsuje związek z kimś, w kim widzi przyszłego męża, podczas gdy z poprzednimi chłopakami szybciej szła do łóżka, również mi się nie podoba. Jest to może nie bardzo nachalne, ale jednak promowanie konceptu, że facet straci do ciebie szacunek, jak za szybko się z nim prześpisz.
I już nawet nie wchodzę w temat postrzegania błony śluzowej w pochwie jako jakiegokolwiek wyznacznika dziewictwa, żeby się nie denerwować.
Charlotte w ogóle jest gwiazdą dzisiejszego odcinka, dwie sceny później widzimy, jak z przerażeniem odskakuje od gazety, w której zobaczyła reklamę kulek waginalnych, po czym pyta Mirandę, co to są mięśnie Kegla.
Potem Charlotte, Trey i Carrie idą na imprezę na łodzi organizowaną przez gazetę, której Carrie nie czyta, ale ma nadzieję, że spotka jakichś celebrytów. Na imprezie Trey i Charlotte opowiadają Carrie, jak się poznali. Carrie to strasznie nudzi, bo robią to w kółko. Ja zwróciłam szczególną uwagę na to, ile razy Trey podkreślił, że jechał akurat pozbyć się nietrafionego prezentu od matki i jakie okropne prezenty ogólnie daje mu matka. To nie brzmi jak coś, co mówi miła osoba.
Na tej imprezie Carrie spotyka Biga, który miał nadzieję, że ją tu zobaczy. Carrie od niego ucieka, ale on za nią idzie. Wymieniają kilka zdań, po czym Carrie znowu ucieka.
Trey daje Charlotte drogi zegarek, więc bohaterka stwierdza, że jest zakochana. Na zegarku jest grawerunek dotyczący ich spotkania się, w ogóle cały czas gadają o tym pierwszym spotkaniu i że to musiało być przeznaczenie. W tym momencie mam bardzo mocne przeczucie, że Trey okaże się być do niczego i w ten sposób serial powie nam, że takie magiczne spotkania w prawdziwym życiu nic nie znaczą i nie ma co upierać się, że ktoś jest nam przeznaczony. Przy czym Charlotte też jest do niczego, więc w sumie byliby siebie warci, więc czemu nie, może i są sobie przeznaczeni.
Miranda mówi Charlotte, że nie są w sobie zakochani, tylko trafili na siebie w odpowiednim momencie. Według niej Trey po prostu szukał teraz kogoś, z kim może się ustatkować, a trafiła mu się Charlotte, która zawsze szuka kogoś do ustatkowania się. Jej podejście wynika stąd, że Steve ostatnio zapytał ją, czy nie chce mieć z nim dziecka, chociaż mieszkają razem dopiero od dwóch miesięcy.
To, co mówi Miranda, daje Carrie pomysł, żeby napisać artykuł o koordynacji czasowej i jej znaczeniu w związkach i życiu. Rozważa w nim głównie to, że zawsze się wszędzie spóźnia i między innymi przez to wpada na Biga.
Między tym wszystkim mamy wątek Samanthy, której spóźnia się okres, przez co myśli, że ma menopauzę. Jest jej smutno i przesypia się ze starszym sąsiadem, którego wcześniej zbywała. Podczas stosunku pojawia się miesiączka i Samantha znowu czuje, że żyje.
Miranda chce jeszcze raz porozmawiać ze Stevem o dziecku, ale on jej nie słucha, bo w telewizji jest Scooby Doo. Wtedy Miranda stwierdza, że Steve jest zbyt dziecinny na dziecko (no, nie chodzi tylko o to, też nie gasi światła po wyjściu z pokoju, nie używa podkładek pod kubki i raz w restauracji pobrudził się makaronem). Do tego ma teraz dużo pracy, bo chce awansować, więc nie ma czasu na ciążę. Z drugiej strony jednak zastanawia się, czy nie sabotuje samej siebie, bo mogłaby być szczęśliwa, mając dziecko ze Stevem. Decydują się zaadoptować szczeniaka w ramach testu. Niedługo potem Miranda ma dość tego, że tylko ona zajmuje się psem i zrywa ze Stevem (który zabiera szczeniaka ze sobą), po czym kolejnego dnia dostaje wyczekany awans.
Wątek Charlotte kończy się tak, że Trey mówi jej, że ją kocha, więc Charlotte wykonuje z nim akt seksualny określany przez Amerykanów często jako zaliczenie trzeciej bazy.
Big nagrywa się Carrie na skrzynkę, ale ta nie chce słuchać wiadomości. Zaraz potem przychodzi do jej mieszkania i mówi, że nie wie, czego chce. Carrie go wyprasza, po czym odsłuchuje wiadomość. Big mówił w niej o tym, że tęskni za nią i nie może przestać o niej myśleć. Carrie stwierdza, że właśnie to chciała usłyszeć, ale rok temu. Tak kończy się odcinek.
Temat zgrania się czasowego w związkach jest w porządku i nie jest źle zrealizowany. Jest coś prawdziwego w problemach wszystkich bohaterek w tym odcinku, nawet jeżeli nie zgadzam się z rozumowaniem Charlotte na żadnym poziomie. Samantha zapewne przesadnie przeżywa perspektywę pojawienia się menopauzy, ale przecież nie tyle chodzi o biologiczny proces, co o pogodzenie się z przemijaniem. Miranda jest zestresowana i widać, że częściowo dlatego jest coraz bardziej zdenerwowana na Steve’a, ale to nie zmienia tego, że jej ostateczna ocena sytuacji jest trzeźwa i trudno się dziwić, że nie chce mieć dziecka z facetem, którego nie widzi jako partnera, na którym może polegać, no i też nie jest tak, że to zerwanie przychodzi jej łatwo. Carrie czuje się rozdarta, bo z jednej strony ma chłopaka, który niby jest idealny, z drugiej jej były wydaje się traktować ją tak, jak chciała być traktowana, kiedy jeszcze byli razem. Mnie osobiście w ogóle nie imponuje przyjechanie pod dom byłej w środku nocy bez zaproszenia, ale cóż, Carrie widać tak. Jak chodzi o Charlotte, to peron jej odjechał gdzieś daleko, ale rozumiem to, że tyle czasu szukała kogoś, kto będzie chciał związać się z nią na stałe, że teraz panikuje i stara się, żeby wszystko na pewno było idealnie, bo mu się odwidzi. Prowadzi to do tego, że przymyka oko na cechy wybranka, które niezbyt dobrze o nim świadczą (wzgarda dla prezentu od matki, prawdopodobna próba kupienia jej uczuć bransoletką, kto wie, czy nie wyznanie miłości, żeby dokonać manipulacji). I żeby nie było, że nagle jestem taka łaskawa dla Charlotte – jest jasne, że leci na niego w dużym stopniu dlatego, że jest bogatym lekarzem. Cały ten wątek mocniej by wybrzmiał, gdybyśmy jeszcze w tym odcinku otrzymali jakieś dramatyczne zerwanie tych dwojga, bo póki co mam wrażenie, że widzę sam prolog, ale właśnie – ta historia po prostu nie jest jeszcze zakończona.
Jest to jeden z lepiej ocenianych przeze mnie odcinków. Czy to znaczy, że mogłabym go komuś polecić? Nie rozpędzajmy się, wciąż nie poleciłabym nikomu wysłuchiwania poglądów Charlotte na temat dziewictwa. Znaczy to mniej więcej tyle, że ostatnio poziom był tak niski, że tego rodzaju średniak wypada całkiem nieźle.
Czekam na wasze opinie na temat tego odcinka. Może oceniacie go gorzej niż ja? Albo widzicie temat jako wydumany?

***


S03E09 – Easy Come, Easy Go
Od samego początku odcinek robi wszystko, żebym umarła z żenady. Carrie pomaga Aidanowi na jego stoisku na jakichś hipsterskich targach mebli i musimy obserwować, jak wymieniają się bardzo nieśmiesznymi żartami, które chyba miały być flirciarskie. Aidan idzie po kawę i zostawia Carrie samą na straży stoiska. Właśnie wtedy pojawiają się Big i Natasha, więc Carrie dosłownie chowa się pod stołem. Big i tak ją dostrzega, jesteśmy więc świadkami bardzo niezręcznej interakcji. Wtedy Aidan wraca z kawą i zgadnijcie co, Carrie wylewa ją przypadkiem na krocze Biga. Musimy patrzeć, jak chce mu pomóc się wytrzeć, ale Natasha ją odgania i sama mu pomaga. Nie wiem, kto chciał oglądać tę scenę, ale na pewno nie ja. Na szczęście zaraz potem Big i Natasha sobie idą i już miałam nadzieję, że wątek się skończy, ale widzimy kolejny dzień targów, na którym pojawia się Big, tym razem pijany, więc teraz to on jest głównych źródłem żenujących tekstów. I odstawia mokrą szklankę bez podkładki na stół Aidana. Jest to oczywiście głęboko symboliczne. Następnie ma z Carrie równie głęboką rozmowę, w której kolor beżowy oznacza tak naprawdę Natashę – Big myślał, że będzie mu pasować do mieszkania, ale nie pasuje. Zaprasza też Carrie na papierosa, ale ona rzuciała – to znowu ma głęboki sens, bo kiedyś palili razem, ale to było złe dla zdrowia Carrie. W końcu Big mówi Carrie, że rozchodzi się z Natashą. Mówi jej to przez tubkę skręconą z katalogu meblowego, żeby mnie dobić. Carrie zupełnie poważnie odpowiada mu, że jej to nie obchodzi, i sobie idzie.
Przy spotkaniu z koleżankami przedstawiony zostaje koncept wygrywania rozstania – wygrywa ten, komu powodzi się lepiej niż byłemu partnerowi. Carrie zostaje uznana za zwyciężczynię, tak samo czuje się Miranda, która właśnie pomaga Steve’owi znaleźć nowe mieszkanie, a wszystkie, na które stać Steve’a, to zapadłe dziury. (Z tego też powodu mu pomaga, jest jej go szkoda i chce mu znaleźć coś lepszego).
Carrie pisze artykuł, zaczynając od stwierdzenia, że istnieje popularne przekonanie, że kobiety używają lewej, emocjonalnej, półkuli mózgu, a faceci prawej, logicznej. Dalej wygłasza szokujące stwierdzenie, że może nie zawsze tak jest i w każdym z nas toczy się bitwa między tym, co wiemy i tym, co czujemy. Głównym tematem artykułu okazuje się być rozważanie, czy w związku trzeba kierować się sercem, czy głową. Można było pominąć zupełnie odniesienie do tego bzdurnego mitu, ale niestety nie zrobiono tego.
Tymczasem Samantha spotyka się z facetem, którego sperma dziwnie smakuje (jak szparagi i płyn do dezynfekcji). Gdy mówi o tym przyjaciółkom, w jednym momencie Charlotte ucieka z restauracji. Reszta zostaje i radzie jej po prostu nie uprawiać z tym facetem seksu oralnego, na co Samantha sama nie wpadała. Do tego mamy jakiś komentarz społeczny, że gdyby śluz tak źle smakował, to faceci w życiu nie robiliby minet.
Miranda słyszy na automatycznej sekretarce wiadomość od jakiejś kobiety, która chce wyjść na randkę ze Stevem. Miranda czuje się zraniona nie tylko ze względu na to, że jej były umawia się z kimś innym, ale też dlatego, że to jej uzmysławia, że trzydziestoczteroletni samotny facet bez pieniędzy i mieszkania jest rozchwytywany, a trzydziestoczteroletnia samotna kobieta z pieniędzmi i mieszkaniem widziana jest jako ktoś, kto odniósł porażkę.
Potem wracamy do wątku Mirandy już tylko po to, żeby pokazać, jak gdy widzi, że Steve nie wrócił na noc do domu, pewnie dlatego, że jest z kobietą, która do niego dzwoniła, zaczyna akceptować, że ten związek naprawdę się skończył.
Carrie też ma wiadomość na sekretarce. Od Biga, który chce z nią pogadać. Niestety wracamy do wątku dwóch półkul, prawa każe jej usunąć nagranie, ale lewa nie słucha. W końcu gadają przez telefon i Big mówi jej, że w sumie to jednak się nie rozwiedzie, bo za dużo by go to kosztowało. Bogowie, jaki ten facet jest beznadziejny.
Charlotte spotyka matkę Treya i zauważa, że ma ona taką specjalną technikę manipulacji swoim synem, która pozwala jej przekonać go do wszystkiego. Dotyka jego ręki i mówi coś powoli, a wtedy nagle Trey zmienia zdanie. Gdy później widzimy ich na randce, Charlotte już nauczyła się używania tej metody i nie ma żadnych oporów przed jej stosowaniem. Za jej pomocą przekonuje go, że powinni wziąć ślub, chociaż znają się od trzech tygodni. Co ją najbardziej niepokoi w tej sytuacji? Otóż to, że wychodzi na to, że to ona się jemu oświadczyła, a nie on jej, tak jak patriarchat przykazał. Nie było nawet klękania ani pierścionka, co ona powie dzieciom?
Potem na szczęście Trey oferuje, że kupi jej drogi pierścionek i Charlotte wymyśla historię, że oświadczył się przed sklepem jubilerskim. Honor uratowany!
Aidan zauważa usterki w mieszkaniu Carrie, których ona nigdy nie naprawiła, bo wydaje wszystkie pieniądze na buty. Oferuje, że samodzielnie i za darmo zrobi jej remont. No i robi ten remont, ale Carrie zaraz do niego leci, bo powiedział jej, że nie będzie jej przeszkadzać, a jej przeszkadza, jest hałas i nie może się skupić na pisaniu. On chce dać jej klucze do swojego mieszkania, żeby pisała tam, ale tam będzie jej przeszkadzał pies, więc odpada. W końcu idzie do jakiegoś hotelu. Serio, nie wiem, co to za problem, przecież może iść do kawiarni albo do zupełnie cichej i darmowej dowolnej czytelni bibliotecznej. Aidan czuje się winny i oferuje, że zapłaci za hotel, ale Carrie nie chce pieniędzy.
Samantha poszukała informacji na temat potraw, które sprawią, że sperma będzie lepiej smakować i zabiera swojego fagasa na kolację. Niestety sperma dalej smakuje okropnie. Na następnej randce nie chce robić mu loda i w końcu wyznaje, że nie pasuje jej smak. Ten mówi, że to głupia wymówka i żeby nie przesadzała, przecież to łatwe. Wtedy Samantha wygłasza przemowę o tym, że kocha robić loda, ale to trudna i niedoceniana sztuka. Ostatecznie proponuje mu, że przejdzie nad smakiem jego spermy do porządku dziennego, jeśli on sam jej spróbuje. Ten odmawia, bo to gejowskie. Samantha mówi, że nie, nie jest. W końcu on podejmuje wyzwanie, bo Samantha świetnie robi loda.
W hotelu Carrie pojawia się Big. Carrie gada z nim przez chwilę i ucieka do pokoju, ale on ją goni. Wbiega za nią do windy, gdzie molestuje ją seksualnie i mówi, że ją kocha. Następnie idą do jej pokoju i uprawiają seks, a po nim palą papierosy.
Najmniej zły był wątek Mirandy, był też najmniej żenujący. Po prostu widzimy, jak rusza dalej i akceptuje zmianę, a i w obserwacji na temat powodzenia na rynku randkowym kobiet i mężczyzn po trzydziestce może coś było.
Wątek Samanthy był absolutnie zbędny i mam ogromne poczucie, że pojawił się tu tylko po to, żeby zszokować widzów rozmowami o smaku spermy. Wnioskuję to nie tylko po reakcji Charlotte, ale też reszty kobiet, które były poruszone taką otwartością przyjaciółki, a mówimy tu o Samancie. Może trochę ciekawszym aspektem wątku był temat podejścia mężczyzn do seksu oralnego, ale serial niezbyt dobrze z tego wybrnął. Koniec końców przedstawiono to próbowanie własnej spermy jako wielkie poświęcenie dla obciągnięcia, a homofobiczne podejście faceta Samanthy pozostało w zasadzie bez komentarza. Nie mówię tu o tym, czy chciał próbować spermy, czy nie, ale o obrzydzeniu, jakie czuje do aktów seksualnych, które typowo wykonują geje (i kobiety).
Carrie zachowywała się głupio i nie mówię tu tylko o zdradzie, ale też wkurzaniu się na faceta za to, że robi jej darmowy remont i o płaceniu za drogi hotel zamiast pójść do czytelni. O dziwo tym razem można to jakoś uzasadnić, bo cały odcinek jest o niesłuchaniu racjonalnej części mózgu (przy czym nie podoba mi się założenie, że kierowanie się emocjami musi oznaczać głupotę). Motyw półkul należało wyciąć i spalić. Już nie mówię o tym, że nawet przedstawienie tego mitu skopano, bo to prawą półkulę wiąże się z emocjami, jeśli już. No i ten mit w ogóle dotyczy raczej rozróżnienia na praworęcznych i leworęcznych. Więc ostatecznie nie dość, że wzięto dawno obalony mit, to jeszcze wszystko w nim pomylono i przemieszano z przypadkowymi seksistowskimi stereotypami.
A Big po tym, jak rzucił się do macania i całowania kobiety, która wielokrotnie jasno powiedziała mu, żeby przestał, jest dla mnie skreślony na zawsze. No i cała ta scena jest okropna w swoim przekazie – kobieta odmawia, ale on nie przestaje, więc z czasem zaczyna jej się podobać. A potem ludzie, którzy oglądają takie rzeczy, myślą, że gdy kobieta mówi nie, to ma na myśli tak.
Okropny był również wątek Charlotte. Kobieta perfidnie zmanipulowała faceta, a potem narzekała, że oświadczyny było za mało romantyczne. Myślałam, że ona już mnie niczym nie zaskoczy, ale to jest pukanie w dno od spodu.
Myślę, że odcinek wchodzi do mojego top 5 najgorszych odcinków. Koniecznie w komentarzach powiedzcie mi, co myślicie i czy według was też było to tak złe.

