O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Przyszło mi do głowy, żeby publikowane wcześniej na forum analizatorskim dzieUo opublikować ponownie, tym razem na swoim własnym blogasku. Tutaj też będą się pojawiać (mam nadzieję) moje kolejne wariacje na temat opek i analiz. Pierwsze odcinki wyglądają strasznie źle, ale nie bójcie się, dalej jest tylko bardzo źle.

Komiks pojawia się w poniedziałki lub wtorki, zależnie od weny i nastroju aŁtorki.

A zdjęcia słodkich margajów do galerii możecie przesyłać mi na esia221@gmail.com ;)

23 czerwca 2014

Komiksoanaliza "Lata w Jagódce" Katarzyny Michalak - część dziewiąta

Coraz bliżej końca. Damy radę.
Tekst oryginalny ciemnosiwy lub czarny, tekst mój czerwony lub fioletowy.

-  A  czego  ty  pragnęłabyś,  gdybyś  wygrała  ten  konkurs, Sugarplum  Fairy?  -  zapytała  jurorka  z  uśmiechem  Michelle Pfeiffer. 
Musiałam.


Gabrysia  wyciągnęła  zza  stanika  coś,  co  ukrywała  od początku występu, z małą, cichą nadzieją, że będzie jej dane  pokazać to coś całemu światu. 
Odchrząknęła i rzekła mocnym, jasnym głosem:  
- Ja chcę odnaleźć tego mężczyznę. 
I pokazała wszem wobec ściskane w dłoni zdjęcie. 
Zapadła pełna konsternacji cisza.  
- Daj zbliżenie! - rozległo się w słuchawce kamerzysty i  naraz  miliony  ludzi  na  całym  świecie  ujrzały  czarno  -  białą, wyblakłą  fotografię  młodego,  może  dwudziestoletniego mężczyzny  w  cętkowanym mundurze,  z  opaską na ramieniu, nonszalancko  opartego  o  ścianę  podziurawionej  kulami kamienicy.  
Na "cętkowany" mundur nie mówi się moro? Kamienica bez dziur po strzałach nie byłaby tró.
-  To  mąż  Stefanii  Szczęśliwej,  mojej  cioci  -  ciągnęła Gabriela - która przygarnęła mnie, gdy byłam niemowlęciem.  Zaginął  podczas  powstania  warszawskiego  w  roku  tysiąc dziewięćset  czterdziestym  czwartym,  ale  obie  wierzymy,  że żyje.  Moim  największym  marzeniem  jest  odnaleźć  go  i zobaczyć łzy szczęścia w oczach mojej cioci. 
[...] - A... a pokój na świecie? A biedne dzieci? - odezwał się  przewodniczący jury, równie skonsternowany co wszyscy.  
- Pokojem i dziećmi zajmą się inne uczestniczki, ja chcę  znaleźć tego człowieka - odparła stanowczo Gabriela. 
Patrzcie, jaka ta Gabriela autentyczna! Nie obiecuje ratowania biednych dzieci, których i tak by nie uratowała, a zamiast tego chce pomóc cioci, która ją przygarnęła! Jak na to zareaguje niesprawiedliwy świat?
Wracała.  Jako  pierwsza  wicemiss. Wprawdzie  ekipa boczyła  się  na  nią  -  wszyscy  przekonani  byli,  że  gdyby zdecydowała  się  nawracać  terrorystów  i  ratować  głodne dzieci,  wygrałaby  na  pewno  -  ale  ona,  Gabriela,  była naprawdę  szczęśliwa.  Terroryści  będą  się  mieli  dobrze,  czy Queen of Beauty zaapeluje do ich sumień, czy nie, dzieci, jak  umierają, tak umierać będą. Chociaż Gabrysia, by nie okazać się  totalną  egoistką,  jeszcze  na  scenie  zadeklarowała  wpłatę całej  nagrody,  dwudziestu  tysięcy  dolarów,  na  konto Czerwonego  Krzyża.  Jednak  ciocia,  czekająca  pół  życia  na swego  ukochanego,  jest  jedna.  Szansa,  by  w  odnalezieniu Gabriela pomógł cały świat, również. 
Oczywiście. 
Swoją drogą, co AutorKasia ma z tymi umierającymi dziećmi? Cytuję "Sekretnik": "A więc marzenie J e s t e e m szczęśliwa nie ma sensu. Jest również względne - jeżeli porównasz się do umierającego z głodu etiopskiego dziecka, to siłą rzeczy ogarnie cię poczucie szczęśliwości."

