O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Na tym blogu znajdziecie moje wariacje na temat tej i kilku innych analiz oraz moje własne komiksoanalizy (głównie książek Katarzyny Michalak).

27 kwietnia 2014

Komiksoanaliza "Lata w Jagódce" Katarzyny Michalak - część czwarta

Jak ostrzegałam na fejsie, dalsze rozgrzebywanie "Lata w Jagódce" dostaniecie w takiej formie, w jakiej rozgrzebywałam "Nadzieję". Spokojnie, ilość obrazków nie ulegnie zmianie, znikną za to ściany tekstu w komiksie a ja poczuję się lepiej jako twórca.

Poza tym:
1. Szukam kolejnej książki do znęcania się, ale innego autora niż Katarzyna Michalak
2. Trzecie opowiadanie jest już gotowe, ale opublikuję je przy zakończeniu komiksoanalizy "Lata w Jagódce". Na razie mam dla Was konkurs polegający na wymyśleniu tytułu zbiorowego dla serii trzech opowiadań. Do wygrania chwała, a i o coś materialnego się postaram. Propozycje możecie zgłaszać w komentarzach, prosiłabym tylko, żeby nie z anonima.

Tekst oryginalny ciemnosiwy lub czarny, tekst mój czerwony lub fioletowy.

Okazuje się, że Paweł jest niepełnosprawny, jest niemową.


Warto dodać, że w skomiksowanym fragmencie pojawia się zdanie: Marta wytrzeszczyła oczy, przypominając teraz ślepą sowę.

Chłopak, pchnięty lekko przez matkę, wyszedł z cienia.
Miał miłą, stanowczo męską twarz, bez śladów zdziecinnienia, jasne włosy, nieco za długie, jak na dzisiejszą modę, no i oczy, dokładnie takie, jak mówiła Marta - duże, ciemnobrązowe, okolone gęstymi długimi rzęsami, jak u dziewczyny albo krówki dżersejki. Teraz widniał w nich niepokój, może i niechęć do całego świata, a zwłaszcza do dwóch kobiet, które przed chwilą się z niego naśmiewały. Ale gdy się uśmiechnął, uśmiech ów sięgnął i brązowych oczu. Gabrysia poczuła się niewyraźnie. Nie dość, że przed chwilą stroiła sobie złośliwe żarty z niepełnosprawności kogoś, kto był tak samo doświadczony przez los jak ona, nie dość, że ten ktoś miał z nią pracować, to jeszcze usłyszał te kiepskie żarty i na dodatek zamiast się obrazić albo udać, że wszystko okej, a potem odpowiedzieć tym samym - on po prostu wybaczył. Nie
proszony o to, wybaczył i ot tak uśmiechnął się, jakby wyciągnął rękę na zgodę.
Za to, za tę prostą dobroć, Gabriela znielubiła Pawła od pierwszego wejrzenia, co rzadko się jej zdarzało.
Znielubiła go za prostą dobroć. Aha.
Nie no, serio, chłopak zachował się bardzo fajnie, co w nim do nielubienia?
To pewnie i Was bije o oczach, ale muszę wytknąć. Kejt porównała Pawła do krowy. Do krowy.
W sumie to nie do końca jestem pewna, czy do krowy porównany został Paweł czy dziewczyna.

- On jest taki cukierkowy - warczała, opowiadając cioci Stefanii wydarzenia minionego tygodnia. - Na wszystko ma ten swój uśmiech anioła. Nie wkurza go nic. Nawet słoma pod przepoconą koszulą, a wiesz, że to i świętego doprowadziłoby do szalu. A ten nic! Zasuwa łopatą, przerzuca gnój, zamiata korytarze. A konie... Żebyś wiedziała, jak do niego lgną! Zdradzieckie bydlaki!
- Aha! To zazdrość przez ciebie przemawia! - Ciocia dźgnęła palcem powietrze.
Gabrysiu, naprawdę, bezpodstawnie hejtujesz chłopaka. Powinna przyjść do ciebie Katarzyna Michalak w trzech osobach, czy jak to tam było w "Poczekajce" i wręczyć ci ten, już chyba kilkakrotnie linkowany przeze mnie, fragment swojej prozy.

Jakiś czas później. Gabriela szuka mieszkania.
Długo szukała swych czterech kątów. Nie dlatego, że była jakoś specjalnie wymagająca, wiedziała jednak, czego szuka. I nie była to kawalerka na piętnastym piętrze w obdrapanym bloku. Na siódmym też nie. Sam widok blokowisk działał na Gabrielę niemal paraliżująco. Zachwyciło ją jednocześnie coś, na czego widok każdy inny, nieco normalniejszy najemca spluwał przez lewe ramię i brał nogi za pas - po drugiej stronie Wisły, niedaleko zoo, przy cichej, zapuszczonej uliczce stały przedwojenne kamienice. Poznaczone paciorkami pocisków jeszcze z września '39, z czerwonej cegły, z frontami ozdobionymi balkonami o kutych balustradach, z bramami, gdzie można było dostać nożem pod żebro i podwórkami studniami, gdzie odgłosy libacji mieszały się z dzikimi awanturami.


