O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Na tym blogu znajdziecie moje wariacje na temat tej i kilku innych analiz oraz moje własne komiksoanalizy (głównie książek Katarzyny Michalak).

3 grudnia 2013

Komiksoanaliza "Nadziei" Katarzyny Michalak - część druga

Cześć Wam! Tydzień minął, wracam więc z kolejną dawką "Nadziei". Tęskniliście?


Przypominam, w analizie oryginalny tekst książki jest w kolorze ciemnosiwym lub czarnym (trochę nie ogarniam, wybaczcie), a moje dopiski czerwone w komiksie, w analizie zaś ciemnofioletowe.


Zaczynamy tam, gdzie ostatnio skończyliśmy. Liliana pobiegła na swoich krótkich nóżkach do sołtysa, w celu sprowadzenia pomocy dla rannego chłopaka, przepraszam, elfa, znalezionego w lesie.



Sołtys nagle zapałał zainteresowaniem. Od dawna smolił cholewki do pięknej sąsiadki, która mieszkała z półdzikim ruskim chłopakiem na skraju wsi. Miał teraz sposobność ją odwiedzić.
Tutaj wyczuwamy już pierwsze objawy tego, jak przesiąknięty czystym złem jest sołtys. Zwróćcie uwagę - nie obchodzi go ranny chłopiec, a jedynie sposobność odwiedzenia Anastazji.
Chwycił beret, naciągnął na łysiejącą czaszkę i ruszył do wyjścia, nie oglądając się na drepczącą za nim dziewczynkę.
Na co ten beret naciągnął? Jak rzekła sama AutorKasia, jej wyobraźnia jest naprawdę nieograniczona (polecam wywiad w całości, każde słowo jest diamentem).
Tak wygląda sołtys, proszę Państwa!



Liliana wraz z sołtysem udaje się do Anastazji.
 Kobieta zwróciła na nią czarne oczy, jej twarz złagodniała. Patrzyła na małe, zaniedbane dziecko usiłujące coś wykrztusić i serce się jej ścisnęło z litości. Była jedną z nielicznych sąsiadek, które Lila cokolwiek obchodziła.
Dowiadujemy się, że Anastazja była zainteresowana losem Liliany. Jak to się stało w takim razie, że Liliana w poprzedniej scenie nie wiedziała kim Anastazja jest? Zwłaszcza w tak małej miejscowości?

 Anastazja dowiaduje się, że chłopak jest ranny i "ma krew na nodze"
Anastazja Limanowa zaniepokoiła się, bo przecież każdy, kto miał choć odrobinę miłości w sercu, by się zaniepokoił. A ona kochała przybranego syna.
Sołtys - pozbawiony serca wróg cierpiących dzieci.

- Pójdziemy razem. [powiedziała Anastazja]
- Pójdę z wami - mruknął sołtys, próbując ukryć wściekłość, że znów nic z umizgów nie wyszło, a ta upośledzona smarkula Borowego zwróciła na siebie całą uwagę pięknej Anastazji.
 W powrotnej drodze jego wściekłość przybrała na sile, musiał bowiem dźwigać mdlejącego co chwila chłopaka, a Anastazja jak nie była nim, sołtysem, zainteresowana, tak nie była. I to nie jemu dziękowała, gdy chłopak znalazł się bezpiecznie w swoim łóżku, a pogotowie było w drodze, a tej małej właśnie...
Voldemort? Darth Vader? Hannibal Lecter? Mięczaki! To jest SOŁTYS!
Pozwoliłam sobie zmienić nieco design postaci po raz kolejny.



Teraz następują podziękowania za uratowanie życia i zapewnienia o dozgonnej przyjaźni, nic ciekawego. 

A jeśli ktoś (Baba, Ore, Arczi, Jadzia) chce pocierpieć nad fonetycznym rosyjskim w tej książce, to proszę bardzo:
- Spasiba, malieńkaja. Ja będę twój drug, przyjaciel, do końca życia. Przysięgam.