Wycinam fragment, w którym Gabriela zostaje napadnięta przez wysłanników marokańskiego księcia i chce cukru, bo podali jej narkotyki. Chyba macie już dość elementów komicznych.

Malina znajduje sposób na przejęcie Jagódki, ale potrzebne jest pięćset tysięcy na remont.
-  Nie  po  to  łamano  mi  nogę,  i  nos!,  bym  teraz  zrezygnowała. Przejmiemy ten majątek, mam pełnomocnictwo od  cioci, dała mi  je  rok  temu,  gdy  zachorowała  na  serce,  i... niech  się  dzieje,  co  chce.  Zacznę  remont  z  pieniędzy  za konkurs, potem będę improwizowała. 
Przed chwilą Gabriela zdeklarowała wpłatę nagrody na konto Czerwonego Krzyża. Ja nie wiem o co chodzi.

-  Paweł!  Pawełku!!!  -  Ostatnie  stopnie  pokonała  jak  na skrzydłach, a on poderwał się i zbiegł ku Gabrieli. Po chwili tonęła w jego ramionach, czując na włosach usta mężczyzny. 
Tak to widzę, rebusowo:


Oszczędzę szczegółów, ale Gabriela i Paweł uprawiają wielogodzinny seks. Po wszystkim, Paweł oświadcza się. Gabriela nie jest pewna co ma odpowiedzieć, ale pierścionek przyjmuje.
Obejrzała  dłoń  z zadowoleniem  sytej  kotki.  
Metafora weterynaryjna zawsze spoko.
Zamiast sytej kotki dostaniecie margaja.


-  Powinnam  opowiedzieć  ci  o  tym  wcześniej,  ale... zapomniałam.  A  zresztą  nie  ma  się  czym  chwalić.  Mam pewną... przypadłość. Dosyć... ponurą.  
- Tak?  
- Jestem narkoleptyczką. 
Poczuła,  jak Paweł wciąga powietrze, i  przestraszyła się. Gdyby z powodu głupiej choroby miała go stracić...  
-  Twarde  czy miękkie? - zapytał  po  chwili, siląc  się na spokój.  
- Co? - Nie zrozumiała. - Łóżko?  
- Jakie narkotyki bierzesz: twarde czy miękkie?
Ha. Ha. Ha.

Gabriela wraca ze sklepu. Po drodze podjeżdża do niej jakiś samochód.
-  Niech  pani  się  nie  cyka,  pani  ładna  -  odezwał  się  z bramy  miejscowy  pijaczek  -  w  razie  czego  kosę  mam,  obronim  z  Józiem  przed  tymi  kidnaperami.  Józek,  spisuj numery ich gabloty... 
Mieszkam na wsi. Mogę stwierdzić, że:
- wiejskie pijaczki zachowują się zupełnie inaczej;
- nikt nie chodzi nigdzie z kosą, prawie w ogóle nie używa się już kos zresztą;
- nikt nie używa słowa "kidnaper", podobnie "cyka", "obronim" czy zwrotu "pani ładna".