E: Architektonicznie Obeznani podważają istnienie przedwojennych pięciopiętrowych domów bez wind.
Ku zgrozie cioci i przyjaciół Gabriela w takiej właśnie kamienicy znalazła swój azyl.
- Tu mieszkają porządni ludzie - oznajmiła z dumą, gdy Stefania, po pokonaniu miliona schodków, dotarła w końcu na poddasze. Gabrysia bowiem, jak przystało na osóbkę myślącą sercem, nie mózgiem, wynajęła mieszkanie na piątym piętrze bez windy.
Będę wredna, ale ja bym tu kwestionowała myślenie czymkolwiek, przecież Gabrysia ma problemy z chodzeniem. 
Na ten fakt zwraca uwagę ciocia Stefania.
[..] - Przynajmniej otyłość mi nie grozi. Dieta i ruch.
- Tak jakbyś ruchu miała za mało. Co do diety to się nie wypowiadam, bo dawno nie widziałam cię na obiedzie. 
Gabriela poklepała ciotkę po ręce.
- Spokojna głowa, Marta karmi mnie, jakbym była gęsią na pasztety.
- A nie wyglądasz. 
- Na gęś?
- Na tuczoną gęś!
Jeszcze nie zmieniam designu Gabrysi. Zaczekajcie chwilę.
Zaśmiały się obydwie.
- Mówiłaś, że tu mieszkają przyzwoici ludzie? - Ciocia nadal pełna była, uzasadnionych, co tu ukrywać, obaw.
- Tak. Założyli wspólnotę mieszkaniową, wykwaterowali męty społeczne do innych lokali, a sami dbają o dom i otoczenie.
Faktycznie, klatka schodowa sprawiała wrażenie czystej i niedawno odmalowanej. Nawet kamienne schody nie kleiły się do butów, systematycznie zmywane przez tych, którzy według grafiku mieli dyżur.
W tym domu jest pięć pięter, czyli mieszka w nim dużo ludzi. Ocenę prawdopodobieństwa zgrania się mieszkańców, żeby każdego męta zgłosić (w dodatku skutecznie) do odpowiednich organów, odmalować klatkę i sprzątać ją zgodnie z dyżurami, pozostawiam Wam.
- [...] Mieszkaj sobie. Uszyję piękne firaneczki. Pochodzę po znajomych i zbiorę mebelki, pasujące do tego miejsca. Pomogę odmalować te dwa pokoiki i...
- O nie, nie, moja kochana - sprzeciwia się stanowczo Gabriela. - Remont pozostaw mnie. I Pawłowi.
- Pawłowi? - Stefania uniosła brwi, a oczy rozbłysły jej w domyślnym uśmiechu. - Temu samemu...
- Temu samemu. Zakumplowaliśmy się - ucięła dziewczyna, rumieniąc się mimo woli.
- Przecież Tomek i Jasiek z Bednarskiej chętnie by pomogli - droczyła się Stefania.
- Ale ja chcę uwieść właśnie Pawła! - wykrzyknęła dziewczyna, doprowadzona do ostateczności.
- Aaaa, no to co innego... - Ciocia uniosła dłonie w geście poddania. I obie z Gabrielą wybuchnęły śmiechem. Serdecznym, pełnym miłości śmiechem, jaki towarzyszył im przez całe wspólne życie. Teraz będzie rozbrzmiewał rzadziej, ale cóż, pisklę musi się kiedyś nauczyć latać. Stefania przytuliła dziewczynę, ucałowała uwolnione spod opaski włosy i otarła samotną łzę.
O, właśnie teraz zmieniam design Gabrieli. Nie dość, że jest gęsią, to jeszcze pisklaczkiem.
Moja wizualizacja zdarzeń:


Gabriela prosi Pawła o pomoc w remoncie, ale ten przez karteczki przekazuje jej, że nie może wyjść z domu, bo nie pozwala mu na to matka, nie może nawet uciec, bo pieniądze są wpłacane na jej konto i nie stać go na bilet autobusowy. Okazuje się, że matka Pawła jest jego kuratorką. Gabriela w końcu daje mu dychę na bilet i każe przyjechać w sobotę.
Gabriela rozmawia z Martą. Uwaga, żart.
- Jest ubezwłasnowolniony - odparła kobieta [Marta], wzruszając ramionami.
- Ale dlaczego?! Zabił kogoś? Okradł skarbówkę? Był politykiem? - Gabrieli nie przychodziły na myśl cięższe przestępstwa.
Ha ha.
[...] - Słuchaj, Martuś... Nie wiem, czy dobrze robię, ale... Wynajęłam mieszkanie i poprosiłam Pawła, by pomógł mi je odmalować. On mnie... intryguje. - Marta wieloznacznie pokiwała głową. - Na początku odmówił, bo matka go nie puści. Ale... wiesz, obśmiałam faceta i zgodził się. Z tym że nie miał pieniędzy na bilet. Nawet złotówki. - Marta patrzyła na nią beznamiętnym wzrokiem. - Może... mogłabyś dawać mu część wynagrodzenia do ręki? W gotówce? Co, Marta?
- Nie. - Odpowiedź była krótka i treściwa. - Paweł prawomocnym wyrokiem sądu dostał nadzór kuratorski. Sąd wiedział, co robi, a ja nie będę wciskała palca między drzwi. Tobie również nie radzę.
Brawo, Marto, bardzo słuszna racja. Nie wiem o co chodzi z palcem między drzwiami, ale co do wyroku sądu jak najprawidłowiej. 
- To dobry człowiek! - wybuchnęła Gabrysia. - Dlaczego nie chcesz mu pomóc?!
- Zastanów się lepiej, moja droga, dlaczego TY nagle chcesz go buntować przeciwko matce. I zapytaj, czy on tego chce. Może woli nadzór niż dom wariatów? Bo tam zamyka się takich ludzi...
- Jakich ludzi?! Czy Paweł jest nienormalny? Ma schizofrenię? Może to psychopata, co morduje staruszki?!
- Na pewno chcesz to wiedzieć? - zapytała ironicznie Marta. - Właśnie - skwitowała, gdy Gabriela, pokonana, opadła na fotel. - Proponuję, byś trzymała się od Pawła i jego matki z daleka. Żebym któregoś dnia nie musiała wybierać między tobą a nim.
- Nimi - odwarknęła dziewczyna i wypadła z kuchni, zraniona do żywego. Nie podejrzewała, że jej pracodawczyni posunie się do szantażu.
Trzeba przyznać, że protagonistka jest przedstawiana jako uosobienie naiwności bardzo konsekwentnie.
Rozżalona, ocierając wierzchem dłoni łzy, ukryła się w boksie Binga. Narzuciła siodło na koński grzbiet, nałożyła tranzelkę i szepcząc: chodź, Binguś, wynosimy się z tego podłego miejsca, wyjechała na otwartą przestrzeń, kierując się w stronę lasu.
Odprowadzały ją czujne oczy pani Józefiny... W trakcie dwugodzinnej włóczęgi po polach i lasach Gabriela zaliczyła wszelkie uczucia: od wściekłego buntu (nie będzie mnie szantażować!, uwolnić Pawia!) (kopiowałam z wersji elektroniczne, a wersji papierowej nie posiadam przy sobie, więc nie mogę sprawdzić, czy w wersji wydanej był Paweł, czy, a biorąc pod uwagę pasję weterynaryjną jest to możliwe, paw.)  poprzez żal (co za parszywy świat, człowiek katowane psiaki ratuje, a tak mu się odwdzięczają...) (była akcja z ratowaniem pieska, ale wycięłam, wybaczcie) do niechętnego przyznania Marcie racji (to nie Średniowiecze ani nie komuna, teraz nie odbierają ludziom wszelkich praw za nic).

Następne kilka(naście) stron Wam streszczę, uważajcie.


Wreszcie wzięła głęboki oddech i podrzuciła dwuzłotówkę do góry.
Gdyby to był film, moneta w zwolnionym tempie obróciłaby się parokrotnie w powietrzu, niczym Jedyny Pierścień, błysnęła w świetle sprytnie ustawionych reflektorów imitujących rozchybotany płomień świecy, po czym spadłaby z cichym, ale wymownym brzękiem na kamienną posadzkę.
Ale to nie był film.
Jak ja kocham takie wstawki w literaturze. "Gdyby to był film, nawiązałabym do tego utworu kinematograficznego, ale nie jest, więc wyobraźcie sobie, jak nawiązuję".
- Kurde - mruknęła Gabrysia, wpełzając pod łóżko. - No jak Boga kocham. Orzeł! Jedziemy!
Nie namyślając się dłużej, wrzuciła do torebki to, co nawinęło jej się pod rękę: koszulę nocną, pastę do zębów (szczoteczkę się kupi) i jeden kapeć (po co jej kapeć?), po czym pokuśtykała na dworzec PKS i ruszyła. W nieznane. To znaczy do Radomia.
Ja na jej miejscu powiedziałabym cioci gdzie jadę. Ale to tylko ja.