Czas na sraczkę czcionek! Narracja przenosi nas do współczesności. Nie czepiałabym się tak, gdyby font był ten sam, co we współczesnej narracji na początku książki, ale nie jest. 
Font jest podobny, ale nie ten sam.W dodatku AutorKasia musiała jeszcze dorzucić kursywę.



A o czym nam mówi ten fragment? okazuje się, że nasz ruski elf "pożyczył" sobie konia (tego wieeeelkiego), i to ten koń kopnął go tak od serca, aby więcej cudzego nie pożyczał. Bardzo ważnym dla Liliany faktem jest też to, że Aleksiej nie zapłakał z bólu, jak zrobiłby to każdy dzieciak w jego wieku.

(...) dzieliło więc nas dwadzieścia kilometrów, a ja czułam twoją obecność, jakbyś był tuż obok. Mogłam rozmawiać nie tylko z wyimaginowaną przyjaciółką, ale i z prawdziwym, żywym chłopcem - co z tego, że obecnym duchem, nie ciałem.
A czym to się różni? Serio, niech ktoś mi wytłumaczy. Przecież na dobrą sprawę to i Logo-o-peda  istniała gdzieś naprawdę.


 Zyskałam dzięki tobie kogoś jeszcze: twoja ciotka, Anastazja, przygarnęła mnie niczym własną córkę. Po raz pierwszy, odkąd pamiętałam, ktoś mnie przytulał, ktoś spędzał ze mną długie godziny, tłumacząc świat, odpowiadając na setki pytań, jakie przez sześć lat wykluły się w głowie dziecka, wreszcie - za czym przepadałam - długimi pociągnięciami szczotki rozczesując moje włosy. Ja mruczałam z rozkoszy jak kot. Ciocia milczała, wkładając w tę pieszczotę całe serce. Zbolałe serce matki, która lata temu straciła swoją własną córeczkę. Wtedy o tym nie wiedziałam i nie musiałam wiedzieć.

Od czego by tu zacząć... Wykluwające się pytania są śmieszne.



 Hahaha.
Niech mi ktoś pokaże choć jedno długowłose dziecko, które lubiłoby czesanie włosów. Jedno. Przecież to dla sześciolatki jest tortura. "Pieszczota" "mruczenie jak kot" (wtf) "za czym przepadałam" - co? Wnioskuję, że autorka była krótkowłosym dzieckiem.
No i dochodzimy do sedna. To jest creepy. Zastępowanie zmarłej córki przyjaciółką przybranego syna. Tyle powiem.

Dalej, już w Times New Roman, poznajemy dalsze losy dzieci. Aleksiej i Liliana spotykają się na starej jabłoni, bo Aleksiej nie chce spotykać się z rodziną Liliany. Dowiadujemy się też, że rosyjski elf pochodzi z Czarnobyla, który położony jest na Ukrainie, a więc wcale Rosjaninem nie jest.


Pewnego dnia w domu Liliany obserwujemy taką scenę:





Czy to już jest ten moment, kiedy nienawidzimy głównej bohaterki? - zapytacie. Nie - odpowiem - ten moment dopiero nadejdzie.

Naprawdę, w tej chwili jeszcze Liliana nie zyskała sobie mego wieczystego hejtu. No bo w końcu jest sześciolatką bojącą się bijącego ją taty. Rozumiem, że w emocjach mogła wkopać przyjaciela (żart niezamierzony) w prawie zakatowanie. To mogłoby się zdarzyć.
Dziwi mnie jedynie to, że oprócz przeprosin nie dostajemy żadnego opisu, który sugerowałby, że Liliana żałowała bitego chłopaka. A nawet więcej, dostajemy coś takiego:
On, Aleksiej, takie bicie przeżyje jeszcze nie raz, ją Borowy mógł kiedyś zatłuc. Nie, nie kiedyś, dzisiaj właśnie, przed chwilą mógł ją zabić, gdyby nie napatoczył się on, Aleksiej.
Odnoszę wrażenie, że zachowanie Liliany zostaje pochwalone i w pełni usprawiedliwione tym, że Aleksiej mógł znieść to, czego Liliana by nie zniosła. Przeraża mnie to, jak lekkie ma podejście autorka do kwestii bicia dzieci.
Swoja drogą, o co chodzi z tym "on, Aleksiej"?