***


S03E10 – All or Nothing
Kolejny nielitościwie długi odcinek. Można by pomyśleć, że rozciągają te odcinki do pół godziny, kiedy mają za dużo akcji do upchnięcia w jednym odcinku, ale nie, przez pierwsze dziesięć minut w zasadzie nic się nie dzieje. Motywem przewodnim jest rozważanie, czy można mieć wszystko – świetnego faceta, świetną pracę i świetne mieszkanie. Na samym początku Samantha urządzą imprezę, na cześć tego, że są właśnie czterema kobietami, które mają wszystko. Potem widzimy, że nie do końca jest tak różowo.
Carrie niby na świetnego faceta, ale go zdradziła, przesypiając się z Bigiem tydzień wcześniej, teraz ma wyrzuty sumienia. Z tej okazji musimy trzy razy zobaczyć ten sam montaż współżycia jej i Biga. Potem Aidan wyjeżdża i widzimy, jak znudzona Carrie segreguje buty i rozmraża lodówkę, a potem pisze artykuł o tym, że współczesne kobiety od dzieciństwa są przekonywane, że mogą być kimkolwiek zechcą i mają tak dużo wyborów, że nie potrafią nic wybrać i nie wiadomo, czy jeszcze mogą mieć wszystko. Jest to jeden z najbardziej mizogińskich artykułów jej autorstwa, jakie pamiętam, bo po pierwsze przedstawia możliwość kobiet do decydowania o własnym losie jako coś złego, po drugie mówi, że współczesne kobiety naprawdę mogą dokonać wszystkich możliwych wyborów, co jest iluzją, a po trzecie powiela stereotyp o tym, że kobiety są niezdecydowane. Do tego snucie takich uogólnień na temat miliardów mieszkańców tej planety to wyjątkowo głupi sposób radzenia sobie z wyrzutami po zdradzeniu chłopaka z byłym. Po napisaniu artykułu zresztą przesypia się z Bigiem jeszcze raz.
Charlotte ma inny problem, otóż Trey dał jej do podpisania intercyzę. Sam ten fakt jest oczywiście dramatyczny, ale na dodatek gdy dała ją do przejrzenia Mirandzie, okazało się, że Trey planuje zapisać jej sumę zależną od tego, ilu synów mu urodzi. Charlotte została wyceniona na pięćset tysięcy plus sto tysięcy za każdego syna. Bohaterka jest oburzona, że Trey rozumuje w taki sposób i mówi, że nie wie, czy może za niego wyjść.
Samantha się rozchorowała i spadł jej karnisz. Teraz dzwoni do facetów, których przeruchała, z prośbą, żeby któryś jej ten karnisz przykręcił, ale wszyscy ją olewają.
Miranda nawiązuje romantyczną relację za współpracownikiem, niestety po randce nie maja czasu na seks, bo on musi zdążyć na samolot. Następnego dnia robią sobie randkę telefoniczną. Po dwóch godzinach miłej rozmowy zaczynają uprawiać seks przez telefon. Kolejną taką sesję przerywa Charlotte, dzwoniąc z informacją, że matka Treya nie zgadza się na negocjowanie warunków intercyzy. Za którymś razem wychodzi na jaw, że kochanek Mirandy uprawia telefoniczny seks z kilkoma osobami naraz, Miranda zrywa z nim z tego powodu i tak kończy się wątek.
Aidan wraca z wyjazdu i mówi Carrie, że ją kocha. Nie powiem, dramatycznie jest to całkiem nieźle zaplanowane, nie wyobrażam sobie momentu, w którym mogłoby mieć to mocniejszy efekt. Carrie mówi, że też go kocha, a gdy kolejny raz ją widzimy, zajmuje się chorą Samanthą.
Samantha wylewa łzy nad karniszem, bo żaden były kochanek nie chce przyjechać do jej mieszkania i dokonać naprawy. Na nieszczęście mieszkanie jest jej własne, więc nie może zwrócić się po pomoc do właściciela, no naprawdę, katastrofa, jakiej świat nie widział. Samantha leży i płacze, bo gdyby miała męża, to by jej to naprawił. Mówi też, że mieszkanie i sukcesy bez mężczyzny nie mają najmniejszego znaczenia. Tę zmianę w podejściu Samanthy Carrie tłumaczy nam w narracji deprywacją snu. (Potem sama Samantha to potwierdza). Do tego mamy jeszcze tyradę na temat tego, że są na świecie dwa typy facetów – ci od ruchania i ci od randkowania. Ci od ruchania nie są nic warci. To na podstawie tego, że żaden były kochanek nie rzucił wszystkiego, żeby jej przykręcić karnisz? No nie wiem, mnie się wydaje, że to po prostu za mało zobowiązująca znajomość, żeby wymagać czegoś takiego.
Tak na marginesie, czy ktoś mi może wyjaśnić, jaki wrodzony talent niedostępny kobietom mają mężczyźni, że wszyscy od tak potrafią naprawić karnisz? Jeśli już, to poradziłabym poproszenie Aidana o pomoc, bo ten facet zawodowo zajmuje się takimi sprawami, ale na to nikt nie wpadł. Nie mówiąc o tym, że na pewno można zamówić sobie do mieszkania majstra. No i tak szczerze to pewnie koleżanki mogłyby stanąć na stole i złapać za śrubokręt.
Jeżeli wydawało wam się, że największy problem, jaki Charlotte ma z warunkami intercyzy, to płacenie jej za rodzenie synów, to jesteście w błędzie. Gdy nasza bohaterka na przyjęciu zaręczynowym odważa się na negocjacje z matką Treya, zmienia pięćset tysięcy na milion, bo czuła, że tyle jest warta, a o synach nic nie mówi. Małżeństwo uratowane. Okazuje się, że to była ta najbardziej oburzająca z treści intercyzy.
Po przyjęciu zaręczynowym nasze bohaterki stwierdzają, że nie mają już wszystkiego, bo nie mają już Charlotte. No bo wiadomo, z dniem ślubu człowiek zrywa wszystkie przyjaźnie.
Carrie wyprowadza psa Aidana, żeby spotkać się z Bigiem pod domem. Ten chce zostawić dla niej żonę. Ona się na to nie zgadza i zaczynają się kłócić, a w tym czasie pies Aidana ucieka. Zaczynają go gonić i prawie wpadają pod taksówkę. Potem widzimy, że Carrie szukała psa długie godziny, aż w końcu się poddała i przemoczona (bo po oczywiście po drodze musiał spaść na nią deszcz) wróciła do mieszkania, aby zobaczyć, że pies jest już na miejscu. Aidan zaczyna rozmowę na temat dziwnego zachowania Carrie, ale okazuje się, że poczuł od niej zapach papierosów, które, jak wiemy z poprzednich odcinków, rzuciła, żeby z nim być, ale paliła przy Bigu. Carrie przyznaje, że tak, znowu pali, ale stara się rzucić i tak kończy się odcinek.
Całe założenie odcinka jest bzdurne. Dlaczego „mieć wszystko” znaczy tyle, co „mieć faceta/seks, dobrą pracę i mieszkanie”? Jestem pewna, że dla wielu oznaczałoby to coś zupełnie innego.
Jedyny realny problem Samanthy w tym odcinku to fizyczna choroba. Nikt mi nie wmówi, że czyimś nieszczęściem jest własnościowe mieszkanie w centrum Nowego Jorku, w którym trzeba dokręcić karnisz. Co mi się podobało w tym wątku, to przedstawienie uznawania męża za coś, bez czego kobieta nie może być spełniona, jako bzdur wygadywanych na deprywacji snu. Poza tym wątek zmierzał donikąd.
Charlotte dalej zachowuje się jak Charlotte. Kocha swoje miejsce w patriarchacie tak długo, jak jej pozycja jest na tyle uprzywilejowana, żeby nie musiała się przejmować narzucanymi przez niego ograniczeniami. Osobiście zupełnie nie zgadzam się z jej postawą i chciałabym zobaczyć w odcinku jakąś jej krytykę (Samancienie nie podoba się Trey, Miranda mówi, że milion to wciąż za mało, ale kwestia synów nie wraca), ale mogę przynajmniej oddać im to, że prowadzą tę postać spójnie. Do tego fakt, że umowa była negocjowana z matką Treya, podczas gdy narzeczony nie miał nic do gadania lekko mnie niepokoi.
Wątek Mirandy był zupełnie po nic. Rozumiem, że jeszcze nie mieliśmy w tym serialu telefonicznego seksu, więc to była kwestia czasu, aż zobaczymy coś takiego, ale to naprawdę niczego nie wniosło. Ani nawet nie miało związku z tematem odcinka.
Carrie nigdy nie zasługiwała, nie zasługuje i nigdy nie będzie zasługiwać na Aidana. Naprawdę życzę mu, żeby szybko zorientował się, że jest oszukiwany, zerwał z Carrie i znalazł sobie jakąś lepszą dziewczynę. Natashy też życzę lepszego chłopaka. Big i Carrie są siebie warci, niech się ze sobą męczą.
Jak zawsze jestem bardzo ciekawa waszych opinii, niezależnie od tego, czy oglądacie serial ze mną, czy nie. Do tego w tym odcinku mieliśmy wyjątkowo dużo koszmarnych strojów, wstawię je w komentarzach. Głosujcie lajkami na najgorszą kreację odcinka.

