O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Przyszło mi do głowy, żeby publikowane wcześniej na forum analizatorskim dzieUo opublikować ponownie, tym razem na swoim własnym blogasku. Tutaj też będą się pojawiać (mam nadzieję) moje kolejne wariacje na temat opek i analiz. Pierwsze odcinki wyglądają strasznie źle, ale nie bójcie się, dalej jest tylko bardzo źle.

Komiks pojawia się w poniedziałki lub wtorki, zależnie od weny i nastroju aŁtorki.

A zdjęcia słodkich margajów do galerii możecie przesyłać mi na esia221@gmail.com ;)

10 grudnia 2013

Komiksoanaliza "Nadziei" Katarzyny Michalak - część trzecia

Jest już wtorek, wracam więc z "Nadzieją". Na pewno nie mogliście się doczekać kolejnego spotkania z tą niezwykłą książką.
Zanim zaczniemy. Uważam, że "Nadzieja" to najgorsza książka jaka zaistniała we wszechświecie. Nie znam Waszych odczuć, ale wnioskując po komentarzach, raczej także uważacie ją za okropną. W naszym poglądzie jesteśmy osamotnieni. (Naprawdę nie zalecam otwierania linku osobom o słabszych nerwach). Dodam może, że pochlebne, czy pełne zachwytu opinie na temat książek takich jak ta, są tym, co popchnęło mnie do skomiksoanalizowania "Nadziei" (to i własny masochizm). Nie bądźmy bezkrytyczni. Czepiajmy się wad i błędów. Rozmawiajmy.
A teraz już do rzeczy. Jak zwykle, tekst oryginalny będzie ciemnosiwy lub czarny, a moje wymysły czerwone lub fioletowe.

Liliana wybiega z krzaków i po drodze wpada do dołu. 
Bolała ją głowa, bolały plecy i noga, która podwinęła się podczas upadku, ale nie to wycisnęło łzy z oczu dziewczynki, gdy w końcu wstała i próbowała się wydostać z głębokiego dołu. Nie było o tym mowy. Nie sięgała nawet do połowy wysokości. Podskakiwała jak wróbel, mimo bolącej nogi, próbując sięgnąć wystającego korzenia, ale poddała się po kilku próbach.
Świetna okazja do zmiany designu bohaterki. 



Usiadła na dnie wykopu, podwinęła kolanka, oplotła je rękami, bo zimno zaczęło przenikać dziewczynkę na wskroś i zaczęła cicho wołać imię przyjaciela. Tak cicho, by usłyszał ją Aleksiej, a nie jego ciotka.
Naprawdę, to mogły być KOLANA, dziewczynki się nie czepiam, bo w końcu dziewczyna średnio pasuje do sześciolatki. Jak to działa, że Aleksiej ma czulszy słuch niż Anastazja? Może naprawdę Aleksiej jest psem, a Liliana użyła specjalnego gwizdka?
Nie on, ale Dzwoneczek przyszedł najpierw Lili z pomocą. Podbiegł zaaferowany na skraj wykopu, zaskomlał i nim mała zdążyła go zawołać - zniknął. Chwilę później usłyszała cichy głos Aleksieja.
- No co jest piesku? Kuda ty mnie wiedziosz?
O.O Ona serio miała gwizdek na psy. Zaaferowane psy.
Swoją drogą, ciekawi mnie, dlaczego nazwali psa Dzwoneczek...



Chłopiec rzucił się w stronę jej głosu. Chwilę później leżał na brzuchu, próbując sięgnąć wyciągniętej rączki i nie wpaść samemu. Tego by sobie nie darował. Nawet nie ze względu na ciotkę, która nie byłaby zadowolona z nocnej eskapady, a ze względu na swoją dumę. Aleksiej Dragonow potrafił radzić sobie sam!
A nie ze względu na to, że nie miałby go kto wyciągnąć? Nie. Aleksiej radzi sobie sam, Aleksiej płacze, żeby się bijąca go ciocia nie zmęczyła, Aleksiej jest mężczyzną o silnym charakterze.
Wreszcie Lila podskoczyła wyżej, on nachylił się tak, że niemal wpadł, i w końcu chwycił dziewczynkę. Szarpnął w górę, zaparł się nogami, pociągnął jeszcze trochę i Lila wylądowała szczęśliwie obok swego wybawiciela.
Jaki wspaniały opis! Widzicie to?