-  Sorry,  miss,  ja  źle  -  niedobzie  mówić  po  polskiemu. Moziemy pójść do kawiarnia, porozmawiać o ślub?  
- Noo, pani Gabrysiu, szejk będzie panią o rękę prosił! -  Pijaczkowie zagwizdali z uznaniem. 
 - Możemy tu i teraz. Nigdzie z panem nie pójdę.  
-  Okej.  Flowers!  -  rzucił  mężczyzna  do  kogoś  w samochodzie  i  po  chwili  trzymał  w  ręku  bukiet  czerwonych róż.  -  My  dear  Gabrielle,  I  want  to  married  you...  ((ang.)  - Kwiaty (...) Moja droga Gabrielle, chciałbym cię poślubić...)  
Tak. To prawda. I want to married you. Nie mam nic do dodania.
- But I don't want to married you! ((ang.) - Aleja nie chcę ciebie  poślubić!)  -  przerwała  mu  stanowczo.  -  Dziękuję  za zaszczytną  propozycję,  ale  nic  z  tego,  jestem  zaręczona.  -  Podetknęła  pod  nos  księcia,  bo  domyśliła  się  po  złotym sygnecie  z  błękitnym  brylantem,  że  ma  przed  sobą  jego  we własnej  osobie,  a  nie  któregoś  z  ochroniarzy,  dłoń,  którą zdobił  pierścionek  od  Pawła.  Klejnot  od  księcia  ściągnęła  z palca i podała go właścicielowi. - Dziękuję, ale nie mogę go zatrzymać.  
- Należy do ciebie. - Książę zamknął dłoń dziewczyny na pierścionku.  -  Dopóki  jesteś  dziewicą,  wszystko  się  może zdarzyć.  
Ja nie mogę z tego księcia. Raz nie może słowa wymówić po polsku bez zniekształcenia, raz wypowiada się poprawnie.
-  Ale  ja  nie  jestem  dziewicą!  -  wykrzyknęła,  a  pijaczkowie przytaknęli gorliwie, oburzeni takim pomówieniem. - Ja... już nie jestem!  
- Nie jesteś? - jęknął książę.  
- Nie jest - odparł za Gabrielę Józio spod dwójki. - Ni ma  co gadać, nie wyjdzie za ciebie, zamorski frajerze - westchnął  z udanym współczuciem. 
 -  Właśnie.  Nie  porywajcie  więc  ani  mnie,  ani  mojego narzeczonego, bo... hmm... to nie odrośnie. 
Brakuje mi tutaj metafory o leliji wyrwanej z korzeniami.
 -  Nie  odrośnie  -  pokręcił  głową  ze  smutkiem  Zbyniek spod szóstki. 
Zbyniek i Józio. Bo jak inaczej może nazywać się wieśniak. Tak, wiem, czepialstwo, ale stereotyp wieśniackiego wieśniaka o wieśniackim imieniu, używającego wieśniackiej gwary i biegającego wszędzie z kosą dosyć mnie wkurza.
[...]   - Zawsze pozostaje ta druga - zauważył jego ochroniarz.  
- Jaka druga?  
- Ta, co przywiozła Gabrielę z lotniska. Bardzo podobna.  
-  Myślisz,  że  ona  jest  dziewicą?  -  w  głosie  księcia  rozbrzmiała nowa nadzieja, ale ochroniarz pokręcił głową.  
- Nie wygląda. Ale możemy zapytać... 
Dziewictwo odczytane z rysów twarzy. 




Marta wyjeżdża z synem do Stanów (tam niepełnosprawny syn będzie miał rehabilitacje do końca życia) i odsprzedaje Gabrieli Binga.