***


S03E11 – Running with Scissors
Carrie kontynuuje zdradzanie Aidana z Bigiem i z jednej strony świetnie się bawi, z drugiej wie, że źle robi, i chce to przerwać. Spotykają się w jakimś hotelu, który nie podoba się BIgowi, ale Carrie nie zgadza się na inny, bo w tej części miasta nikt ich nie zna, a jej (w przeciwieństwie do Biga) zależy, żeby nikt się nie dowiedział. Big chce powiedzieć Natashy, jest też zazdrosny od Aidana. Carrie zastanawia się, czy powinna mu zaufać, że teraz naprawdę chce z nią być, bo może przypadkiem po prostu jara go, że jest niedostępna. Gdy zwierza się ze swojej sytuacji Mirandzie, ta stwierdza, że tak właśnie jest – nie może z nią być, więc nagle chce, dlatego radzi jej przestać z nim sypiać.
Samantha spotyka człowieka, którego Carrie określa w narracji jako jej męską wersję, bo ma dobrą pracę i jest aktywny seksualnie. Nie za bardzo to rozumiem, bo na samym początku serialu była mowa o tym, że Samantha jest kobietą, która uprawia seks jak mężczyzna, więc teraz stworzenie postaci będącej jej męskim odpowiednikiem podważa konceptualnie sens Samanthy jako postaci, która obnażała podwójne standardy widzów, zachowując się w sposób akceptowalny u mężczyzny, a postrzegany negatywnie u kobiety tylko dlatego, że jest kobietą. W każdym razie już mają uprawiać ze sobą seks na huśtawce do ruchania, gdy on pyta Samanthę, kiedy ostatnio badała się pod kątem HIV i stwierdza, że jest niepoważna, gdy na jaw wychodzi, że nie robiła tego nigdy.
Temat zostaje omówiony z koleżankami. Carrie i Miranda mają za sobą badania, Charlotte oczywiście nie i nawet nie chce słyszeć nic na temat AIDS w czasie, gdy wybiera suknię ślubną. Nie bardzo wiem, jak ona jest w stanie się przyjaźnić z resztą bohaterek, kiedy na jakąś połowę ich stałych tematów rozmów reaguje niczym dziewiętnastowieczna przyzwoitka. Naprawdę, po co ona z nimi rozmawia, jak nie chce ich słuchać? W każdym razie Samantha przyznaje, że nie badała się nigdy ze strachu. Zgadzam się z jej niedoszłym kochankiem i uważam to za niepoważne, biorąc pod uwagę, jak bujne życie seksualne prowadzi. Później oczywiście widzimy, jak udaje się na badania i okazuje się, że nie jest nosicielką HIV. Przy okazji mdleje ze strachu, ale było warto, bo teraz seksowny facet przerucha ją na huśtawce.
Charlotte tymczasem wybiera suknię ślubną, w czym nie chcą jej pomagać koleżanki, bo je to męczy i nudzi. Jeszcze raz, dlaczego one trzy się przyjaźnią z Charlotte? To są dwa światy, które nie chcą się spotkać. Samantha poleca jej wynajęcie stylisty, Charlotte tak też czyni i zyskuje nowego kolegę geja.
Przechodzimy do wątku Mirandy, omówię go na końcu, bo aż się denerwuje, jak zaczynam o nim myśleć, a przed nami jeszcze kilka innych spraw.
Carrie zainspirowana rozmową z Samantha pisze artykuł o tym, czy seks w ogóle może być bezpieczny, bo jedno to fizyczne zabezpieczenie przed chorobami, a drugie niebezpieczeństwo emocjonalne. Jak dla mnie brzmi to jak straszne lanie wody, bo termin oddania artykułu goni. Widzimy też, że Carrie zaczyna w Aidanie przeszkadzać coraz więcej małych rzeczy, które wcześniej się jej podobały. Chyba zbliżamy się coraz bliżej do wyczekiwanego przeze mnie rozstania tej pary.
Podczas jednego z kolejnych spotkań z Bigiem japoński biznesmen bierze Carrie za pracownicę seksualną, ale śmiesznie, po czym przypadkowo Charlotte natyka się na parę, co prowadzi oczywiście do wykładu moralnego w jej wykonaniu. W międzyczasie pod Samanthą zarywa się huśtawka i trudno się dziwić, bo był ten wynalazek zamontowany na jednym wkręcie w suficie.
Carrie cały czas się miota. Nie wie, na czym stoi i czego chce. I chce, i nie chce, żeby Big powiedział żonie o romansie, i chce, i nie chce zerwać z Aidanem. Los stawia ją więc w wyjątkowo niekomfortowej sytuacji, gdy Natasha wraca wcześniej z wyjazdu i zastaje naszą bohaterkę w swoim domu, rozebraną i próbującą uciekać. Natasha ją goni (mówiąc, że wiedziała o romansie i chce porozmawiać), po drodze jednak wywraca się i wybija sobie ząb, więc Carrie pomaga jej i wsiada z nią w taksówkę do szpitala. W narracji mówi nam, że myślała, że to ona będzie ofiarą tego wszystkiego, a tu nie. Naprawdę, Carrie? Naprawdę myślałaś, że ty tu jesteś największą ofiarą? Naprawdę? Tak skrajnego egocentryzmu nie podejrzewałam nawet u niej. W szpitalu zjawia się Big i Carrie go rzuca, po czym wraca do domu i okłamuje Aidana, mówiąc mu, że była w muzeum.
To koniec odcinka.
No tak, muszę coś powiedzieć jeszcze o wątku Mirandy, bo obraz będzie niepełny. Święci i święte pańskie, jakie to było złe. Otóż regularnie zaczepia ją na ulicy naganiacz w kostiumie kanapki i rzuca do niej dwuznacznym tekstem „eat me”. Miranda jest coraz bardziej poirytowana i zgłasza proceder szefowi knajpy, ten jednak odmawia spojrzenia na sprawę jako na uliczne molestowanie. Gdy Miranda wychodzi z budynku i człowiek-kanapka dalej ją zaczepia, nagle bohaterka stwierdza, że ją to podnieca i spędza kolejny tydzień, fantazjując o seksie z kanapką. Ach tak, te wszystkie kobiety, które fantazjują o facetach, którzy rzucają w ich stronę dwuznaczne teksty na ulicy. Już raz w tym serialu dostaliśmy dobrą scenę, kiedy Miranda usadziła takiego palanta, dlaczego nagle zachowuje się zupełnie inaczej?
Gdy ponownie się widzą, Miranda nakłania go, żeby pokazał jej twarz, którą normalnie zakrywa kostium. Facet wygląda zupełnie w porządku, ale Miranda odpuszcza, bo jak widać jarała ją tajemnica. Carrie w narracji mówi nam, że to dlatego, że nie mieli ze sobą nic wspólnego, bo ona jest prawniczką, a on kanapką.
No ja bym powiedziała, że nie mieli ze sobą nic wspólnego, bo Miranda jest jakąś normalną osobą, a kanapka rzuca dwuznacznymi tekstami do obcych kobiet na ulicy, ale nie, lepiej powołać się na różnice klasowe. Jeszcze kilka odcinków temu widzieliśmy, jak dosłownie ta sama bohaterka zmagała się z problemami w związku, bo ona była prawniczką, a jej partner barmanem, więc tym bardziej nie uważam, żeby coś ten serial usprawiedliwiało w kwestii traktowania człowieka z mało prestiżowym zawodem jako gorszego.
Powiedziałabym, że była w tym odcinku jakiś dobra lekcja dla nas wszystkich, bo Samantha nauczyła nas pokonywać własne słabości, ale nie bardzo, bo na koniec została pokarana. Mamy więc w tym odcinku jeden prawie dobry morał. Czy żart, że seks jednak nie był bezpieczny, był tego wart? No nie wiem.
Charlotte wypadła w miarę okej, w ostatniej scenie, w której ją widzimy, wygarnia Carrie, że myśli tylko o sobie, z czym się zgadzam. Emocjonalnie też ta scena robi na mnie większe wrażenie niż wszystkie rozterki Carrie, bo Charlotte sama przygotowuje się do ślubu i czuje się zraniona, że dla jej przyjaciółki małżeństwo Natashy nic nie znaczy.
Carrie jest okropną osobą i zasługuje na wszystkie swoje wielkie cierpienia. Powtarzam: ona i Big są siebie warci, powinni przestać wchodzić w związki z innymi osobami i kisić się w swoich toksynach, żeby nikomu więcej nie zatruwać życia. Niewinna kobieta straciła ząb, ile jeszcze będą nas kosztować ich swawole?
Carrie cały czas szuka sposobu na takie wyjście z sytuacji, żeby nikogo nie zranić, ale dobrze wiemy, że dba tylko o siebie. Jedyna zaleta tej bohaterki to ładna fryzura.
Dajcie mi znać, co myślicie o odcinku i czy was poruszyły problemy Carrie. Może wiecie, co oprócz scenariusza może spajać przyjaźń taką jak między Charlotte i resztą bohaterek?