To jest tak skrajnie idiotyczne, że nie ma słów. 
Po prostu, ech, naprawdę, no naprawdę?
W więzieniu jest wesoło, bo jest dużo chłopców, tylko ty przecież nienawidzisz krat... Żeby tylko nie te kraty.
Okradł sprzedawcę na targu, bo taki buntowniczy fan wolności, tak? I ma zdobyć przez to nasz szacun, tak? Nie wyszło.
Chyba AutorKasia chciała wejść w psychikę dziecka, które zapamiętuje pewne stwierdzenia/zachowania i stara się do nich stosować/powtarzać je. Wyszła jej bohaterka idiotka.

Liliana wraca do domu, tam Borowy uderza ją lub popycha na ścianę, nie jest to sprecyzowane, w taki sposób, że dziewuszka rani się w głowę. Borowi stoją dookoła i nie wiedzą o co chodzi. Wbiega Aleksiej i próbuje ją ratować.
Borowy posłał mu spojrzenie pełne nienawiści. Ale i nadziei. "Ratuj ją, a potem... niech się dzieje co chce" - mówiły oczy mężczyzny.
Miałam wizualizować mówiące oczy, ale doszłam do wniosku, że pozostawię pole do popisu Waszej wyobraźni.
Gdy dostał pełną szklankę [wody] wyjął z kieszeni chusteczkę, namoczył i delikatnie przetarł twarz nieprzytomnej. Powieki zadrżały leciutko. Wycisnął parę kropli na usta dziewczynki i znów otarł jej buzię.
Czemu nie szklaneczka, kieszonka, twarzyczka, powieczki, kropelki i usteczka?
- Wezwijcie pogotowie, na co czekacie?! - krzyknął na Borowego, ten jednak wzruszył ramionami.
- Nic jej nie będzie.
No, niezły sukinsyn z Borowego.
W kuchni zostali tylko we dwóch: Borowy i Aleksiej. Patrzyli na siebie długą chwilę. W oczach mężczyzny nie było mi krzty wdzięczności. Została tylko nienawiść. Ta sama, co płonęła w spojrzeniu chłopca.
- Jeszcze raz zrobisz jej coś takiego i...
- I co, gnoju? - Borowy podniósł się. Był wysoki i zwalisty. Górował nad dzieckiem o parę głów. Mimo to Aleksiej spojrzał mu bez strachu prosto w twarz.
- Dopadnę cię we śnie. I zarżnę jak świniaka.
Czy Borowy ma w sobie cokolwiek oprócz nienawiści? 
Wow, wow, jaki Aleksiej odważny, wow, jaki silny charakter.
Rusek był zdolny do wszystkiego, on, Borowy, spać musiał, a zamiast Lilki mógł prać żonę.
"On, Aleksiej", "on, Borowy" ktoś mi wyjaśni, dlaczego tak?
Lilka, żona, bić coś trzeba.


Dostajemy tutaj jeszcze fragment kursywą, w którym teraźniejsza Liliana mówi o tym, jak myślała, że ojciec zaczął ją kochać, i dlatego jej nie bije, ale Elżunia uświadomiła ją, że to przez twojego obrońcę, tego brudnego Ruska! Ojciec ciebie nie tknie, bo mu bandzior gardło obiecał poderżnąć i na nas się teraz wyżywa! Żeby cię szlag trafił, przybłędo! Ciebie i tego bękarta! Tak, wiem, że ośmiolatki nie mówią w ten sposób.

Wracamy do przeszłości. [Maria] Nie miała zamiaru rezygnować z wolnych chwil na rzecz sieroty, którą dostała razem z mężem. Lubiła Lilę, dziecko nie sprawiało kłopotów, jednak bardziej lubiła plotki z sąsiadkami. I w trakcie tego plotkowania macocha Liliany dowiaduje się, że Ta spod lasu, Anastazja, myśli się wyprowadzić (...) Zwija gospodarstwo, zabiera tego swojego przybłędę i idzie szukać szczęścia gdzie indziej. Tu widać chłopa nie znalazła. Maria zwraca uwagę, żeby tak nie  mówiła, bo dziecko (bawiąca się klockami Liliana) słucha, na co sąsiadka odpowiada: Niech słucha. A na waszym miejscu, sąsiadko, pilnowałabym małej, bo kto to słyszał, żeby dziewczynka z chłopaczyskiem całymi dniami się włóczyła. Z ruskim do tego. Co Maria ripostuje: Pilnujcie lepiej swojego Antka, bo kraść zaczyna! 
Rozbawił mnie ten fragment.