I wracamy do księcia of Morocco.
 - Miss Bogacka? 
W drzwiach szykownej kancelarii w Alei Róż stało dwóch wysokich, śniadych, przystojnych cudzoziemców w czarnych garniturach i śnieżnobiałych koszulach. Malina gestem dłoni zaprosiła ich do środka.  
- Asmid al Hajew - przedstawił się jeden z nich - attache  Królestwa Marokańskiego. Polecono mi panią jako jednego z najlepszych  młodych (a co ma wiek do rzeczy w sprawie zawodowej?) adwokatów,  zajmujących  się  między innymi  prawem  międzynarodowym.  -  Malina  spuchła  z dumy... - Chcę w Polsce zainwestować parędziesiąt milionów, oczywiście  dolarów,  w  nieruchomości,  najlepiej  w  branżę hotelarską,  i  poszukuję  pełnomocnika,  który  zna  się  na miejscowych  realiach  i  od  strony  prawnej  zabezpieczy  ten biznes. Czy byłaby pani zainteresowana? 
Jest sens przypominać "niedobzie  mówić  po  polskiemu"?
Malinie już po pierwszych jego słowach zabłysły oczy. O  takim  kliencie  marzyła!  Bogatym,  młodym  i  przystojnym! Musi  teraz  inteligentnie  zagrać,  by  nie  zrazić  ofiary  zbyt wysokimi  wymaganiami,  ale  żeby  te  wymagania  były fantastycznie wysokie!  
- Nie należę do tanich... - zaczęła ostrożnie.  
- Spodziewam  się  - odparł gładko. - Czy  taka kwota na początek odpowiadałaby pani? 
Napisał  na  odwrocie  wizytówki  cyfrę,  na  której  widok Malinie serce stanęło w poprzek. 
E: Zosia Matfiz zgłasza, że największą cyfrą jest 9, więc niezbyt wysoka suma.
Musiała przełknąć ślinę, by odpowiedzieć niedbale:  
- Gdyby był pan skłonny dorzucić procent od transakcji...  
-  Oczywiście!  -  zapewnił.  -  Myśleliśmy  o  dwóch punktach  od  wysokości  miesięcznego  obrotu.  Oprócz wymienionej kwoty - spojrzał znacząco na wizytówkę. 
Malinie  nogi  odmówiły  posłuszeństwa  i  musiała  usiąść. Poprosiła obu mężczyzn, by uczynili to samo, po czym udała, że się głęboko namyśla, lecz w rzeczywistości płakała niemal  ze szczęścia. Całe życie o tym właśnie marzyła! O bajecznie  bogatym  kliencie,  który  podzieli  się  z  nią  ułamkiem  tego bogactwa! 
A oprócz tego będzie młody i przystojny. To elementarne.
Koniec z użeraniem się na salach sądowych, koniec z depresjantkami i psychotatusiami, koniec z mafią. Oto dobry los zesłał jej marokańskiego milionera, całkiem ładniutkiego, który  sam  wciska  jej  fortunę  w  ręce.  Milczała  za  długo. Poprawiła okulary i odezwała się miłym głosem:  
-  Odrzucenie  pańskiej  propozycji  byłoby  grzechem.  Od czego możemy zacząć? 
-  Zapraszam  na  kilka  dni  do  Maroka.  -  Błysnął  w uśmiechu  śnieżnobiałymi  zębami.  -  Przedstawię  pani udziałowców,  podpiszemy  umowę,  a  w  czasie  wolnym pochwalę  się  cudami  mojej  ojczyzny.  Czy  zaliczkę  wpłacić  już teraz, czy po negocjacjach? 
Malina  odruchowo  chciała  wykrzyknąć  „Już  teraz",  ale powstrzymała się. Podczas negocjacji zawsze można wyrwać coś jeszcze!  
- Kiedy wyruszamy? - zapytała zamiast tego.  
-  Samolot  odlatuje  dziś  o  osiemnastej.   Bylibyśmy  w pałacu przed północą. 
W pałacu?! 
- Chyba zdążę się spakować...  
Dzisiaj o osiemnastej? Pewnie! Tylko coś przegryzę i lecę. Dobrze, że w tym czasie nie pracuję ani nie mam żadnych planów.
- Doskonałe. Spotykamy się zatem na lotnisku?  - Przytrzymał jej dłoń, zaglądając głęboko w bursztynowe oczy. Odpowiedziała uśmiechem. 
W  drodze  do  samochodu  książę  prychnął  ni  to  z rozbawieniem, ni to z pogardą:  
- Łatwo poszło. 
Ochroniarz spojrzał nań z podziwem:  
- Wasza Wysokość ma podejście do kobiet...  
- Do chciwych kobiet - skrzywił się Asmid.  -  Cóż,  jeśli  nie  Gabriela,  musi  nam  wystarczyć  jej siostra... 
Nie no, ja tym rzygam. Marokańscy książęta przylatują do Polski łapać żony. Naprawdę?
Poza tym książę zapomniał spytać o dziewictwo Maliny.