***


S03E12 – Don’t Ask, Don’t Tell
Przed nami odcinek o szczerości, w którym Carrie zastanawia się, czy bycie szczerym względem partnera działa na korzyść związku, czy jest samolubnym działaniem, które pozwala sobie oczyścić sumienie, ale rani drugą osobę. Taką teorię przedstawia nam Carrie jako uzasadnienie, dlaczego nie powinna mówić Aidanowi, że go zdradzała z BIgiem. Swoją tezę o szkodliwości szczerości Carrie dodatkowo argumentuje, przedstawiając przykład ze szkoły, kiedy ona i koleżanki ściągały na sprawdzianie. Koleżanki się przyznały i obniżono im ocenę, a Carrie nic nie powiedziała i nie miało to znaczenia. Mogłabym długo wyjaśniać, dlaczego ten przykład niczego nie udowadnia, ale zamiast tego wyzłośliwię się: może gdybyś uważała w szkole na tyle, żeby nie musieć ściągać, Carrie, pisałabyś chociaż trochę lepsze artykuły.
Tymczasem Charlotte i Trey biorą ślub. Trey sprowadza rodzinę ze Szkocji, a trzy przyjaciółki Charlotte mają być druhnami, co nie podoba się żadnej z nich. Nie podobają im się sukienki, ale głównie to, że w ogóle muszą się pojawiać na ślubie jako druhny. No nie wiem, na miejscu Charlotte byłoby mi chyba przykro, ale nie wiem też, dlaczego każe Samancie przyjść w sukience, która jej się nie podoba.
Ze względu na bycie druhną Mirandzie jest szczególnie głupio przyjść samej na wesele, więc idzie na serię randek w ciemno. Okazuje się, że wszyscy faceci (o wysokich pozycjach zawodowych) reagują znudzeniem, kiedy mówi im, że jest prawniczką po Uniwersytecie Harvarda, więc w ramach testu okłamuje jednego z nich, lekarza, i mówi mu, że jest stewardessą, co doprowadza do szybkiego rozwoju znajomości i dobrego seksu. Jakbyście nie zauważyli, jest to komentarz społeczny na temat tego, że mężczyźni boją się kobiet rozwijających kariery w prestiżowych branżach, nawet gdy sami w nich pracują.
Okazuje się, że Charlotte i Trey czekają z seksem do ślubu. Koleżanki na drinkach pytają ją o sens tego przedsięwzięcia, gdyż z poprzednimi partnerami sypiała bez ślubu. Ta odpowiada, że z Treyem jest dziewicą i to romantyczne. Widzę tu jakieś przeniesienie religijnych pomysłów na życie niereligijnej osoby, co zawsze było dla mnie fascynującym tematem, ale odcinek dłużej się nad tym nie rozwodzi, więc ja też nie będę. Przyjaciółki zadają również bardziej praktyczne pytanie: co jak Trey okaże się słaby w łóżku? Charlotte stwierdza, że na pewno tak się nie okaże.
Zaraz po tej rozmowie pijana Charlotte idzie ruchać Treya, mimo że nie wzięli jeszcze ślubu. Okazuje się, że Trey jest słaby w łóżku. Dokładnie chodzi o problem z utrzymaniem erekcji, z tego co rozumiem. Wiemy, że może i nie odbyli stosunku waginalnego, ale do innych czynności seksualnych doszło na przestrzeni poprzednich odcinków, więc to nie jest tak, że całkiem nic nie działa. Działa, ale nie do końca.
Tymczasem Samantha rucha się ze Szkotem, co stanowi pretekst do wielu żartów na temat braku bielizny pod kiltem i niezrozumiałości szkockiego akcentu dla Amerykanów.
Kiedy Miranda zacina się w palec przy krojeniu, wychodzi na jaw, że jej chłopak kłamał na temat swojej kariery i wcale nie jest lekarzem, ale bardzo chciał się przespać ze stewardessą. Miranda mogłaby w tym momencie również przyznać się do kłamstwa, ale nie robi tego i po prostu kończy znajomość. Częściowo dlatego, że w ten sposób tylko on wygląda głupio, a częściowo chyba dlatego, że nie chce mu odbierać spełnionego marzenia o seksie ze stewardessą, co współgrać ma z teorią Carrie, że szczerość w związku rani.
Już po chwili wracamy do tego motywu, bo tuż przed ślubem Carrie mówi Aidanowi, że zdradzała go z Bigiem. Sprawia mu to wielką przykrość. Mówi jej, że potrzebuje być teraz sam i nie przyjdzie na ślub. W taki oto sposób szczerość zraniła Aidana. Tak, Carrie, wszystkiemu winna szczerość, tak sobie mów. Najgorsze w tej całej sytuacji było to, że się przyznałaś.
Przechodzimy do ślubu. Miranda przyszła z kolegą gejem Carrie, dudziarze grają, Trey ma na sobie kilt, a Charlotte sukienkę za czternaście tysięcy dolarów. Tuż przed wyjściem do ołtarza, przedłużając uroczystość, Charlotte zaczyna się zwierzać Carrie z problemów łóżkowych i wyraża żal, że nie przespała się z Treyem już na pierwszej randce. Żeby ją pocieszyć, Carrie próbuje przekonać Charlotte, że może Trey po prostu masturbował się przed zbliżeniem i dlatego nie wyszło, mówi jej też, że jak nie chce, nie musi brać tego ślubu. Sukienka kosztowała jednak czternaście tysięcy dolarów, więc Charlotte bierze ślub.
Aidan w końcu się zjawia i mówi Carrie, że wolałby nie wiedzieć o romansie, tym samym udowadniając tezę Carrie z artykułu, i że nie będzie w stanie jej tego wybaczyć. Zrywają. W KOŃCU. O MATKO, ILE JA NA TO CZEKAŁAM. Na przyszłość życzę mu lepszych związków, bo go lubię i przykro mi, że w ogóle kiedykolwiek poznał Carrie.
Ostatecznie nie jest tak, że według odcinka zdrada jest czymś w porządku, tylko przyznanie się to okrucieństwo, bo widzimy, jak Carrie męczy się z wyrzutami sumienia. Moim zdaniem jednak za dużo mamy w tym odcinku usprawiedliwień dla oszukiwania partnera. Nie podoba mi się też dylemat, który postawiła przed sobą Carrie: kontynuować związek, zatajając zdradę albo kontynuować związek, przyznając się do niej. Moim zdaniem powinien on wyglądać raczej: zakończyć związek, zatajając zdradę albo kontynuować, przyznając się.
Wątek Mirandy zaczął jako komentarz społeczny, a skończył jako ilustracja tezy Carrie. Moim zdaniem zakończenie tej historii ujawnieniem chłopaka Mirandy jako kłamcy osłabia wymowę początkowej obserwacji na temat małej popularności prawniczek na scenie randkowej, która mogłaby rozwinąć się w coś ciekawszego.
Problemy łóżkowe Charlotte i Treya odbieram jako scenariuszowe przygotowanie pod kolejne odcinki. Na ten moment przekaz jest taki, żeby nie czekać do ślubu i wcześniej sprawdzić, czy w tej sferze wszystko gra. Szczerze? Nie uważam tego za jakiś zły morał.
Samantha zaruchała Szkota. Nie mam nic do dodania.
Na marginesie chciałam wspomnieć, że jako prezent ślubny Aidan przygotował polaroid i ręcznie wykonany stół. On naprawdę był hipsterem, zanim ktokolwiek był hipsterem.
Czekam na wasze opinie. Może inaczej oceniacie zdradę Carrie? I co sądzicie o jej tezie na temat szczerości?

***


S03E13 – Escape from New York
Charlotte wróciła właśnie z podróży poślubnej i próbuje pokazać przyjaciółkom zdjęcia, ale one nie chcą jej słuchać. Samantha i Miranda szybko sobie idą, zostaje tylko Carrie, której Charotte wyznaje, że podczas wyjazdu ani razu nie uprawiała seksu z mężem, bo mu nie stanął. Bohaterka nie przyjmuje jednak do wiadomości, że wyszła za impotenta.
Dalej fabuła rozgrywa się równolegle w sypialni Charlotte i Treya (który nie tylko nie może, ale i nie chce ruchać Charlotte) i w Los Angeles, gdzie pojechała reszta koleżanek, bo Carrie ma umówioną rozmowę z producentem, który rozważa adaptację filmową jej serii artykułów. Tam jesteśmy świadkami niezręcznych scen, które miały być zabawne, gdy Miranda rozmawia z mężczyzną o nazwisku fonetycznie zbliżonym do jednego ze słów określających penisa w języku angielskim, gdy Samantha rozmawia z mężczyzną, którego penis służy za wzór dla producentów dild i wibratorów, i gdy Carrie rozmawia z młodą producentką graną przez tamtą aktorkę ze „Szkoły uwodzenia” na temat swojej kolumny. Wszystkie żarty w tych scenach są bardzo wymuszone i nudne. Dalej mamy równie zabawną scenę, w której Carrie próbuje prowadzić wypożyczony samochód, ale nie jest w stanie, bo ma ręczną skrzynię biegów. Nie mam prawa jazdy i się nie znam, więc ktoś może mi powiedzieć w komentarzach, czy jej obsługa rzeczywiście jest tak trudna.
Carrie dociera w końcu na rozmowę z producentem (w tej roli grający samego siebie Matthew McConaughey). Matthew McConaughey chce opowiedzieć w filmie historię związku Carrie i Biga. No, łatwo się było tego domyślić, bo co poza tym łączyło te felietony w jakąkolwiek całość? Do tego rozwodzi się nad tym, jaki Big jest wspaniały i twierdzi, że to Carrie wszystko zepsuła. W ogóle zachowuje się bardzo dziwacznie, w pewnym momencie wchodzi w rolę Biga i zaczyna wkraczać w przestrzeń osobistą Carrie, z czym ta czuje się bardzo niekomfortowo. No cóż, z tego, co dzisiaj wiemy o Hollywood, to może być najbardziej realistyczna scena w całym serialu.
Cały ten wątek okraszony jest refleksjami na temat tego, że w Los Angeles kobiety ubierają się bardziej wyzywająco niż w Nowym Jorku. Mamy scenę, w której Carrie i Miranda jednocześnie osądzają za to kobiety i zazdroszczą im odwagi. Według mnie wszystkie te obserwacje tracą wszelki wydźwięk w serialu, w którym jedną z głównych bohaterek jest Samantha. Zresztą podoba mi się, że dalej na przestrzeni odcinka to właśnie ona mówi Mirandzie, żeby przestała narzekać na to, że inne kobiety są bardziej otwarte w kwestii własnej seksualności, tylko popracowała nad sobą. Swojego seksualnego otwarcia bohaterka dokonuje całkiem dosłownie, rozrywając bluzkę podczas jazdy na mechanicznym byku.
Mamy też całą serię scen cierpień Carrie, bo w Los Angeles nie można palić na ulicy, do tego jej pokój jest na piętrze dla niepalących. Jak Carrie sobie z tym radzi? Pali dalej i ochrzania ludzi, którzy zwracają jej uwagę.
Samantha tymczasem, jak można się było domyślić, umawia się na seks z modelem dild. Po stosunku podarowuje Mirandzie i Carrie dilda wzorowane na penisie jej kochanka. Potem widzimy, jak model chce rozwijać dalej tę relację i mówi Samancie, że jest poetą, po czym recytuje jej jeden ze swoich wierszy, ta jednak interesuje się wyłącznie jego przyrodzeniem. Jest to dosyć przykra scena i szkoda mi pana modela, bo pewnie nie pierwszy raz mu się to zdarza.
W tym samym czasie w wątku sypialnianym Charlotte, za radą Carrie, zakłada śpiącemu Treyowi na penisa obrączkę z papieru, żeby sprawdzić, czy jego zaburzenia erekcji mają charakter fizyczny, czy emocjonalny. Rano obrączka była rozerwana, więc wychodzi na to, że emocjonalny. Na ile wydajny jest ten test? Zapraszam do dyskusji w komentarzach.
W ostatniej scenie odcinka widzimy, jak Carrie podjeżdża pod studio, w którym miała kontynuować rozmowy na temat filmu, ale ostatecznie zawraca, bo nie chce przeżywać na nowo swojego związku z Bigiem i rozdrapywać ran, zwłaszcza po tym, jak przez romans z nim zrujnowała swój kolejny związek.
W ogóle to na początku odcinka nasze bohaterki miały problem w rejestracji hotelowej, bo na pierwszą noc nie było pokoju dla Mirandy, więc musiała ona spać z jedną z koleżanek. Byłam pewna, że będzie jakaś przezabawna sytuacja, kiedy to jedna bohaterka za dużo sprowadzi sobie gościa na noc i nie będzie gdzie się ruchać, ale nie, Samantha rucha się z modelem, a Miranda śpi w łóżku z Carrie. Wątek był zupełnie po nic.
Odcinek odbieram jako zapychacz, ale zakończenie całkiem mi się podobało. Carrie odrzuciła sporą szansę na sukces, bo skorzystanie z niej byłoby okupione dużym bólem emocjonalnym. Można powiedzieć, że w ten sposób Big dalej ma nad nią władzę i powinna była być silniejsza, ale bądźmy szczerzy, Carrie też sporo schrzaniła i ucieka tak samo przed wspomnieniem o nim, jak przed własnymi błędami. Jednocześnie ratuje się przed kolejnymi nieprzyjemnymi doświadczeniami i ponosi karę za to, jak potraktowała Aidana.
Miranda po raz kolejny ma wątek polegający na przezwyciężaniu swojego strachu przed utratą kontroli, w tym momencie jest to już po prostu nudne. Mam wrażenie, że już po raz enty bohaterka pokonała ten sam problem, a skoro wcześniej niewiele to dało, to teraz nie będzie inaczej.
Samantha miała typowy wątek Samanthy. Przybyła, zobaczyła, zaruchała.
Charlotte podjęła ryzyko, czekając z seksem do ślubu, gdy wiedziała, że seks jest dla niej bardzo ważną częścią związku. Jak to bywa z ryzykiem, nie zawsze się wygrywa, więc teraz widzimy, jak bohaterka radzi sobie z tym, że przegrała. Osobiście myślę, że nawet gdyby Trey okazał się zupełnym impotentem, to wciąż nie oznaczałoby, że nic im się w łóżku nie może udać, ale tu problem jest głębszy, widzimy, że Trey w ogóle nie jest szczególnie zainteresowany seksem, podczas gdy Charlotte ma dosyć wysokie libido. To znowuż wyszłoby na jaw, gdyby zbudowali relację seksualną przed ślubem.
Dajcie znać w komentarzach, czy zostalibyście kręcić film o swoim byłym z Matthew, czy wrócilibyście do domu.