Liliana opuszcza pomieszczenie cicho jak duch, biegnie do Anastazji karmiącej świniaka i robi dramę. 


Anastazja przyglądała się dziewczynie z mieszaniną ciekawości i lęku. Dziewczynka miała widać dar jasnowidzenia, bo skąd mogła wiedzieć o domku za górami za lasami? Z "Królewny Śnieżki"? Nawet Aleksiejowi nic jeszcze o tym miejscu nie wspominała. Jeśli jednak Lila widziała Nadzieję, to wizja Alka w poprawczaku też była prawdziwa...
Nie wiem, co jest większym WTFem, dorosła kobieta biorąca serio takie bzdury, czy dorosła kobieta, która takie bzdury wymyśla.

Anastazja opowiada Lilianie o Nadziei - domku za górami. za lasami.
- Otóż... - Anastazja przymknęła oczy, by przywołać ze wspomnień obraz rodzinnego domu. - Za lasami, za górami jest polanka, do której drogę znają tylko nieliczni. Stoi na niej mała chatka z modrzewia. Wiesz, co to modrzew? Takie drzewo, co na zimę gubi igły. Ma grube ściany, ta chatka, które zimą chronią przed mrozem, i wysoki, spadzisty dach, na którym śnieg nie uleży długo. Okna zamykane są na solidne okiennice, żeby wicher nie dostał się do środka. Tak jest zimą, za to latem... - Anastazja umilkła, rozmarzyła się. - Latem polana kwitnie wszystkimi kolorami, strumień, który opływa ją niemal dookoła, śpiewa wesołe piosenki, a jodły - tak wielkie, jakich nigdy nie widziałaś - szumią grzecznym dzieciom bajki na dobranoc. Bo cały ten domek jest jak z bajki.
Ile razy porzygaliście się tęczą czytając ten opis?
Wychodzi mi, że Nadzieja wygląda mniej więcej tak:


Kilka zdań dalej dostajemy od autorki spojler kursywą.
A jednak trafiłam do bajkowego domku szybciej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. I jest to chyba najpiękniejsze wspomnienie z mojego - nie najweselszego przecież - dzieciństwa.
Wspominałam już, że książka najeżona jest autospojlerami? W zasadzie jedyną rolą tych wtrąceń ze współczesności jest zdradzanie meandrów fabuły, które bez ich pomocy, poznalibyśmy pięć stron dalej.

Po tej krótkiej spojlerowej wstawce wracamy do przeszłości (tak) Borowy wpada pod samochód sąsiada, pijanego tak samo jak Stach Borowy. Policji więc nie wezwano, za to rannego żona zawiozła do szpitala. Borowy ma krwotok wewnętrzny i już po powrocie do domu, gdzie czekały przerażone dzieci Maria dostaje wiadomość od sołtysa, że Borowy będzie żył, a w szpitalu musi zostać na tydzień lub dwa. 

Maria była twardą kobietą, wychowaną na wsi. Jednak życia tutaj, w Zagrodzinie, u boku brutala, którego kochała coraz mniej, a bała się coraz bardziej, miała dosyć. W jej domu rządziła matka i nikt nie śmiał podnieść na nią ręki czy choćby głosu. Ojciec był pracowity i potulny, pił rzadko, a jeśli już - matka zamykała go w komórce, gdzie miał swój barłóg, żeby wstydu rodzinie nie przyniósł.
Zamknąć Stacha? - Maria zaśmiała się do siebie smutno. - Nie za takiego chłopa wychodziła. Przed ślubem, zabiegając o jej rękę, przychodził w odprasowanych koszulach, czystych spodniach, gładko ogolony i pachnący wodą kolońską. Było się do kogo przytulić. Gdy dostał na Marię urzędowy glejt, rzucał koszule pod siebie, golił się raz w tygodniu, w niedzielę, a wodę kolońską dawno wypił.
Jak łatwo się domyślić, Maria planuje odejście od Borowego.
Wiem, że z "nie za takiego chłopa wychodziła" chodzi o to, że nie za pijącego brutala, ale z tekstu mi wynika, że nie może go zamknąć w komórce, bo kiedyś nosił czyste koszule.
Zwróćcie uwagę na uroczy zwrot "dostał na Marię urzędowy glejt".