Gabriela pojechała do Radomia. Po drodze eksperymentowała ze szkłami kontaktowymi, przez co przybyła na miejsce z załzawionymi oczami i w okularach.
Zamrugała, by widzieć cokolwiek, skręciła za róg i... wpadła na kamerę.
- Sorry - mruknęła odruchowo i chciała minąć nieoczekiwaną przeszkodę.
Prawie jej się to udało. Prawie, bo nagle pochwycono ją za rękę. Nim zdążyła się zaniepokoić - napad w biały dzień?! - zerwano jej z nosa okulary, zajrzano w twarz i nałożono okulary z powrotem. W następnej chwili jakiś gnom, sięgający Gabrieli do ramion, wyrwał jej niemal rękę ze stawów, unosząc ją zwycięskim gestem do góry z okrzykiem:
- Ta się nada!
W twarz dziewczyny zajrzało oko kamery. Cofnęła się odruchowo, robiąc głupią minę. Bądź co bądź miała prawo być zdziwiona i zaskoczona. Nie każdego w biały dzień napada Wielkie Oko. I gnom.

Dlaczego Sauron napadł Gabrielę na ulicy, dowiecie się już w następnym odcinku!

12 komentarzy:

  1. Świetna komiksoanaliza :D . Tak trzymać! A jako materiał na następną komiksoanalizę poleciłabym "Zaklętą" Michaliny Olszańskiej. Książka niesamowicie głupia, nie mówiąc już o braku jakiegokolwiek riserczu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak! Weź Michalinę! Może być "Zaklęta" albo jakieś inne jej wielkie dzieUo...

      Usuń
  2. Radom? Serio? Nie sądziłam, że reputacja tego miasta może być gorsza. Obok "Radom - miasto absurdu" będzie stać tabliczka "Radom - miasto z książek AłtorKasi". Lulz.
    [*] R.I.P. Radom. Czy coś.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wieloznaczne kiwanie głową zrobiło mi dzień c:

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja się zastanawiam, czemu zawsze te durnoty muszą wypisywać kobiety? ;_; No czemu? Są jakąś naturalną przeciwwagą dla wypocin Paulo Coelho?

    OdpowiedzUsuń
  5. Ocene pozostawiasz naszej ocenie? :P
    Jezu, to ksiopko wyglada jak pisane na ciezkich dragach.

    OdpowiedzUsuń
  6. "Władca Denarów"? Pani, ale to już było grane. W "Poczekajce". No ale jak tu zrezygnować z takiego dobrego motywu jak wróżenie amantów z kart tarota, tak świetnie to sobie wymyśliłam, że przepiszę to w kolejnej książce, co by się nie marnowało!

    Moja ciotka mieszka w takiej starej kamienicy (trzypiętrowej?...), na samym poddaszu. I gdyby wiedziała, że na stare lata dostanie takiego paskudnego kalectwa fundującego jej problemy z chodzeniem, to nigdy w życiu nie zdecydowałaby się na mieszkanie na takiej wysokości. Kiedy windy nie ma i trzeba się wspinać krok po kroku po starych schodach z wytartymi i śliskimi stopniami (ha, i to jeszcze czasem z zakupami!), to jakoś zalety płynące z codziennej dawki ruchu blakną.
    No i ta śliczna komuna sąsiedzka, gdzie każdy elegancko trzyma się grafiku i szoruje z zaangażowaniem te schody...

    Nie znoszę Gabrysi. Złośliwe, egoistyczne dziewczątko o nędznym poczuciu humoru i mentalności sześciolatki.

    Fragment o pięciorękiej narcie... Dałabym w pierwszym momencie sobie rękę uciąć, że ty to napisałaś.

    No i medycyna w Michalakolandii zawsze spoko! Ciąże leczą z zaawansowanego raka, kopnięcie przez konia i złamanie ręki jest niewiele poważniejsze od przeziębienia, oddawanie szpiku przez ciężarną to żaden problem, osoby leżące z dopiero co złamaną nogą i twarzą zdzieloną gałęzią prowadzą dowcipną konwersację, a stratowani przez oszalałe stado odzyskują mowę (że też Mufasa nie miał tyle szczęścia!).

    Z wyrazami szacunku
    Kazik

    PS *szeptem* Pssssst! Podzielisz się ze mną elektroniczną wersją "Lata w jagódce"? W Internetach pusto, a w sąsiednich bibliotekach kolejki po to arcydzieło, więc... Gdyby była taka możliwość... Byłabym wielce zobowiązana...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poproszę mejla ;)

      Usuń
    2. jaandziutek@vp.pl

      Dzięki Ci, dobra kobieto! Obiecuję to spożytkować w celu walki z twórczością Michalak, tj. napisać kolejną recenzję na LCz do kompletu. Jeszcze raz pięknie dziękuję!

      Z wyrazami szacunku
      Kazik

      Usuń