***


S03E14 – Sex and Another City
Na wstępie zaznaczam, że w poście będą poruszane kwestie wykorzystywania seksualnego, jeżeli nie chcecie o takich rzeczach czytać, naprawdę rozumiem i nie obrażę się, jeśli pominiecie ten post.
Nasze bohaterki dalej są w Los Angeles. Myślałam, że to będzie wypad na jeden odcinek, ale widać nie. Zaczynamy od dyskusji na temat usuwania włosów łonowych. Carrie doświadczyła typowej sytuacji znanej z zakładu fryzjerskiego, tylko w salonie depilacji – chciała mieć włosów mniej, została wydepilowana na zero. Czas na rozmowę z koleżankami: Samantha lubi depilować wszystko, Miranda i Carrie depilują się częściowo. W tym momencie Carrie czuje się nieswojo, ale też odkrywa, że brak włosów sprawia, że cały czas czuje swoje wargi sromowe i dodaje jej to pewności siebie w sferze seksualnej. Z jednej strony spoko, że serial pokazuje różne podejście do tematu, z drugiej zabrakło postaci, która w ogóle nie depilowałaby włosów, bo tak zostajemy z przekonaniem, że to zupełny standard i każda kobieta poddaje się temu bolesnemu zabiegowi.
Ważnym motywem odcinka są różnice między Nowym Jorkiem i Los Angeles, co zapewne jest ciekawsze dla Amerykanów niż dla kogokolwiek innego. Głównie chodzi o to, że w Los Angeles wszyscy są szczęśliwi, ale powierzchowni, a Nowojorczycy tym gardzą, bo są neurotyczni jak Woody Allen. No i w Los Angeles nikt nie zna Carrie i nie wie, że należy jej się wejście na każdą imprezę, na którą ma ochotę przyjść.
Teraz przygotujcie się na dawkę najczystszej klasy żenady. Carrie i Samancie udaje się wejść na imprezę dzięki spotkanemu pod klubem menadżerowi Matta Damona, który mówi Carrie, że jest za ładna na pisarkę. Nie, to jeszcze nie jest ta żenada, o której mówię, acz oczywiście podryw na mizoginię jest żenujący. Żenadą główną jest spotkanie przez bohaterki na imprezie Hugh Hefnera, który okazuje się największym idolem Samanthy. Nie chcę tu wchodzić w szczegóły, zresztą łatwo można znaleźć te dane w internecie, ale jeśli nie wiecie, ten człowiek ma na koncie wiele cierpień kobiet. Jego medialny wkład w wyzwolenie seksualne również można kwestionować i w sumie dla mnie stoi obok „Seksu w wielkim mieście” na półce z przecenianymi produktami, które wciąż za rzadko otrzymują krytykę, na którą zasługują.
Tymczasem Charlotte nadal zmaga się z problemami z erekcją swojego męża. Proponuje viagrę, ale ten odmawia, bo jego ojciec zmarł na zawał, a viagra źle działa na serce. Charlotte zaczyna tęsknić nie tylko za seksem, ale też za byciem singielką i jedzie do koleżanek do Los Angeles. Niby pokazuje to, jak bardzo nieprzemyślana była decyzja o ślubie, ale bardziej mam wrażenie, że po prostu scenariusz wymagał, żeby się tam znalazła. W końcu jak chodzi o tę postać, to poza sferą seksualną nie było mowy o innych niedogodnościach stanu małżeńskiego. Przy spotkaniu całej czwórki widzimy, jak Charlotte cieszy się tym, że zakończyła fazę noszenia ze sobą kondomów i teraz ma jednego faceta, obok którego budzi się codziennie i to cudowne. Spośród koleżanek tylko Carrie wie o tym, że jest to raczej próba wmówienia sobie, że wszystko jest ok, niż rzeczywiste wyznanie (reszcie Charlotte nie powiedziała o problemach z erekcją, bo bała się osądu za czekanie z seksem do ślubu), pozostałe koleżanki czują się jednak oceniane i w ramach zemsty polecają jej depilację w tym samym salonie, w którym była Carrie, żeby rozluźniła się dzięki ośmielającemu dotykowi majtek na wargach sromowych. Sama Carrie też jej nie ostrzega, że włosów zostanie usuniętych więcej, niż by chciała.
Carrie dostrzega, że zaczyna lubić Los Angeles, chociaż jako mieszkanka Nowego Jorku powinna go nienawidzić, bo, uwaga, w Nowym Jorku cenią intelekt, a w Los Angeles każdy patrzy tylko na wygląd. Tak, tak uważa Carrie. No, mnie przy takim postawieniu sprawy nie dziwi, że odnalazła się w tym mieście. Postanawia napisać artykuł, w którym rozważa, czy liczy się tylko zewnętrze, bo… w Los Angeles tak właśnie według niej jest, ale to dobrze? Jakby serial miał więcej samoświadomości, to mogłaby to być scena, w której Carrie uświadamia sobie, że jest płytka, ale mamy ją uważać za błyskotliwą intelektualistkę, więc to przenikliwa analiza społeczna.
Trzymajcie się, przed nami więcej przenikliwych obserwacji Carrie. Samantha znalazła faceta, który sprzedaje podróbki drogich torebek wykonane tak dobrze, że są nie do rozróżnienia od oryginałów. Zabiera do niego Carrie. „I should have liked them. But staring into the trunk, they no longer looked like elegant Fendi bags. They just looked cheap. And even if everyone else thought it was real, I’ll always know my bag came from a cardboard box in a trunk deep in the valley”. Nawet nie wiem, gdzie zacząć. Wypiszę moje myśli w punktach:
1.       Kult metek i marek jest zły. Po prostu. Wydawanie ogromnych pieniędzy, żeby zaimponować innym i coś sobie udowodnić to absurd, dawno powinniśmy byli pogrzebać ten koncept. Ceny takich produktów nie są adekwatne do ich jakości ani kosztów wynikających z produkcji, mają za zadanie utrzymać poczucie elitaryzmu kupujących, tego teraz zabrakło Carrie, więc torebka nie jest jej już potrzebna.
2.       Przebija się z tego podejścia pogarda dla kupowania tanich produktów. A wiemy, że Carrie sama żyje ponad stan. Tak bardzo brzydziłaby się sobą, gdyby nie kupowała produktów o cenach wywindowanych do granic śmieszności, że woli siedzieć w długach.
3.       Próba dodania odczuciom bohaterki głębi przez tekst o tym, że Carrie sama ze sobą czułaby się źle, nosząc podróbkę, nie działa. Świadczy to raczej o tym, że jej system wartości został wykrzywiony do tego stopnia przez kapitalistyczne mechanizmy wzbudzania w ludziach poczucia, że nie ma prestiżu bez marki, że jej postrzeganie samej siebie jest od nich zależne niż o uniezależnieniu się od opinii innych.
4.       Oryginalne torebki nie są w żaden sposób lepsze niż ich podróbki przez sam fakt bycia oryginałami. Może być tak, że są lepiej wykonane (w tym przypadku, jak wiemy, tak nie było). To tylko przedmioty. Używanie markowych torebek do zbudowania metafory na temat głębi to najbardziej płytki pomysł, na jaki można było wpaść.
5.       Torebki Fendi nawet nie są ładne.
Dalej Carrie w rozmowie z koleżankami mówi o tym, że oryginalne torebki są unikatowe i wyjątkowe… No nie wiem, nawet w przypadku edycji limitowanych nie mamy do czynienia z obiektami unikatowymi. Na to wyznanie Charlotte reaguje, oznajmiając, że jej małżeństwo jest jak podróbka torebki Fendi, bo z zewnątrz wygląda super, ale to tylko fasada, tak naprawdę nie jest wyjątkowe, a jej mężowi nie staje. Miranda i Samantha reagują szokiem, ale, ku zaskoczeniu koleżanek, Miranda okazuje wielką wyrozumiałość. Zmieniło ją odnowienie kontaktu z dawnym znajomym z Nowego Jorku, który wyluzował się i odnalazł szczęście w Los Angeles.
W następnej scenie widzimy, jak Miranda nabija się z tego kumpla, bo pisze serial o Nowym Jorku, w którym biedni dwudziestolatkowie mieszkają w loftach na SoHo, bo to finansowo niemożliwe. Mocne słowa jak na serial, w którym Carrie za jeden felieton w tygodniu utrzymuje bardzo wysoki poziom życia, mając marginalne problemy finansowe. Dalej przechodzimy do obnażania fasadowości szczęścia kolegi Mirandy, gdy okazuje się, że przeżuwa stek, a potem go wypluwa, żeby nie utyć, bo w Los Angeles nie ma pracy dla scenarzystów, którzy nie są szczupli. To ma nie tyle świadczyć o problemie z zaburzeniami odżywiania szerzącym się ze względu na społeczne wymagania względem wyglądu, ale też podkreślać różnice pomiędzy dwoma miastami, gdyż, jak mówi w narracji Carrie, Nowojorczyk nie wyplułby tak dobrego steku. Czy w Los Angeles jest większa presja na bycie zgrabnym niż w Nowym Jorku? Być może, nie wiem. Ale wątpię, żeby Nowy Jork był wolny od problemu, z którym zmaga się współczesny świat. No i trochę dziwnie czuję się z tym, jak bardzo Miranda go ocenia, jedząc swój stek, bo sama jest bardzo szczupła.
W wątku Carrie kontynuujemy obnażanie powierzchowności Los Angeles. Z jakiegoś powodu randkowała dalej z menadżerem Matta Damona. Spali ze sobą w jego luksusowej rezydencji, nad ranem znalazła ich Carrie Fisher będąca prawdziwą właścicielką domu, którym fagas tylko się opiekował pod jej nieobecność. Ten gościnny występ to jedyna wartościowa scena odcinka.
Przenosimy się na imprezę w posiadłości Hugh Hefnera, na którą poszły wszystkie koleżanki, chociaż tylko Samancie na tym zależało. Charlotte flirtuje z jakimś typem, który mówi jej, że to przyjemność w końcu porozmawiać dla odmiany z jakąś inteligentną kobietą. To drugi przypadek skutecznego podrywu na mizoginię w tym odcinku. Chciałabym z tej rozmowy przytoczyć jeden fragment:
„ – I’m drunk and I’m lying here with a man I hardly know.
– It’s the playboy mansion. I mean things could be a lot worse”.
Nie ma to jak beztrosko żartować sobie z kobiet, które zostały w tym miejscu wykorzystane seksualnie po podaniu środków odurzających. Następnie facet proponuje, że kupi jej nowe cycki, dopiero to oburza naszą bohaterkę, która stwierdza, że jednak już nie tęskni za singielstwem i rozmowami z takimi facetami. W końcu bohaterki zostają wyproszone przez Hefnera z imprezy po tym, gdy Samantha oskarża jedną z imprezowiczek o kradzież jej podrabianej torebki, ale okazało się, że ta miała oryginał.
Bohaterki z ulgą wracają do Nowego Jorku. Carrie w końcu może palić fajki w świetle prawa.
Dawno nie widziałam tak złego odcinka. Rozumiem motyw udawania kogoś, kim się nie jest, żeby zaszpanować, ale założenie, że Nowy Jork jest od tego wolny wydaje mi się bardzo niewiarygodne. No i zostajemy z takim poczuciem, że w odcinku chodziło o to, że jak ktoś wydaje się szczęśliwy, to udaje, a tylko nieszczęśliwi ludzie są szczerzy, co brzmi jak refleksja zbuntowanego gimnazjalisty. Jest jakaś wartość w tym, żeby powiedzieć widzom, że Hollywood sprzedaje im obrazy, które nie są prawdziwe, ale ten przekaz nie wybrzmiewa. Żart z wykorzystywanych seksualnie kobiet można odebrać jako krytykę marzenia Samanthy o imprezie w posiadłości Hugh Hefnera, ale przede wszystkim jest on przedstawiony jako żart, który po prostu bawi Charlotte i przekonuje, że rozmówca jest miły (tak, naprawdę tak powiedziała), dopiero kiedy seksisotwska uwaga dotyczy konkretnie jej, obraża się. Postać Hefnera nie zostaje więc skrytykowana (pewnie też Hefner nie zgodziły się zagrać w odcinku, który naprawdę go krytykuje). Tak samo nie działa metafora z torebkami, ale to wyjaśniłam już wcześniej. Jedyne, co mogłoby do mnie trafić, to przykład zaburzeń odżywiania kumpla Mirandy, ale przekaz został osłabiony przez stwierdzenie, że to problem z Los Angeles, a nie choroba cywilizacyjna.
Post wyszedł dłuższy niż zwykle, więc dziękuję za wytrwałość tym, którzy zostali do końca. Mam nadzieję, że podzielicie się swoimi przemyśleniami w komentarzach.