Poza tym, teraz jest chyba dobra pora na przedstawienie tekstu z tyłu okładki. Jest poruszający.

Piękna, przejmująca opowieść - przede wszystkim dla kobiet!
Lilianę poznajemy w momencie, gdy jako mała samotna dziewczynka wędruje przez las, szukając miejsca, w którym będzie bezpieczna i szczęśliwa. Zamiast Arkadii znajduje rannego Aleksieja, syna sąsiadki, który od tego dnia staje się jej najserdeczniejszym - i jedynym - przyjacielem. Dzieci dorastają razem, dzieląc się największymi tajemnicami i lękami. Niestety, los wkrótce je rozdziela i wydaje się, że ich drogi nigdy się już nie skrzyżują. Jednak Lilianę i Aleksieja połączyły na zawsze dwa uczucia, silniejsze od przeznaczenia: miłość i nienawiść. Mężczyzna ciągle powraca do kobiety, mimo że ta potrafi jedynie go ranić. ona, lilith, jest jak ogień, on - jak ćma. Miłość staje się obsesją, przeznaczenie zmienia się w fatum, a Liliana i Aleksiej nie potrafią, a może nie chcą się temu przeciwstawić. Pozostaje tylko Nadzieja...
Katarzyna Michalak oddaje do naszych rąk poruszającą opowieść o samotności, której doświadcza niejedna z nas, o miłości, która przezwycięża wszystko, i nienawiści, która wszystko potrafi zniszczyć. Powieść jest inna niż dotychczasowe. Pełniejsza, bardziej nieprzewidywalna, niekiedy dramatyczna.
Jeśli przebrnięcie przez to pierdu pierdu nie sprawiło Wam kłopotów, to wiecie już, że cała książka będzie o Lilianie Ogniu nieprzerwanie krzywdzącej Aleksieja Ćmę, i o tym, jak on powraca do niej z nienawiści. Czy coś.
Niżej znajdziemy też coś takiego:
"To kawał dobrej literatury przez duże L!"
Romuald Pawlak
Skoro Pan tak uważa.

W każdym razie dzieciaki postanawiają, że od teraz będą się spotykać po kryjomu.

Sraczka czcionek powraca ze zdwojoną siłą! Wrzucam zdjęcie mojego egzemplarza, byście mogli w pełni docenić to cÓdo.


Bla bla bla, Liliana jedzie do Nadziei. 

KejtM ma chyba obsesję na punkcie bicia dzieci.
Ja miałam szczęście, bo ojciec rzadko mnie tłukł. Najczęściej łapał za ramiona, wbijał palce tak, że bladłam z bólu, i zaczynał potrząsać. I wrzeszczeć. Bolał mnie potem kark, bolały siniaki na rękach, ale nigdy nie trafiłam na pogotowie. Dzieciaki z sąsiedztwa owszem.
I to dobrze tak? Jesteś w pełni pogodzona z tym, że ojciec cię bił, bo nie trafiłaś nigdy na pogotowie, a sąsiedzi tak.

A właśnie, miałam to poruszyć wcześniej, przy rodzicach bijących dzieci z miłości, w pierwszej części komiksoanalizy. W tej książce mamy czterech bohaterów na krzyż, reszta to bohater zbiorowy "wszyscy" lub "sąsiedzi", z podzbiorami "wszyscy chłopcy", "wszystkie dziewczyny", "wszyscy koledzy z uniwersytetu".


Wracając do bicia dzieci:

Nikt się jednak nie skarżył władzy. Podbite oczy? - Wpadłam na klamkę. Złamana ręka? - Potknąłem się na schodach. Stłuczona głowa? - Przewróciłem się na rowerze.
A ze strony autorki nawet próby uzasadnienia takiego stanu rzeczy.
Siniaki ukrywano przed nauczycielami, ci odwracali wzrok. Panowała zmowa milczenia. Przecież wszędzie działo się podobnie. Obowiązkiem ojca jest trzymać rodzinę twardą ręką i zarabiać na dom, obowiązkiem matki - karmić, sprzątać wychowywać. Nawet ciotka Anastazja nie raz i nie drugi wlała Aleksiejowi pasem, co przyznawał bez wstydu, szepcząc mi na ucho, że płakał tylko dlatego, by się nie zmęczyła tym biciem. On przecież wytrzymałby nie takie manto.
Ten fragment jest tak... tak obrzydliwy. Wychodzi mi z tego, że to w sumie nic takiego, to katowanie dzieci. Bo przecież to jest obowiązek ojca, trzymać rodzinę twardą ręką. Absolutna norma. Wszędzie tak jest. 
Pozwólcie, że przekażę coś autorce, która, mam nadzieję, przeczyta tę analizę:
AutorKasiu, NIE, bicie dzieci NIE jest czymś normalnym, a już na pewno NIE jest niczyim obowiązkiem.
Edit: Naprawdę mam nadzieję, że wrażenie usprawiedliwiania bicia dzieci przez autorkę nie było celowe i jest wynikiem braku zdolności literackich Kejt.
Poza tym, ciekawe jak się ma to zarabianie na rodzinę z nieustannym wydawaniem  zarobku na alkohol.
Do fragmentu o ojcu i matce dorzucę jeszcze dwa, pojawiające się na przestrzeni dwóch stron od niego: gdy ojcu nie starcza na wódkę, a matce na chleb. i Ci słabsi pozostaną pod ciężkim butem ojca czy pantoflem matki do końca. Macie już mniej więcej pojęcie, w jakim stopniu ta książka naładowana jest seksizmem. Nawet w butach musiało być zróżnicowanie.
Fragment o Aleksieju... Sądzę, że to po prostu przechwałki chłopca "jaki to ja jestem wytrzymały", gorzej, jeśli w założeniu autorki, tak to właśnie wyglądało, wtedy poziom tolerancji na przemoc wobec dzieci jest u pani Michalak na zatrważającym poziomie.
Dziecko czuje się również winne. To przecież ono rozgniewało tatusia czy mamusię. Rodzice "za darmo" by dziecku nie wlali. Bite dziecko słyszy co i rusz: "To przez ciebie...!", "Ja dla ciebie żyły wypruwam, a ty...!", "To twoja wina...!", a że dorośli nie mogą się mylić (bo przecież nie mogą prawda?) w dziecku wzrasta poczucie winy. Klęka, błaga o wybaczenie, całuje matkę czy ojca po rękach i nikt małemu czy małej nie powie, że to oni powinni przepraszać córkę albo syna, nie na odwrót. Nikt tego nie powie, bo przecież wszędzie jest tak samo.
Początek kojarzy mi się z dziećmi uwodzącymi pedofilów.
I... Czyżby światełko nadziei? Czyżby autorka krytykowała podejście "wszędzie jest tak samo"? Czyżby wcale nie była tolerancyjna dla katowania dzieci? Mam szczerą nadzieję, że ten fragment nie został dodany przez wydawnictwo.
Dopóki ktoś ich nie uwolni i - jak to często bywa - nie zastąpi rodzica w roli "wychowawcy".
Ty, Aleks, chłopiec a potem mężczyzna o najsilniejszym charakterze, jakiego poznałam w całym moim życiu, nigdy nie podniosłeś na mnie ręki. Nie nadawałeś się więc do tej roli.
WTF? Uwolni, rozumiem, spod tego bicia i ciężkiego obuwia, dlaczego więc nie nadaje się do tej roli ktoś, kto nigdy nie podniósł na nią ręki? Jak w ogóle miałby dwa lata starszy od niej chłopak zostać jej "wychowawcą"?  Niech mi ktoś proszę wyjaśni, co autorka miał na myśli pisząc to.


Okazuje się, że Aleksiej postanowił zemścić się na Borowym spuszczając z uwięzi krowy i wpuszczając je w szkodę. Borowy wściekł się, i Przekleństwa padały tak często, że krowy powinny już nie żyć. cokolwiek by to nie znaczyło. W każdym razie Borowy domyśla się, kto spuścił jego krowy, ale nie chce iść do jego opiekunki, bo "Anastazja szczeniakowi bez powodu nie wleje, próżno do niej na skargę chodzić.", nic nowego.