Akapit rozkmin, dlaczego Borowy pierwszą żonę kochał, a jej dziecka nienawidzi, a potem taka rewelacja:
O nie. Nic Marii tutaj nie trzyma. Ślub cywilny to żaden ślub. Jeśli Borowy chce mieć bezpłatną sprzątaczkę, kucharkę i kochankę, musi o to pozabiegać, teraz jest okazja, by zatęsknił za porządną obsługą.
Jeśli braliście ślub cywilny, to tylko wam się wydawało, że braliście ślub. Bo to żaden ślub.
Czyli plan Marii opiera się na sprawieniu, żeby Borowy zatęsknił za "obsługą" i "pozabiegał" o Marię - bezpłatną sprzątaczkę, kucharkę i kochankę. Nie mam więcej pytań.
Maria zerwała się z miejsca jak ukłuta w pośladek, pobiegła na strych, po walizki i gorączkowo zaczęła pakować rzeczy swoje i córki.
Córki...?! A co z tą drugą?

Ręka z koszulą Elżuni opadła. Ona sama, z własnym dzieckiem, może odejść, ale sieroty w pustym domu nie zostawi przecież. A zabrać ze sobą też nie zabierze. Maria jęknęła. Kto zaopiekuje się na ten tydzień czy dwa dzieckiem? Do tego takim dzieckiem? Jąkałą, której inne nie tolerują? Przyjaciółką ruskiego chłopaka?
Rozumiem, że więcej znaków interpunkcyjnych już się po "córki" nie dało władować. Wychodzi mi, że jest w tej całej Zagrodzinie jakaś społeczność jąkał, która nie toleruje Liliany. I serio, o co chodzi z tą ruskofobią, rozwiniętą na tyle, że już nawet przyjaciele Rusków są napiętnowani? 

W każdym razie Maria zostawia Lilianę Anastazji, choć ta mówi, że niedługo wyjeżdża.
Mam autobus za godzinę, a jeszcze Elżunia niespakowana.
Nie, żebym uważała, że jest tu nad czym się zastanawiać, ale to tak wszystko szybko, w jednej chwili,  ukłuło ją w pośladek i za godzinę w autobusie. Może z dzień na spakowanie chociaż, telefon do rodziny, do której się jedzie.
Uciekinierki opuszczają dom mijając śpiącą Lilianę, na której twarzy widoczne są zaschnięte łzy:
Maria targana wyrzutami sumienia, jej córka mściwie uśmiechnięta.
A to mały sołtys!

Kobiety stoją na przystanku...

 [Maria] Obiecała sobie, że gdy tylko będą na miejscu zadzwoni do sołtysa, [żeby dopilnował Liliany] ale gdy autobus ruszył, Lila szybko wyleciała kobiecie z głowy. Nigdy nie kochała tego dziecka. Miała swoje własne. To wystarczy.
 Sołtys. Samo jego imię (?) ma tak wielką moc, że gdy padnie, wszyscy w obrębie pięciu zdań tracą całe dobro w sercu.

Ok, tego nie rozumiem. Dlaczego zamiast napisać scenę budzenia Liliany przez Anastazję normalnie, jako przeszłość, Times New Romanem, Kejt zdecydowała się napisać ją jako wspomnienie z współczesności kursywą?
Minęło tyle lat, tyle przebudzeń, a ja do dziś pamiętam dotyk dłoni, ciepłej, czułej, budzącej mnie w tamten ranek. Nikt przedtem tak mnie nie gładził po policzku. Długo więc udawałam, że śpię, poznając po zapachu rumianku, że to ciocia Anastazja. Pamiętam promienie słońca przeświecające przez zamknięte powieki. Ciepło kołdry otulającej moje ramiona - ciasno, bezpiecznie. I ten pieszczotliwy dotyk dłoni...
- No, wstawaj, malutka - szepnęła ciocia, a czar, zamiast prysnąć, trwał dalej.
Zapłaciłam za tę książkę czternaście złotych. Nikt mi już nich nie odda.