***


S03E15 – Hot Child in the City
W tym odcinku wkraczamy do cyberpunku.
Carrie próbuje zanieść buty do swojego szewca, ale okazuje się, że ten zamknął nierentowny biznes i teraz na miejscu jego zakładu stoi sklep z komiksami. Powiedziałabym, że fakt, że Carrie naprawia buty, a nie kupuje nowe, dobrze o niej świadczy, ale nie oszukujmy się, ona i naprawia stare, i kupuje nowe.
W sklepie z komiksami Carrie poznaje sprzedawcę, który okazuje się jednocześnie rysować własne komiksy, które również sprzedaje w sklepie. To wzbudza zainteresowanie Carrie i wdają się w rozmowę. Gdy ten dowiaduje się, że ona również zajmuje się pisaniem, sugeruje, żeby kiedyś napisała komiks, na co ta odpowiada, że to chyba dla facetów. Komiksiarz mówi, że nie i wymienia żeńskie superbohaterki, co widzę jako całkiem uroczą próbę zainteresowania rozmówczyni swoim hobby, ale jednocześnie wyraz dużej nieświadomość komiksiarza na temat tego, przez kogo i dla kogo takie postaci zwykle były tworzone. Za chwilę zresztą mamy demonstrację często przejawiającego się w komiksach superbohaterskich, zwłaszcza te dwadzieścia lat temu, spojrzenia na kobiety – dwóch przybyłych do sklepu chłopców wpatruje się w Carrie jak w obrazek. Komiksiarz mówi Carrie, że to dlatego, że jest dla nich jak Wonder Woman, do czego nawiązuje później, wysyłając jej rysunek przedstawiający ją jako wzorowaną na Wonder Woman postać w jego komiksie. Zaczynają się spotykać. Na randkę wybierają się pograć na automatach do gier, po czym jeżdżą na hulajnodze. Komiksiarz wydaje się być miłym facetem, na koniec spotkania wychodzi jednak na jaw jego zasadnicza wada – mieszka z mamą.
Wracamy do nieszczęsnego wątku Charlotte. Znajduje ona sposób na przekroczenie ograniczeń cielesnych Treya przez zakup mechanicznego ulepszenia do jego penisa za osiem tysięcy dolarów. Trey niestety się nie zgadza.
Tymczasem Miranda cierpi na bóle głowy, których przyczyna okazuje się być ortodontyczna, co skutkuje tym, że na jej zębach pojawia się stały aparat ortodontyczny, chociaż jest już po trzydziestce. Tutaj muszę przyznać serialowi, że to sprawy podszedł (na początku) całkiem nieźle. No bo tak, to „Seks w wielkim mieście”, więc musi być mowa o wyglądzie, ale Miranda mówi też o ogromnym bólu, jakiego doświadcza i niemożności jedzenia stałych posiłków. Jako osoba, która niegdyś nosiła to szatańskie urządzenie na zębach, doskonale rozumiem to doświadczenie.
Firma PR-owa Samanthy organizuje bat micwę trzynastolatki z bardzo bogatymi i wpływowymi rodzicami, której Samantha ma serdecznie dość przez jej brak szacunku do starszych i zachowywanie się, jakby była dorosła, ale przyjmuje zlecenie, bo to dla niej świetna okazja na poszerzenie kontaktów. W jednej z późniejszych scen odcinka widzimy, jak trzynastolatka, będąc z koleżankami w tej samej restauracji co nasze bohaterki, funduje im wino za dwieście dolarów, bo okazuje się być wielką fanką kolumny Carrie. Powiem wam, że ta scena wypada całkiem zabawnie (nastolatka z nowszym modelem aparatu na zębach obraża aparat Mirandy, mnie to bawi), zwłaszcza zabawny jest moment, gdy Carrie zauważa, że te dziewczyny ubierają się tak samo jak one, po czym płynnie przechodzi do refleksji, że może to one zachowują się jak nastolatki (co jest bardzo na miejscu ze względu na to, że dosłownie w tym samym odcinku byliśmy świadkami sceny posyłania liściku facetowi, który przyglądał się Mirandzie). Jako że to felieton Carrie, nie może być on zbyt dobry, więc zaczyna się od niezbyt odkrywczej uwagi o tym, że dzieciaki chcą być dorosłe, a dorośli chcą być znów dziećmi, następnie przechodzi do kultu młodości, aby ostatecznie wskazać na ubieranie się w infantylnym stylu i jeżdżenie na hulajnodze jako oznaki niedojrzałości.
Miranda wybiera się na randkę z facetem od liściku. Ten od razu pyta o możliwość robienia loda i znajomość kończy się. Miranda czuje się zdeprymowana i ma wrażenie, że wszyscy traktują ją jak dziwaczkę, bo ma aparat na zębach. Carrie mówi jej coś bardzo mądrego (tak, powiedziałam to, Carrie powiedziała coś bardzo mądrego), otóż stwierdza, że żaden facet, z którym warto się umawiać, nie będzie przejmował się jej aparatem. Na co Miranda odpowiada, mówiąc, że ona w życiu nie umówiłaby się z facetem z aparatem na zębach, nawet teraz, gdy sama go nosi… co jest… Łał, w rozmowie Mirandy i Carrie ta pierwsza wychodzi na niebywale powierzchowną, a ta druga na dojrzałą osobę. Naprawdę nie wiem, co się dzieje w tym odcinku. Carrie zresztą sama mówi jej, że zachowuje się dziecinnie, po czym wraca do randkowania z facetem mieszkającym z mamą, chociaż według Samanthy powinna go skreślić, gdyż mieszkanie z mamą nie jest seksowne (na co ta odpowiedziała jej, że to zrozumiałe, że rozkręcając własny biznes, nie stać go na mieszkanie samemu, co znowu jest niespotykanie normalną reakcją).
Carrie z początku nawet podoba się odwiedzanie chłopaka w domu, w którym mieszkają też jego rodzice, bo mama jest miła i ją karmi (tylko według mnie nazwanie jej w narracji darmową służbą jest bardzo niemiłe), ale przestaje być fajnie, gdy matka kochanka dzwoni do jej mieszkania podczas zbliżenia. Za to wątek Mirandy kończy się tak, że bohaterka zdejmuje aparat po tym, jak podczas spotkania w pracy ma wrażenie, że współpracownicy się z niego nabijają (a może i naprawdę się nabijali, ale kłamali, że nie, jeśli tak było, to ci prawnicy są bardziej dziecinni niż całe moje gimnazjum, w którym nigdy nikt nie nabijał się z mojego aparatu). Carrie w narracji mówi nam, że Miranda nie była w stanie drugi raz przejść przez koszmar, jakim było dojrzewanie.
Wizja mechanicznych ulepszeń przeraża Treya na tyle, że godzi się pójść na terapię dla par. Terapeuta zadaje im pracę domową w postaci opowiedzenia sobie nawzajem wieczorem o jakiejś fantazji seksualnej. Charlotte opowiada, ale Trey czuje się zbyt niekomfortowo, stwierdza, że po prostu jego seksualność nie jest na takim poziomie jak Charlotte, przeprasza i idzie spać.
Ale! W środku nocy Charlotte budzą jakieś hałasy z łazienki i okazuje się, że to TREY MASTURBUJE SIĘ, PRZEGALĄDAJĄC GAZETĘ Z GOŁYMI PANIAMI. Potem na terapii stwierdza, że to wciąż nie było dla niego seksualne, a jedynie pomagało mu się rozluźnić przed snem. Na ten moment wygląda to dla mnie tak, jakby Trey nie chciał uprawiać seksu z Charlotte i tyle (i być może był gdzieś na spektrum aseksualności), a ta próbowała go do niego zmusić. Ale to nie jest tak, że stoję po jego stronie – założenie, że osoba, z którą bierze się ślub, będzie chciała relacji seksualnej naprawdę nie jest nie na miejscu, więc powinien był z nią porozmawiać, jeżeli on tak tego nie widział. Zwłaszcza że na samym początku to on chciał seksu, więc Charlotte naprawdę nie miała po czym się domyślić, że po ślubie zmieni zdanie. Niby możliwe, że dopiero odkrył, że nie chce uprawiać seksu w ogóle, a woli masturbację, ale w takim przypadku może sprawę przedstawić od tej strony i również porozmawiać o tym z Charlotte, a nie unikać tematu jak się da.
Na koniec sceny Carrie w narracji mówi, że Charlotte wolałaby mieć znów trzynaście lat, kiedy samo trzymanie za rękę wystarczało, żeby nie musieć martwić się swoim życiem seksualnym. Ten niezdarny sposób na połączenie wydarzeń z głównym motywem powrotu do dzieciństwa sprawia, że cała scena nie ma sensu, bo przy takim postawieniu sprawy seksu w tym związku chce już tylko terapeuta.
Charlotte wpada na ciekawy pomysł na stopniowe włączenie siebie w obyczaje seksualne Treya, mianowicie zakleja twarze gołych pań w gazecie zdjęciami swojej twarzy.
Na bat micwie widzimy, jak trzynastolatka i jej koleżanki dyskutują na temat tego, z kim uprawiały, a z kim planują uprawiać seks. Samantha stwierdza, że może i zazdrości im wielu rzeczy, ale przynajmniej miała dzieciństwo i tak kończy się ten wątek.
Komiksiarz proponuje Carrie drogie zioło. Potem widzimy, jak najarani oblewają się wodą i obrzucają kurczakiem z KFC (szkoda mi tego kurczaka), ale za chwilę zaczyna się panika, bo wracają rodzice, a zabronili mu znosić do domu zioła. Kiedy mama orientuje się, co się działo, ten mówi, że to Carrie je przyniosła. Carrie mówi, że tak, to była ona, po czym zabiera całe pozostałe zioło i sobie idzie, uśmiechając się do ograbionego z zioła komiksiarza.
W ostatniej scenie odcinka widzimy, jak jara sobie to zioło na domówce z Mirandą i Samanthą, w narracji dzieląc się z widzami refleksją, że będąc dorosłym też czasem warto znaleźć czas, żeby bawić się jak dziecko, ale we własnym mieszkaniu.
Końcowe przesłanie odcinka jest naprawdę w porządku. Łatwo mogliśmy tu skręcić w stronę demonizowania kojarzonych z dziećmi i nastolatkami zainteresowań jako świadczących o niedojrzałości (na to też wskazywała scena pisania felietonu), ale nie, dostaliśmy zupełnie sensowne przesłanie o tym, że można być rozsądnym dorosłym, który czasem jest niepoważny, gdy jest na to miejsce i czas.
Najrozsądniejszą osobą w odcinku jest Carrie. Nie mogę uwierzyć, że to ta sama bohaterka, która cały odcinek panikowała, bo pierdnęła przy swoim chłopaku. Czy to oznacza, że postać się rozwinęła? Szczerze, to nie sądzę. Myślę, że jej zachowanie jest dosyć przypadkowe z odcinka na odcinek i następnym razem pewnie znowu będzie niemądra.
Wątek Samanthy w sumie jest ok. Myślę, że w jej końcowym spostrzeżeniu, że przynajmniej miała dzieciństwo, więcej jest chęci zadośćuczynienia sobie w jakikolwiek sposób niż oceny stanu rzeczy, ale czy jest to zły sposób na radzenie sobie z zazdrością? Pewnie są lepsze, ale tak realnie to myślę, że wielu z nas nieraz przekonało siebie, że ma coś, czego nie ma ktoś inny, żeby poczuć się lepiej. No i osobiście może i jestem mentalnym tetrykiem, ale mnie też przeraża wizja dwunastolatek uprawiających seks.
O wątku Charlotte trochę już się rozpisałam i nie za wiele mam tu do dodania (no i wciąż czekamy na konkluzję). Powiem tylko tyle, że wszystkim polecam porozmawianie z drugą osobą na tematy intymne przed wejściem z nią w związek małżeński (po nim też by się pewnie przydało, i to najlepiej nieraz).
Jak chodzi o Mirandę, to odczuwam głęboką sztuczność jej problemu, której można było łatwo się pozbyć. Otóż naprawdę nie wierzę, że dorośli ludzie z jej otoczenia mieliby się tak bardzo przejmować aparatem na zębach, gdy dosłownie w moim gimnazjum nikogo to nie obchodziło. Jak można było to naprawić? Trzeba było pokazać to traktowanie jako dziwaczkę nie jako coś realnego, ale projektowanie przez Mirandę nieprzepracowanych kompleksów wyniesionych ze szkoły na ludzi dookoła. Wtedy i końcowa myśl, że nie była w stanie drugi raz przejść okresu dojrzewania, miałaby więcej sensu. W tym momencie jest to po prostu ugięcie się pod presją społeczną, i to dosyć głupią, co moim zdaniem nie za bardzo pasuje do postaci, która zawsze była największą nonkonformistką spośród bohaterek.
Na koniec chciałam wspomnieć, że za całkiem ciekawy pomysł uważam oprócz spojenia wątków motywem dorastania wprowadzenie drugorzędnego motywu przekraczania możliwości ludzkiego ciała dzięki nauce (mechaniczne ulepszenie penisa, aparat na zęby), nawiązując jednocześnie do kulturowych wyobrażeń na temat nadludzi (komiksy superbohaterskie). Nawet jeżeli ostatecznie ten motyw niczemu nie służył i nie doczekał się żadnej puenty.
Moim zdaniem to jeden z lepszych odcinków, jestem ciekawa, czy też tak myślicie.