Dobra, za dużo tych smętów.

 Dalej mamy rozmowę dwójki dzieciaków na temat kontynuacji zemsty, w trakcie której:




Jeszcze chwilę później dowiadujemy się, że Anastazja...

Kochała chłopca jak własnego syna i pragnęła dla niego lepszej przyszłości niż sama miała - ruska dziewczyna wśród nienawidzących tej nacji Polaków.
1. Dziękujemy za generalizację.
2. W książce wszystkie przejawy niechęci Polaków do Rusków odnoszą się do Aleksieja, Anastazji bano się raczej dlatego, że była wprost przeniesiona z legend o wiedźmach i czarownicach.
3. Jeszcze parę stron temu byliście Łemkami.


Żeby już nie rozkładać tego dzieła literatury zdanie po zdaniu, streszczę, że Liliana pyta Anastazję, o miejsce z kratami w oknach, i czy zabiorą tam Aleksieja. Anastazja idzie sobie i zabrania więcej o to pytać. Zdezorientowana Liliana wraca do domu, do macochy, tam pyta o to samo i dowiaduje się, że chodzi o poprawczak. Pyta jąkając się przy okazji, z czego nabija się Elżunia. Jako ciekawostkę dodam, że jąkanie się jest nazywane w tej książce "kalectwem". Liliana idzie porozmawiać z Aleksiejem.





"Rozbiję świnkę i zapłacę za szybę" - myślała przy tym zmartwiona zarówno szkodą, jakiej się dopuściła, jak i losem koguta, którego lubiła. Jak zresztą całą menażerię Anastazji. Lilipucie kurki, śmieszne kaczki kołyszące się na boki przy każdym kroku, pieska Dzwoneczka, który zamiast odstraszać łobuzów, łasił się do każdego przechodnia. "Nie do każdego" - mruczał Aleksiej, gdy Lila o tym mówiła. - "Umie rozpoznać, kto swój, kto wróg". Kot Czarny był biały jak mleko, a oczy miał niebieskie jak oczy Lili. Jego też lubiła. No i jeszcze starą jak świat krowę, która nie dawała za wiele mleka, za to łagodnym spojrzeniem dużych czarnych oczu i cichym muczeniem potrafiła rozbroić właścicielkę. Anastazja ani myślała prowadzić ją do rzeźni. Tak, Lila nie darowałaby sobie, gdyby któremuś zwierzęciu stała się krzywda.

Tak, w tym momencie stwierdziłam, że nie czytałam nigdy nic równie okropnego jak ta książka. Te wszystkie zdrobnioneczka, wieeeelki koń, logo-o-peda i inne bzdety mają nam budować obraz Liliany jako słodziutkiej dziewuszeczki uwięzionej w świecie złych dorosłych, dość wymienić sołtysa i Borowego. Tylko tutaj AutorKasia po prostu przegięła pałę. 
Zawisła groźba sprzedania koguta, a co za tym idzie, uśmiercenia go. Co nam daje autorka? Napchany słodyczą akapit na temat miłości Liluni do zwierzaczków podsumowany stwierdzeniem, że nie darowałaby sobie, gdyby któremuś stała się krzywda. Tak.
Przypomnijmy sobie, co dostaliśmy po tym, jak na oczach Liliany Aleksiej był katowany przez jej ojca i mało co nie zszedł? "On, Aleksiej, takie bicie przeżyje jeszcze nie raz". I tyle. Rozumiecie już chyba, co mam na myśli.
Tak właśnie przedstawiona jest w tej książce protagonistka. 
W tym momencie właśnie znienawidziłam postać Lilusi na wieki. 
Swoją drogą, to wiedzieliście, że Katarzyna Michalak jest weterynarzem?


Dojechaliśmy do około pięćdziesiątej strony książki. Zostało jakieś dwieście.



A co w następnym odcinku? Aleksiej, który nienawidzi krat, podróż pekaesem do krainy za górami, za lasami oraz Liliana, co nie zabiła pisklaczka.