Wracamy do Times New Romana.
Anastazja umyła buzię i rączki zachwyconej dziewczynce, podskakującej z podekscytowania niczym wróbel, uczesała włosy w dwa warkoczyki, nałożyła sukienkę i rajstopki, po czym spakowała do niewielkiej torby podróżnej parę ciuszków na ten tydzień i były gotowe do drogi.
Czy to było pisane lukrownicą? I co z tymi wróblami?


Pekasem nasza ekipa przejeżdża przez rynek w Krakowie, gdzie Liliana myli kamieniczki z wieżowcami. Prześmieszne. Po dotarciu na koniec trasy na naszych bohaterów czeka furka, zaprzężona w konia, którego ogon wzbudza u dzieci okrzyk zachwytu (?). Bla, bla, bla, strumyk śmieje się do dzieci, bla, bla, bla, jeszcze raz praktycznie ten sam opis.

- Dali pójdyta na piechte.
Tak mówi woźnica wysadzając Anastazję, Lilianę i Aleksieja z furki. Prawdopodobnie zastosowano tu jakąś parodię którejś z gwar małopolskich, jednakże znawcą nie jestem, więc po prostu to tutaj tak zostawię, jeśli znajdzie się ktoś, kto zechce pochwalić lub zjechać, to bardzo proszę.

Oboje upuścili bagaże i... stali w nabożnym milczeniu, chłonąc obraz domku, który wyrósł - tak właśnie: nie został zbudowany, bo na pewno nie był dziełem ludzkich rąk, a wyrósł tu razem z pierwszą jodłą.
Jak to się w sumie dzieje, że Anastazja mieszkała w dzieciństwie w domu w okolicach Krakowa, jeśli jest Ruską/Łemkinią/nie mam w sumie pojęcia kim, ale nie Polką? 

Anastazja pokazuje dzieciom dom, wspominając przy okazji czasy, kiedy ukrywała się w nim przed braćmi dla zabawy. Padają też takie perły:
Tutaj dopiero poczuła, jak bardzo nienawidził jej ten, co ukradł im dom.
Może drzwi do przeszłości zostawi zamknięte, może nie.
 Chyba miało nas to zainteresować.

Przenosimy się do teraźniejszości, ale tej bardziej teraźniejszej, bez kursywy.
Liliana wysiadła z pociągu na stacji Kraków Główny jako ostatnia, uprzednio rozejrzawszy się po peronie. Już wiedziała, jak czuje się ścigane zwierzę, choć pościg jeszcze nie mógł ruszyć. Było za wcześnie.
Świtało. 
Ścigają ją po dworcach?
Marzyła o gorącej kąpieli, miękkiej poduszce, do której można przyłożyć głowę, i ciepłej kołdrze, pod którą można zwinąć się w precel i odespać całe zło, ale mogła pozwolić sobie jedynie na herbatę.
Co? 
Przy fragmencie o zwijaniu się w precel rozpłakałam się.
Dosyć WTFny ten fragment w ogóle.
Dla uczciwości powiem, że mogła sobie pozwolić jedynie na herbatę, bo musiałaby pokazać w hotelu dowód, czyli zostawić ślad, jak to nazywa Liliana. Trochę wyrwałam z kontekstu to zdanie.

Pierdu, pierdu, dzieci bawią się na podwórku.
Wyciągała ku niemu dłoń, na której spoczywało małe jajeczko, bladoniebieskie w brązowe piegi.
- To jajko kosa - mruknął zły, że spłoszyła mu ryby i że to nie on je znalazł.
- Ma gniazdko w krzaku bzu! Tak nisko nad ziemią, że mogłam dosięgnąć. Wysiedzimy je i będziemy hodować!
Zdecyduj się, Lila, jesteś wróblem czy kosem?
Aleksiej proponuje zamiast wysiedzenia jajka, odłożenie je do gniazda i obserwowanie jak ptaki zajmują się pisklętami.
- Widziałam jak inni chłopcy łapią ptaszki i zabijają...
- Nie jestem jak inni. - Wzruszył ramionami .
Czasem chciałby być taki sam, jak dzieciaki ze wsi: łobuzować, kraść, zabijać i niszczyć. Z jednej strony, rodzice, a  potem Anastazja wychowali go w poszanowaniu życia i cudzej własności, z drugiej - został przez rówieśników odrzucony nie bardzo miał więc w czyim towarzystwie dokazywać i przed kim się popisywać. Z Lilą mógł co najwyżej podwędzić parę ziemniaków z pola sąsiada, gdyby jednak próbował ukręcić pisklęciu łepek, dziewczynka zalałaby się łzami. Ciotka Anastazja zapłakałaby się, gdyby przygarnięta sierota zaczęła niszczyć obejście. Nie - Aleksiej westchnął od serca - nie miał szans znormalnieć...  W tym momencie u jego bosych stóp plusnęła ryba. Aleksiej pochylił się błyskawicznie i próbował chwycić łup w zgrabiałe od zimna ręce, ale... w ostatniej chwili złapał dziewczynkę, która przechyliła się za mocno i po prostu spadła chłopcu na głowę.
A więc Aleksiej ma problem z tym, że nie wychowano go na zwyrola, a poza tym nawet nie miałby przed kim popisywać się zwyrolstwem. 
JAK? Którędy mu ona spadła na głowę?