***


S03E16 – Frenemies
Charlotte i Treyowi wciąż nie udaje się odbyć stosunku i sfrustrowana bohaterka prawie się masturbuje z tego powodu. Ostatecznie tego nie robi, ale i tak czuje się winna (mimo że on się masturbuje bez przeszkód, czego wcale nie ma mu za złe, jest jedynie zawiedziona, że przy niej mu nie staje). Jak dla mnie rozwiązanie (przynajmniej częściowe) problemu nasuwa się samo i jestem już dosyć znudzona oglądaniem dwójki dorosłych ludzi, którzy nie są w stanie wpaść na to, że penetracja waginy penisem nie jest jedyną formą seksu pod słońcem.
W każdym razie Samantha zwraca uwagę na to, że Trey pewnie cierpi na zespół Madonny i ladacznicy i nie jest w stanie zobaczyć w swojej niewinnej żonie obiektu seksualnego, podczas gdy gołe panie z gazet dostarczają mu odpowiednich bodźców.
Przenosimy się do wątku Carrie. Widzimy ją prowadzącą jakiś wykład, który okazuje się być płatnym seminarium dla kobiet na temat szukania partnera. Słuchaczki szybko orientują się, że z tego, co mówi Carrie, wynika, że nijak nie jest odpowiednią osobą do poprowadzenia takiego seminarium, gdyż sama nie ma męża ani stałego partnera, a jej relacje z mężczyznami to pasmo porażek. Carrie sama przyznaje, że się na tym nie zna i całość wydarzenia okazuje się porażką. A do tego nie pozwalają jej palić na mównicy, tragedia, koniec sceny. Dlaczego, skoro już Carrie znalazła się w takiej sytuacji, po prostu nie zmieniła wykładu w lekcję z cyklu „jakich błędów unikać”? Nie mam pojęcia. Potem zresztą dowiadujemy się, że część słuchaczek poprosiła o zwrot pieniędzy po pierwszym spotkaniu i trudno się dziwić.
W każdym razie Carrie zasiada do pisania artykułu, w którym rozważa, czy czegokolwiek nauczyła się z wiekiem.
Miranda myślała, że facet ją wystawił, ale okazało się, że umarł. Kiedy jeszcze myślała, że została wystawiona, powiedziała, że czuje się, jakby miała znów dwadzieścia siedem lat, a miała nadzieję, że w wieku lat trzydziestu czterech zmądrzeje na tyle, żeby wybierać sobie lepszych facetów. No i rozumiem, że trzeba jakoś powiązać jej historię z motywem nabierania mądrości z wiekiem, ale oni się umówili podczas bardzo krótkiego przypadkowego spotkania w kawiarni. Żeby po jednej krótkiej interakcji ocenić czyjąś osobowość trzeba nie mądrości, ale zdolności parapsychicznych. W dodatku okazało się, że on wcale niekoniecznie chciał ją wystawić, więc nijak się to wszystko ostatecznie ma do motywu wyciągania lekcji z doświadczeń. To spostrzeżenie Mirandy moim zdaniem bardziej miesza w rozumieniu przez odcinek konceptu mądrzenia z wiekiem niż coś do niego wnosi.
Podczas niezręcznej rozmowy telefonicznej z matką zmarłego Miranda obliguje się do przyjścia na stypę. Idzie na nią razem z Carrie, na której byłego przypadkowo wpadają. Miranda uważa, że były Carrie jest atrakcyjny i umawia się z nim, mimo że Carrie ostrzega ją, że jest dupkiem. Rozumiem, że to ma być właśnie przykład takiego braku mądrzenia z wiekiem – umawia się z kimś atrakcyjnym, chociaż koleżanka z własnego doświadczenia odradza. Tylko wciąż to ma się nijak do tamtego spotkania w kawiarni.
Miranda mówi Carrie, że może jej były zmądrzał przez ostatnie osiem lat, ale Carrie na tym etapie jest przekonana, że nikt się niczego nie uczy i wciąż odradza randkę.
Między Samanthą i Charlotte zaczyna się nadciągająca od dawna kłótnia, gdyż Charlotte nie podoba się podejście Samanthy do seksu, który według Charlotte jest tylko dla ludzi, którzy się kochają. Miranda i Carrie robią wszystko, żeby nie mieszać się w spór, czym zrażają do siebie Samanthę (no i trudno się dziwić, w końcu żyją podobnie do niej, więc spodziewanie się obrony było uzasadnione). W ogóle już dawno pisałam o tym, że nie mam pojęcia, dlaczego Charlotte przyjaźni się z tą trójką, skoro tak gardzi ich stylem życia.
Mimo wszystko Charlotte przyznaje Samancie rację pod względem tego, że Trey widzi ją jako Madonnę i postanawia pokazać mu swoją bardziej seksualną stronę. Wybiera się z Carrie do sklepu z bielizną, żeby kupić sobie coś seksownego. Carrie ewidentnie nie chce jej pomóc, chodzi po sklepie jak za karę i narzeka, że nie chce słyszeć o bardziej seksualnym obliczu Charlotte. Co jest… niezbyt miłe z jej strony? W żadnej innej sytuacji nie miała problemu z intymnymi tematami, a teraz przyjaciółka prosi ją o pomoc, a ta ją tak traktuje. Za to poleca na swoje miejsce Samanthę (która tak, byłaby lepszym wyborem), próbując pogodzić przyjaciółki, ale Charlotte nie chce się godzić, bo Samantha obraziła jej nieudane życie seksualne (zaraz po tym, jak Charlotte pierwsza obraziła życie seksualne Samanthy, więc nie wiem, czego się spodziewała).
Randka Mirandy i byłego Carrie okazuje się udana. Były podkreśla, że bardzo zmienił się od czasu tamtego związku (teraz jest inżynierem, wtedy miał długie włosy i był w zespole o głupiej nazwie). Miranda jednak czuje się dziwnie, umawiając się z facetem, którego Carrie nie lubi, więc proponuje, żeby wyszli na drinka we trójkę. No nie wiem, czy to dobry pomysł po zaledwie jednej randce, bardziej by to miało sens, gdyby zdecydowali się na związek, ale jak tam sobie chce. Na spotkaniu były rzuca w stronę Carrie kilka niemiłych uwag, potwierdzając to, co cały czas mówiła Carrie – jest dupkiem.
Charlotte wybiera się na spotkanie z dawno niewidzianymi koleżankami ze studiów, samymi mężatkami. Chce z nimi porozmawiać o swoich problemach, bo jej przyjaciółki nie pomagają. Okazuje się jednak, że konserwatywność Charlotte jest niczym w porównaniu z ich konserwatywnością i dla nich jest Samanthą, dokonują więc ostracyzmu Charlotte.
Samantha tymczasem znajduje sobie koleżankę, która jest równie otwarta seksualnie, a przynajmniej tak się wydaje do czasu, kiedy zaczyna publicznie uprawiać z przypadkowym facetem seks oralny. Odejście od stołu, pod którym odbywał się akt, jest pokazane jako wyjście na jaw konserwatywnej strony Samanthy dla zachowania symetrii z poprzednią sceną, ale błagam, gotowość na otwarte rozmowy o seksualności to jednak zupełnie co innego niż gotowość na publiczne odbycie stosunku seksualnego w restauracji i tworzenie na tej linii jednowymiarowej skali to jakiś absurd. 
Charlotte pokazuje się w swoim nowym seksownym ubraniu w sypialni, ale Treyowi nie podoba się, że jego żona ubiera się w seksowne ubrania, bo to nie przystoi (ależ polecam Charlotte rozwód w tym momencie). Charlotte zdejmuje ubranie i staje nago, po czym oznajmia, że nie jest ani Madonną, ani ladacznicą, ale jest sobą, po czym zaczyna się masturbować. Na ten widok Treyowi staje i W KOŃCU UDAJE IM SIĘ WSADZIĆ JEDNE GENITALIA W DRUGIE, ALLELUJA. Na minutę, ale zawsze.
Zaraz po stosunku Charlotte dzwoni podzielić się wieściami z Samanthą, która natychmiastowo jej gratuluje. Ta scena pogodzenia się wypada mimo wszystko całkiem uroczo.
Wracamy do wątku seminarium Carrie. Nasza bohaterka stwierdza, że nie da słuchaczkom wmówić sobie, że niczego się nie nauczyła z wiekiem i idzie prowadzić drugie spotkanie. Niestety uczennic zostało tylko sześć, bo po niewypale z zeszłego tygodnia większość zrezygnowała. Carrie mówi im, że niewiele wie o znajdywaniu partnera, ale że na pewno nie znajdą go, siedząc na wykładzie i zabiera je do baru na drinki, gdzie na żywo udziela im porad odnośnie podrywu. Koniec odcinka.
Podoba mi się, że pokazano konflikt pomiędzy Charlotte i Samanthą, ale nie podoba mi się, że sprawę przedstawiono tak symetrycznie, kiedy ewidentnie Samantha miała rację, a Charlotte zaatakowała ją bez powodu. Fakt, że Miranda i Carrie nie powiedziały Charlotte, że jest w błędzie, też nie jest zbyt fajny. Ostatecznie wyszło na to, że czepianie się życia seksualnego innych bierze się z problemów osoby czepiającej się w tej sferze (jak tylko Charlotte zaruchała, przestała czepiać się Samanthy), a to jednak spore uproszczenie mechanizmów stojących za konwenansami społecznymi. No i trudno oprzeć się wrażeniu, że serial mówi nam „baba bez bolca dostaje pierdolca”. Podoba mi się za to wprowadzenie zespołu Madonny i ladacznicy jako kwestii dotyczącej nie tylko spojrzenia mężczyzn na kobiety, ale także relacji pomiędzy samymi kobietami.
Jak chodzi o uczenie się na błędach, to ja już naprawdę nie wiem, co serial chciał powiedzieć. Jeśli mądrzejemy z wiekiem, to jaki sens miało pokazanie, że były Carrie w ogóle się nie zmienił? No i mądrość to trochę więcej niż umiejętność rozpoznania w ciągu jednego czy dwóch krótkich spotkań, czy kandydat nadaje się do związku. Ja wiem, że to serial o seksie i związkach, ale jednak sprowadzenie całego psychologicznego procesu dojrzewania człowieka do tej jednej sfery to trochę przegięcie.
Dajcie znać, co wy myślicie o tym odcinku. Poszlibyście na seminarium Carrie?

***


S03E17 – What Goes Around Comes Around
Charlotte odwiedza rodzinę męża i irytuje ją, ile w niej obowiązuje zasad i tradycji. Do tego mimo postępu w kwestii erekcyjnej życie seksualne małżeństwa wciąż się nie układa, bo Trey nie chce się ruchać. Problem daje o sobie znać podczas sceny kuszenia Charlotte w ogrodzie – pracujący przy różach z gołą klatą ogrodnik (ała!) swoją seksownością przypomina Charlotte, jak bardzo nie układa jej się w łóżku z Treyem.
Carrie spotyka pasmo nieszczęść: najpierw widzi Natashę i przypomina sobie swoje złe wybory życiowe z poprzednich odcinków, a potem w biały dzień zostaje okradziona z pieniędzy, biżuterii i markowych butów. (Facet nawet nie zakrywał twarzy i celował do niej z pistoletu na środku ulicy, ale wiecie co? W Stanach to może i w to uwierzę). Potem Miranda przynosi jej za duże buty i zaczyna flirtować z policjantem.
Przez pomyłkę telefoniczną Samantha dowiaduje się, że w Nowym Jorku jest inna osoba o imieniu Sam Jones i idzie z Carrie na jego imprezę, żeby go poznać. Po drodze mówi przyjaciółce, że usłyszała, że Natasha zostawiła Biga, co bardzo dołuje Carrie, która czuje się winna, że zniszczyła ich małżeństwo. Moim zdaniem krzywda wyrządzona Natashy wcale nie byłaby mniejsza, gdyby została z Bigiem, no i zgadzam się z Samanthą, że to małżeństwo pewnie i tak by nie wypaliło (jak nie z Carrie, pewnie zdradziłby z kimś innym), ale cóż, takie reakcje na wieści nie zawsze muszą być bardzo logiczne.
Miranda bardzo się stresuje randką z policjantem, bo wydaje się on jej za dobrym kandydatem na chłopaka, podczas gdy życie przyzwyczaiło ją do nieudanych związków i kiepskich randek. Razem z Carrie dochodzą do wniosku, że to karma – Miranda w końcu doczekała się dobrego faceta. Karma objawia się nam jako temat przewodni odcinka, o którym Carrie pisze artykuł.
Impreza Sama Jonesa okazuje się studencką domówką w akademiku, więc panie czują się nie na miejscu. W rozmowie, w której Samantha mówi Samowi, że dostaje telefony adresowane do niego, ten informuje ją, że jest prawiczkiem. Później Samantha mówi Carrie, jako że wszystko w tym odcinku bohaterki interpretują przez pryzmat działania kosmicznej energii, że czuje, że powinna zaruchać Sama i dać mu cudowny pierwszy raz, którego nigdy nie miała. Carrie odradza jej to, gdyż Sam jest młodziutkim studentem.
Sprawa rozwija się tak, że Sam przychodzi do Samanthy z kwiatkiem przeprosić za telefony. Po czym mówi jej, że jest seksowna, i bez zapowiedzi rzuca się do całowania jej. Uprawiają seks, po czym on wyznaje jej miłość, więc Samantha wygania go z mieszkania. Okazuje się, że wcale nie rozwiązała problemu telefonowego, bo teraz to Sam do niej wydzwania.
Dwóch pijanych studentów, zbiegając ze schodów, potrąca Carrie, która robi sobie krzywdę w nogę. Jako że Natasha niegdyś spadała ze schodów, bohaterka widzi swoje pasmo nieszczęść jako jasny znak, że powinna przeprosić Natashę.
Charlotte ulega pokusie i całuje się z ogrodnikiem. Wszystko widzi siostra/ szwagierka/ kuzynka/ ktoś z rodziny Treya. Co ciekawe, gdy sprawa wychodzi na jaw w rozmowie rodzinnej, matka Treya żartobliwie kwituje, że teraz Charlotte jest prawdziwie częścią rodziny MacDougal. Nikt nie jest poruszony, Trey też reaguje neutralnie. Później mówi jej, że rozumie, że skoro on jej w tym aspekcie nie zadowala, to nic dziwnego, że Charlotte szuka spełnienia seksualnego gdzie indziej, ale Charlotte nie chce takiego związku i proponuje separację.
Na randce z policjantem Miranda czuje się niepewnie, bo uważa, że jest za brzydka, więc sporo pije. Po nocy spędzonej z policjantem budzi się sama z kacem i znajduje zostawioną przez kochanka kartę z numerem do AA.
Natasha nie odbiera telefonów, więc Carrie innymi drogami ją namierza i bez uprzedzenia wprasza się na jej lunch, pije jej alkohol, mówi, że wcale nie chciała tego, co się stało i chciałaby to naprawić, ale nie może. W końcu przeprasza. Natasha reaguje na to, wyliczając jej krzywdy, których doznała z jej powodu, i na koniec stwierdza, że teraz nie tylko zrujnowała jej małżeństwo, ale też lunch.
Jak na to reaguje Carrie? W narracji mówi mniej więcej tyle: „O nie, Natasha teraz znowu jest singielką w Nowym Jorku i my biedne inne singielki będziemy musiały z nią konkurować”. Mówi też, że Big jest znowu samotny i że świadczy to o poczuciu humoru wszechświata.
Cały wątek karmy był tak na siłę, jak tylko mógł być i jestem pewna, że koncept karmy wykoślawiono tak bardzo, jak tylko można było to zrobić. Ostatecznie wymowa jest taka, że domniemywania bohaterek na temat tego, co każe im robić kosmos są błędne i być może chodzić ma o to, że naszymi życiami nie kierują żadne siły, ale podsumowanie Carrie jednak temu przeczy. Da się też na to spojrzeć tak, że w przypadku Samanthy i Carrie karma zadziałała (chociaż moim zdaniem wypadki Carrie w tym odcinku nijak mają się do krzywd doznanych przez Natashę, ale cóż, pozostaje wierzyć, że Big ma się gorzej od Carrie), w przypadku Charlotte może i też, ale to nie jest tak, że to małżeństwo nie było na drodze do rozpadu od dawna (jak nie od początku), ale jak chodzi o Mirandę, no to nie wiem, czym sobie nagrabiła, żeby stracić faceta, który tak jej się podobał. Upiciem się na randce? To była dosyć bezpośrednia konsekwencja serii słabych randek, a nie czynienie zła, więc nie czaję.
Podejście Carrie do Natashy jest w tym odcinku okropne i cieszę się, że Natasha jej to wygarnęła. Z przeprosinami, których Natasha ewidentnie nie chciała słuchać, chodziło wyłącznie o to, żeby Carrie mogła sama sobie wybaczyć i za takie rzeczy karma jeszcze bardziej powinna ją pokarać.
Charlotte w końcu doszła do wniosku, że jej małżeństwo po prostu się nie sprawdza. Co mi się w tym wątku podoba, to że oto bohaterka dostała wszystko, czego myślała, że chciała (bogaty mąż z szanowanej rodziny utrzymującej służbę i grającej w tenisa), ale to nie było to. To stwarza bardzo dobrą okazję, żeby rozwinąć postać, która postawiona w takiej sytuacji ma szansę odkryć, że naprawdę chciała czegoś innego, ale złapała się na konwencje społeczne. Czy tak będzie? Zobaczymy.
W wątku Samanthy widzimy rzucenie się na kogoś bez pytania jako akceptowalną formę rozpoczęcia stosunku, co jest strasznie słabe. Przynajmniej tyle, że z historii Samanthy możemy wyciągnąć wniosek, że spotykanie się z kimś, z kim seks jest legalny może od roku czy dwóch lat, będąc zupełnie dorosłą osobą, to zły pomysł.
A Mirandy mi zwyczajnie szkoda. Przez kompleksy straciła szansę na udany związek i to po prostu dołujące.
Co wy myślicie o odcinku? Może jakoś inaczej interpretujecie działanie sił karmicznych w tej fabule?