25 komentarzy:

  1. Nie wiem, czy bardziej rozpierdala mnie wizja wsi ałtorKasi (srsly, przecież ta kobieta mieszka na wsi), jej kompletnie beznadziejny styl, jej obrzydliwe poglądy czy kompletna nieznajomość życia,
    Gdyby nie te kolorki, miałabym poważne problemy z rozróżnieniem, które fragmenty wydano...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ruziowa dżdżownica, która się zacięła, zdobyła moje serce. *tyle dużo loff*

    Sołtys Wcielone Zuo! <3

    E...khem, dlaczego Legosiej jest, khem, kobietą?

    Przy „rozumie i godności człowieka" oplułam się herrbatką.

    Z fotki sraczkoczcionkowej strony:
    pobiegnę się nad gliniankę
    Yyy, to jakiś regionalizm?

    Ja już wcześniej domyślałam się, że i poglądy ałtorkasi, i jej sytuacja „rodzinna" musi być niezłą patologią...

    Dopóki ktoś ich nie uwolni i - jak to często bywa - nie zastąpi rodzica w roli "wychowawcy".
    Esiu, ałtorkasi chodzi chyba o to, że spod pasa ojczulka taka pannica przechodzi pod pas mężulka. Radujmy się, och, jakie to piękne...

    Całe szczęście, że ałtorkasia nie jest praktykującym weterynarzem. Szkoda by było tych uśmierconych przez losowo wypisane leki zwierząt. ;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie wychodzi mi, że mąż jest wychowawcą. OK, skoro Kejt tak uważa ._. Nie no, jej poglądy są w takim razie jeszcze bardziej zjechane niż myślałam. Czemu jest kobietą, czym jest glinianka, jak krowy mogłyby zdechnąć od przekleństw... Ta książka stawia czytelnikowi tak wiele pytań.

      Usuń
    2. Ja myślę, że z tym zdychaniem od przekleństw, to jest tak. Borowy biegnie i widzi, że te krowy pouciekały i wrzeszczy coś jak "a bodajbyście zdechły, wy siakie owiakie" albo "a niech was pokręci" i tak dalej. I na zasadzie "gdyby słowa mogły zabijać" dostajemy taką metaforę. Ona mi się wydaje niezręczna, bo czy klął by krowy, czy sprawcę zamieszania - chyba raczej sprawcę, więc to on mógłby zdechnąć od przekleństw.

      Usuń
    3. glinianka to wyrobisko po kopalni gliny, które wypełniło się wodą - takie sztuczne jeziorko.
      Ogólnie fantastyczna sprawa - polecam kiedyś latem wykąpać się w gliniance, zwłaszcza takiej z tych bardziej dzikich :D

      Usuń
  3. Po bliższym zapoznaniu z tą wybitnie złą twórczością chyba zmienię zdanie co do wypocin Meyer. Toć S.M. przy autorKasi to talent pierwszej wody. No dobra, może nie pierwszej, ale przynajmniej o klasę wyżej. A tak swoją szosą muszę powiedzieć, że podziwiam Twoją pracę. Ta forma analizy całkowicie urzekła moje serce, chociaż mimo humoru z jakim tworzysz swoje komiksy i tak mój wkurwometr wybił daleko poza skalę. AutorKasia zrobiłaby ogromną przysługę całemu światu, gdyby swoją działalność literacką ograniczyła do okolic własnej szuflady. Chociaż trzeba jej przyznać jedno - baba jest cholernie uparta i konkretna w dążeniu do wyznaczonych celów. Właściwie tylko i wyłącznie dzięki swojemu zaparciu i pracy z nikomu nieznanej aŁtoreczki stała się popularną, ekhm, pisarką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety polonistka zabiła w niej chęć pisania tylko na 16 lat.

      Usuń
    2. [*] wpisujcie miasta :(

      Usuń
  4. Hiehiehie, Ruscy Ukraińcy a-nie-bo-Łemkowie zrobili mi dzień <3
    I to uparte bicie dzieci... jak ona może bezczelnie sugerować, że nie ma w tym nic złego?! AutorKasia ma córkę, dobrze pamiętam? Hmm... może donosik do opieki społecznej, tak na wszelki wypadek?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ma dwóch synów (ale jeden się z nią chyba nie wychowuje);

      Usuń
  5. Ciekawe co by było, gdyby AŁtorKasia zaczęła interesować się polityką...