Kiedy dzieci spadają sobie na głowy, tłucze się jajko.
- Nie becz, nie ma powodu, to było stare jajko. Martwe.
- Nie zabiłam pisklaczka?
- Nie zabiłaś. Pisklaczki lęgną się na wiosnę. Pewnie coś kosy spłoszyło i opuściły gniazdo.

Tym optymistycznym akcentem zakończymy dzisiejszy odcinek komiksoanalizy.

Na pożegnanie macie jeszcze mój fanart przedstawiający rosyjskiego elfa. Zosia11 twierdzi, że powinien zjeżdżać na tarczy i strzelać z łuku, ale nie zmieściłam :( Wybaczcie.



Za tydzień biały miś, który nie wie dlaczego, dorosły ból Liliany oraz Maria bumerang.

14 komentarzy:

  1. "Jak to się w sumie dzieje, że Anastazja mieszkała w dzieciństwie w domu w okolicach Krakowa, jeśli jest Ruskim/Łemkiem/nie mam w sumie pojęcia kim, ale nie Polką?"
    Łemkowie mieszkają w Polsce, to "nasza" mniejszość. I rzeczywiście dosyć niedaleko Krakowa, chociaż raczej nie w najściślejszym sąsiedztwie.

    Ale poza tym analiza jak zawsze pro, a ruski elf to już w ogóle. Tylko za mało obrazków, tłum żąda obrazków!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Że Łemkowie mieszkają też w Polsce zdaję sobie sprawę, że w pobliżu Krakowa to akurat nie byłam świadoma. W sumie racja, ten motyw się jeszcze jakoś broni, bo w końcu Aleksiej i Anastazja mogli być spokrewnieni i mieszkać daleko od siebie.

      Usuń
    2. No, tylko podkreślę - w baaardzo szeroko rozumianym pobliżu. Z Krakowa do takich np. Gorlic jedzie się dwie godziny, a i tak najbliższym większym miastem jest Nowy Sącz. Ale biorąc pod uwagę to, jak nieduża jest Łemkowszczyzna - nawet gdyby faktycznie mieszkali daleko, myślę spokojnie mogliby się odwiedzać raz na parę tygodni, chyba że faktycznie byli bardzo biedni. Więc sądzę, że aŁtorKasia wiedziała, że dzwon, ale żeby tak wiedzieć gdzie on to już niekoniecznie.
      (A teraz kryptoreklama - bardzo polecam tamte tereny. Piękne widoki, ciekawe muzea, dosyć przyjaźni ludzie).

      Usuń
    3. No nie wiem, czy tak znowu blisko Krakowa (http://uk.wikipedia.org/wiki/%D0%A4%D0%B0%D0%B9%D0%BB:Karta_Lemkivshchiny.jpg). Ale ja nie o tym - chyba "Ruską/Łemkinią" skoro to o Anastazji?

      Usuń
    4. A wiesz, ze szukałam określenia na kobietę należącą do Łemków, tylko nie mogłam znaleźć? Teraz patrzę znowu, i jest widoczne od razu w googlach, nawet w wikipedię nie trzeba wchodzić, facepalm. Zrzucam to na karb zmęczenia analizowaniem. Już poprawiam.