***


S03E18 – Cock a Doodle Do!
Odcinek jest transfobiczny. Ostrzegam na wstępie, jeżeli nie chcecie się irytować, nie czytajcie.
Carrie budzi pianie koguta, bo, jak się dowiadujemy, niedaleko jej mieszkania jest klinika weterynaryjna. Samanthę tymczasem budzą transpłciowe ciemnoskóre pracownice seksualne głośno rozmawiające pod jej oknem. Bohaterka jest absolutnie oburzona tym, że po jej osiedlu dla bogaczy po nocach spacerują takie osoby. Wszystko to Samantha, Carrie i Miranda opisują w tej i kolejnej scenie niezwykle transfobicznym językiem, którego nawet nie chcę cytować – zaufajcie mi, jest źle.
Carrie stara się rozwiązać problem koguciego piania, idąc do kliniki. Ekspedientka mówi, że mogą przenieść koguty do piwnicy i to nie problem, ale gdy Carrie dowiaduje się, że zostały uratowane z walk kogutów na Bronksie, prosi, żeby tego nie robić, bo szkoda jej zwierząt.
Miranda tymczasem ma wrażenie, że pani przyjmująca jej zamówienie telefoniczne w chińskiej knajpie się z niej nabija, bo przewidziała, co zamówi, a potem się roześmiała (co dla mnie zabrzmiało jak raczej próba miłego zagajenia, ale w przypadku Mirandy oczywiście po raz kolejny muszą wyjść na jaw kompleksy związane z tym, że siedzi wieczorami w domu i nie gotuje).
Miranda i Carrie, spacerując, dostrzegają swoich byłych, Steve’a i Aidana, rozmawiających ze sobą w ogródku piwnym jakiejś przydrożnej knajpy. Oczywiście nie mają ochoty z nimi gadać, ale niezręczna rozmowa wywiązuje się i tak. Po chwili okazuje się, że panowie są na podwójnej randce ze swoimi nowymi dziewczynami, przez co nasze bohaterki są jeszcze bardziej speszone, aż w końcu sobie idą, po drodze wpadając na siebie, chociaż miały iść w tę samą stronę.
Wieczorem koleżanki spotykają się w mieszkaniu Charlotte i pomagają jej się spakować. Bohaterka zaznaczyła, że nie chce rozmawiać nieudanym małżeństwie z Treyem i panie rzeczywiście tego nie robią, ale gadają ogólnie o facetach i o tym, że Aidan i Steve poszli naprzód, chociaż Carrie i Miranda nie umieją. Charlotte stwierdza, że wolałaby, żeby żadnych facetów w ogóle nie było, to wszystkie miałyby spokój.
Czas na artykuł Carrie. Bohaterka poddaje rozważaniom przełomową myśl: a co jeśli za jej nieudane życie romantycznie nie odpowiadają faceci, tylko ona sama?
Samantha wciąż nie może spać, bo transpłciowe ciemnoskóre pracownice seksualne umawiają się z klientami pod jej oknem. Idzie z nimi pogadać i sprawa wydaje się względnie załatwiona.
Do Carrie dzwoni Big, mówi jej, że rozstał się z Natashą i umawiają się na lunch. Gdy Carrie mówi o tym Mirandzie, zaczyna się kłótnia. Miranda mówi jej, że Big źle na nią wpływa i że jeżeli znowu zacznie z nim być, to nie będzie wysłuchiwać jej płaczy. Carrie odpowiada jej, że czasem ludzie popełniają błędy i nie powinna tak ostro ich oceniać. Wyciąga jej też zerwanie ze Stevem – twierdzi, że odrzuciła go, bo popełnił jeden mały błąd, co nie jest prawdą. Sprawa była bardziej skomplikowana i głównie chodziło o to, że nie chciała mieć z nim dziecka. Jak możecie się łatwo domyślić, uważam, że Miranda miała rację (tak, mogła powiedzieć, co myśli, delikatniej, ale jestem w stanie zrozumieć zdenerwowanie na koleżankę, która zapewne zaraz wpakuje się po raz trzeci w tej sam toksyczny związek).
Po powrocie do mieszkania Miranda znowu zamawia jedzenie i znowu ma wrażenie, że pani przyjmująca je nabija się z niej. W końcu nie robi zamówienia telefonicznie, tylko wybiera się do knajpy, osobiście skonfrontować się z kasjerką. Szybko orientuje się jednak, że kobieta po prostu cały czas jest roześmiana, bo po prostu taką ma osobowość, i Miranda przestaje interpretować chichoty jako atak. W knajpie widzi Steve’a i uświadamia sobie, że wciąż zamawia właśnie stamtąd, bo ma miłe wspomnienia z tym miejscem związane ze Stevem. Rozmawiają o kłótni, która miała miejsce przed chwilą, i Steve ją pociesza. Przyznam, że trochę wzruszyłam się na tej scenie, bo widzimy, że Miranda dużo lepiej dogaduje się z nim niż z przyjaciółkami, nawet po zerwaniu. To zawsze był jedyny związek w tym serialu, któremu kibicowałam. Na koniec sceny Miranda symbolicznie zamówiła z menu coś nowego zamiast swojego standardowego zamówienia.
Samantha nie jest w stanie skupić się na seksie, bo pracownice seksualne wróciły. Wylewa na nie wiadro zimnej wody i nasyła policję, co przeraża kochanka i mnie też. Jest to typowy przypadek bogatej białej kobiety wykorzystującej policję przeciwko osobom mniej uprzywilejowanym, które są realnie zagrożone w takiej sytuacji niewspółmiernie do winy. Ostatnio było o tym mechanizmie całkiem głośno i dzisiaj Samanthę nazwalibyśmy Karen. Później jedna z pań wraca pod mieszkanie Samanthy i obrzuca jej okno jajkami. Carrie w narracji dodaje transfobiczną puentę o tym, że z tym facetem Samantha nie wygra, bo jest w połowie kobietą.
W mieszkaniu Charlotte zjawia się Trey i para uprawia dziki seks. Tak, stanął mu. Erekcja impotenta nie ratuje jednak tego małżeństwa. Po wszystkim rozmawiają o swoim związku i dochodzą do wniosku, że oboje mieli poczucie, że po prostu w tym wieku powinni być po ślubie, chociaż być może wcale naprawdę go nie chcieli.
Carrie leży w łóżku i nie może przestać myśleć o kłótni z Mirandą. Do tego koguty wciąż pieją, więc w końcu bohaterka dzwoni do kliniki i prosi o przeniesienie ich do piwnicy. Najbardziej w tej scenie dziwi mnie, że Carrie śpi w staniku.
Następnego dnia Carrie dzwoni do Mirandy i mówi, że czuje, że musi ostatni raz porozmawiać z Bigiem i że może potrzebować jej wsparcia, jeżeli okaże się, że to błąd. Miranda mówi, że nie wie tak naprawdę, co jest dobre dla niej i Biga i godzi się z nią.
Carrie i Big zaraz po powitaniu wpadają do stawu, po czym idą się wysuszyć do jego mieszkania. Do niczego między nimi nie dochodzi i Carrie wraca do siebie w jego koszuli.
W końcowej scenie odcinka widzimy, jak wszystkie cztery bohaterki urządzają sobie imprezę z paniami, z którymi wojowała Samantha. Z jednej strony cieszy mnie taki obrót sprawy, z drugiej strony czuć w tym jakiś fałsz, bo babki spod okna Samanthy zabawią się z naszymi bohaterkami, a na drugi dzień jak nie Samantha, to ktoś inny wezwie policję i może tym razem sprawa skończy się dla nich gorzej. W dodatku odcinek nieustannie kreśli analogie ich losu i losu kogutów z kliniki w sąsiedztwie Carrie, co wydaje się trochę nie na miejscu (w dodatku jest durnym żartem z podwójnego znaczenia słowa „cock”). Na koniec bohaterka nawet powtarza to, co powiedziała jej ekspedientka w klinice, uspokajając, że przeniesienie kogutów do piwnicy to żadna wielka sprawa: „Don’t worry, they have a very lovely life”. Czyli podobnie jak w przypadku kogutów, nasze bogaczki mają się nie martwić, jak przeganiają z kąta w kąt osoby żyjące na marginesie społecznym, bo potrafią one umilać sobie życie dobrymi imprezami. No ja w tym widzę tuszowanie problemu i próbę pocieszenia widzów, którzy być może podobnie, jak nie gorzej, traktują niżej od siebie postawionych.
Odcinek był o relacjach kobiet z mężycznami i kobiet z kobietami (przy czym transpłciowe kobiety scenariusz uznaje za w połowie mężczyzn, a w połowie kobiety, jak ostrzegałam, jest nieźle transfobiczny). Wątek Mirandy był w zupełności w porządku, chociaż już trochę męczy mnie nieustanne oglądanie walki Mirandy z tymi samymi kompleksami. No okej, wciąż wolę jej całkiem realne problemy od wszystkiego, co się dzieje w życiu romantycznym Carrie, ale chciałabym, żebyśmy zobaczyli jakiś rozwój tej bohaterki. Wątek Charlotte też nie wypada najgorzej, jak widzieliśmy wcześniej, jej pogoń za mężem nie była motywowana poszukiwaniem miłości, a pragnieniem zdobycia awansu społecznego. Mam nadzieję, że w czwartym sezonie bohaterka wyciągnie z tego dla siebie lekcję. Jak chodzi o Carrie, to odkryła ona, że relacje z kobietami potrafią być równie skomplikowane co z mężczyznami, no gratuluję. O Samancie w tym odcinku napisałam już wszystko, co miałam do napisania.
Z zalet odcinka: w scenie kłótni widzimy, jak Miranda i Carrie kupują w lumpeksie. Pierwszy raz popieram wybory garderobiane bohaterek.
Co wy myślicie o tym odcinku? Kto według was miał rację, Miranda czy Carrie?