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam wrażenie, że te fragmenty o biciu, wychowywaniu i inne "mamo, nie bij mnie, bo się zmęczysz" miały być ironiczne. Tzn. autorka chciała pokazać, jak (podobno) traktuje dzieci duża część społeczeństwa, udając, że bierze to za dobrą monetę i w ten sposób pokazać, jakie to straszne. Tak samo w scenie z sukienką - dziewczynka tak się bała lania, że skłonna była wystawić do wiatru nawet najlepszego (jedynego) przyjaciela. Mam wrażenie, że autorka zdecydowanie protestuje przeciwko biciu, tylko pisze to w tak kulawy sposób, że czytelnik od razu podejrzewa ją o najgorsze.

    A glinianka to taki zbiornik pozostały po kopaniu gliny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta sama kwestia pojawiła się na Forum. Można to tak interpretować, ale "w domu ktoś je kochał" i "Aleksiej, co nie takie manto zniesie" utwierdzają mnie w przekonaniu, że Kejt co najmniej lekceważy problem bicia dzieci.

      Usuń
    2. Ja się zastanawiam, jaki psychol to wydał. Przecież te fragmenty o biciu powinny być co najmniej zmienione. Da się chyba po ludzku opisać kwestię bicia dzieci tak, żeby czytelnik nie miał wątpliwości, czy jest to zjawisko dobre, czy złe. Gdzie jest edytor?!

      Usuń
    3. O to to to, przecież nie trzeba wstawiać sztywnych wykładów moralizatorskich, żeby jednoznacznie przedstawić bicie dzieci jako złe, prawda? Albo, na Bór, przynajmniej tak, żeby czytelnik nie miał wrażenia, że jest ono pochwalane.

      Usuń
  7. Wiem, co to jest glinianka. Nie wiem, co to znaczy pobiegnę się. ;p

    OdpowiedzUsuń
  8. Co do kwestii tolerancji dla bicia dzieci - myślę, że wszystkie te zabiegi mają raczej na celu podkreślenie jak bardzo dzieciom na świecie źle. Książka AłtorKasi nie obejdzie się bez stosownej dawki przedramatyzowania. Kawałek z "przynajmniej ktoś je kocha w domu" mógł mieć nieco inne znaczenie (np. Borowy interpretuje siniaki powstałe od zabaw jako skutki bicia, usprawiedliwiając tym samym złe traktowanie i brak miłości do córki). Co innego jednak w kwestii podziału ról i ogólnie dyskryminacji płciowej. To nie pierwsza sytuacja kiedy KM przedstawia mężczyzn stereotypowo, jako silniejszych i zarazem okrutnych (w "Bezdomnej" też było).
    Bohater zbiorowy bo to epopeja wsi polskiej jest.
    Kadr z elfem zbierającym jabłka prześliczny <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Borowy interpretuje siniaki powstałe od zabaw jako skutki bicia, usprawiedliwiając tym samym złe traktowanie i brak miłości do córki." - Bardzo ciekawa interpretacja, podoba mi się. Tylko niestety mało, moim zdaniem, prawdopodobna w książce tej autorki. Pozostają tylko domysły, czy Kejt chodziło jednak o to, co tutaj piszesz, czy to po prostu bezrefleksyjnie wrzucone zdanie, jak wiele w tym dziele. Na tę chwilę, wnioskuję, że AutorKasia nie popiera bicia dzieci, a nawet miejscami widać, że przeciwko niemu protestuje, ale jestem prawie pewna (bo pewna nigdy nie będę, nie znam kobiety), że lekceważy cierpienie dzieci i lekko podchodzi do sprawy.
      "Bezdomnej" nie czytałam, i cóż, raczej nie mam zamiaru, ale czytałam kilka fragmentów, i tam to chyba tego seksizmu nawet większe stężenie jest.
      Za dziesięć lat zamiast "Pana Tadeusza" będziemy omawiać "Nadzieję", założę się ;)
      Tak! W końcu ktoś zczaił kadr z jabłkami! <3 Byłam z niego taka dumna, a tu nikt nawet nie zwrócił uwagi...