      Usuń
    5. Ależ nie wadzi, bo komiksoanaliza zacna i czytam z przyjemnością :-).
      Oddany lekturze Anonim

      Usuń
  2. Zaorać tę ksiunszkę. Zaorać i posypać solą.
    A odnoszę się wyłącznie do kwestii tożsamości wschodniosłowiańskiej bohatera i wszystkiego, co się z nią wiąże.
    Eśkowizualizacja Nadziei jest bezbłędna :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Rzygam tęczą. To jest tak miałkie, tkliwe i... po prostu głupie, że czytanie tych pierdół wprawia mnie wręcz w zły nastrój. Ludzie naprawdę czytają to dzieUo dla przyjemności? Dobrze, że obrazki są jak zwykle zachwycające. Pozdrawiam i życzę dużo wena i cierpliwości do dalszej analizy tego tworu cudnej urody.

    OdpowiedzUsuń
  4. Eśko, zniszczyłaś mnie tym tekstem:
    Sołtys. Samo jego imię (?) ma tak wielką moc, że gdy padnie, wszyscy w obrębie pięciu zdań tracą całe dobro w sercu.
    I jeszcze ten wspinający się pekaes. <3
    Analiza cudna, ale współczuję ci, bo musisz czytać te potworności. ;__;

    OdpowiedzUsuń
  5. WSPINAJĄCY SIĘ PEKAES! <3 Miałam dziś męczący dzień, padam na twarz, zobaczyłam obrazek i odżyłam z miejsca za co ślicznie dziękuję!:)
    "Jeśli braliście ślub cywilny, to tylko wam się wydawało, że braliście ślub. Bo to żaden ślub." - moja koleżanka ze studiów zdecydowała się na cywilny po niecałym roku znajomości. Gdy zapytałam, czy nie za szybko, odparła, że to tylko cywil i może się rozwieść o_O.
    A co do Lubimy Czytać to radzę omijać z daleka, tam doceniana jest nie tylko "Nadzieja", ale i Zmierzchy, Greye i Percy Parker. Nic, tylko siąść i płakać, bo skoro popyt jest na takie grafomaństwo to to będzie dalej wydawane;(

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiem, że niby późno, ale zawsze można dostrzec ten optymistyczny aspekt, że ktoś czyta Twoją (cudną zresztą) analizę po pół roku. Jednak, muszę, muszę, muszę zwrócić uwagę na piękne zdanie: "gdy dostał na Marię urzędowy glejt"... a jakiż inny, jeśli nie urzędowy? Poza tym, nie każda umowa to glejt. Aj noł, to jest soooł dżezi, kul i trendy, używać takich mondryh i świadczących o ełródycji słów, ale glejt to jest zasadniczo rzecz biorąc, we współczesnej polszczyźnie, taki bodajże dokument, który gwarantuje podejrzanemu pozostanie na wolności aż do czasu uprawomocnienia się postępowania. Ewentualnie dokument uprawniajcy do przejazdu. Czyżby Borowy wywiózł Marię podstępem w wyprasowanej koszuli z jej krainy pełnej tęczowych kucyponków w piekło bicia, picia i się nie golenia?

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja chciałam dodać że ómar mnie kadr z ruskim elfem nie mogącym się doczekać podróży. To wyczekiwanie na twarzy Lejgolasa... TAKIE TRÓ. Dziękuję za ten obrazek, bo jak babcię kocham, kwiczałam nad nim pół godziny.

    Carly

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podczytywując Michalakową "Nadzieję" (w środku nocy, to już chyba skrajny masochizm... >.<), przypomniała mi się jeszcze jedna sprawa. Ten rynek, na którym się przesiadali to na pewno miał być w Krakowie? Mieszkam tu już dwa lata i słowo daję, że żadne autobusy pekaesowe nie zatrzymują się na Rynku - ba!, jestem prawie pewna, że nie zatrzymują się gdziekolwiek w jego obrębie (rozumiecie, te brukowane uliczki starego miasta... gdyby autobusy były żywe, umierałyby z radości, że mogą kluczyć pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi idącymi środkiem drogi). Ech, Katarzyna Michalak, ta to powinna uczyć wszystkich pisarzy, jak robić poprawny research.

      Carly

      Usuń
  8. Po prostu świetne. Chyba się trochę porozglądam po Twoim blogu.

    OdpowiedzUsuń