      Usuń
    2. Nie czytaj. Rani mózg.
      Tak sobie myślę, że w "Bezdomnej" przemoc domowa wobec kobiet jest traktowana na podobny sposób, jak tu wobec dzieci. Przedstawiona tak, jakby była normą dla wielu mężczyzn. Niby nie pochwalona, ale jednak potraktowana dość lekceważąco (nieszczęsne "a mógł zabić"). Choć w "Bezdomnej" uznałam to za część stylistyki (nieco rynsztokowej, narracja często I-osobowa) to masz rację, patrząc na całość twórczości Kejt, takie wpadki zdarzają się za często.
      Nie sądzę jednak, by było to tak napisane przez zlekceważenie tematu, raczej skutki prób nadania dramatyzmu połączone z niezdarnością literacką. Nadal jednak brzmią takie rzeczy tak, jak brzmią.
      Margajki w nowej formie zawierają dużo treści, także łatwo przeoczyć takie smaczki. A warto być uważnym. Tułów Ewy idealnie komponuje się z twarzą łemko-ukraińco-wilkołako-elfa, do tego przemycone subtelne porównianie, jakoby kradzież jabłek z sadu samego Sołtysa była równa grzechowi pierwszej kobiety. Piękne <3
      Rozmowa o zemście też mnie urzekła, zwłaszcza ten żuczek.

      Usuń
  9. Anonimowy 8 grudnia 2013 14:27
    glinianka to wyrobisko po kopalni gliny, które wypełniło się wodą - takie sztuczne jeziorko.

    Dziękuję za oświecenie, anonimie. Jak przyjrzysz się uważniej, to dostrzeżesz, że w komentarzu niżej napisałam:
    Shun Camui 4 grudnia 2013 21:23
    Wiem, co to jest glinianka. Nie wiem, co to znaczy „pobiegnę się". ;p

    Dziękuję za uwagę.

    OdpowiedzUsuń
  10. Na tegorocznym PAconie na panelu Stanisława Mąderka AłtorKasia została zjechana od góry do dołu :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Eśko, polecam do przeczytania i zanalizowania jeszcze Przepis na Szczęście, również dzieUo aŁtorKasi. Nie jest to typowa książka, bo w zamyśle miała być książką kucharską (borze, dlaczego ta kobieta musi udowadniać, że może napisać WSZYSTKO). W każdym razie są tam cztery opowiadnia, co jedno to durniejsze. A szczytem wszystkiego jest opowiadanie o cudownie wyleczonym w dwa miesiące ojcu-alkoholiku. Prawie dorównuje mu to, w którym starsza pani nie chce donosić na policję na syna-bandziora i woli wyjść za mąż za sąsiada, żeby się wyprowadzić (nie żartuję, tam naprawdę tak jest). Oczywiście znowu mamy lekceważące podejście do przemocy domowej. Byłyby z tego świetne margajowe komiksy.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja wiem, że komentarz mocno spóźniony i tak dalej, ale może ktoś mnie oświeci- czy po rzuceniu kamieniem w szybę jej odłamki nie powinny raczej wpaść DO mieszkania?

    PS. mnie też rozwalił kadr z jabłkiem :D

    L.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie powinny, ale za mało się znam na fizyce, żeby wykluczyć wypadnięcie na zewnątrz. Mnie osobiście nie razi. A już na pewno nie tak jak reszta książki ;D

      Usuń
    2. Zgadzam się, książka jest koszmarna, podobnie zresztą jak inne "dzieła" AŁtorKasi, z którymi miałam wątpliwą przyjemność się zetknąć.

      Co do fragmentu ze szkłem- część odłamków wypada na zewnątrz, ale na pewno nie ma takiego rozrzutu, żeby "spaść prawie na głowę dziewczynki", no chyba, że rzucała tuż spod okna, albo zamiast kamienia wzięła granat.

      W ogóle: pomysł na recenzję i wykonanie- genialne :D

      Pozdrawiam-

      L.

      Usuń