-  Cieszę  się,  że  wychowałam  tak  dobrą,  kochaną dziewczynę, martwię się, że tak... mało odpowiedzialną. Jak ty sobie  wyobrażasz  kochana,  że  ja  w  wieku  siedemdziesięciu  sześciu  lat  stanę  się  panią  na  trzydziestu  hektarach, posiadaczką  zrujnowanego  dworu,  który  liczy,  bagatela, siedem  pokoi,  jadalnię,  bawialnię  i  salon,  że  o pomieszczeniach służebnych nie wspomnę, który to dwór, jak dobrze przeczytałam, podlega opiece konserwatora zabytków, co zobowiązuje mnie do przywrócenia posiadłości poprzedniego charakteru i utrzymania domu w dobrym stanie. Powiedz,  jak  ty  to  sobie  wyobrażasz?  Za  nauczycielską emeryturę  najmę  służbę?  Pola  zaś  obsieję  własnoręcznie? Gabrielo, dlaczego nie zapytałaś mnie o zdanie? 
Dziewczyna  bliska  łez  usiadła  na  skraju  krzesła,  oparła łokcie na stole i schowała twarz w dłoniach. Stefania  miała  rację.  W  euforii  konkursów,  tańców Cukrowej  Wróżki,  zaręczyn  z  Pawłem  i  odzyskanych majątków  nie  pomyślała  o cioci,  na  której wątłe, słabe barki zrzucała  odpowiedzialność  za  ruiny  gdzieś  na  wschodzie Polski.  
Trochę facepalm. Ale doceniam konsekwentną kreację bohaterki na niemądrą osobę.
- I co my teraz zrobimy? - wyszeptała bezradnie. 
Stefania usiadła obok i objęła ramieniem swą postrzeloną podopieczną.  
- Powiem ci, co ja zaraz zrobię. Udam się do notariusza i  przepiszę Jagódkę na ciebie. 
 - Nie!  
- Tak, moja kochana, tak. 
[...] -  Naprawdę?!  -  Gabriela  zrobiła  wielkie  oczy.  
Tego  że zostanie panną dziedziczką, nie przewidziała w najśmielszych marzeniach.  I  to  dziedziczką  nie  byle  czego,  ale  majątku Jagódka! Trzydzieści hektarów ziemi ornej, w tym parę lasu, ponad  hektar  zabytkowego  parku,  dwa  stawy  i  przede wszystkim dom! Cudny stary Jagódkowy dworek! 
- Ależ to... cudowne! Ja... jeśli mówisz serio, ja nie wiem, co powiedzieć! 
Za co Gabriela najmie służbę, przywróci posiadłości poprzedni charakter i utrzyma dom w dobrym stanie - nie mam pojęcia. Przecież skoro Marta-narta wyjechała do Stanów, to nasza protagonistka tak jakby straciła pracę.

Na dzisiaj tyle. Za tydzień dowiemy się, dlaczego Paweł milczał przez tyle lat, co Malina porabiała w Maroku i jak się kończy ta książka.

9 komentarzy:

  1. Z tego co kojarzę to bezwzględny wymóg dziewictwa obejmuje jedynie pierwszą żonę - tę, którą synowi wybierają rodzice i która właściwie bardziej jest dla teściowej niż dla męża, która ma mu urodzić potomka itp. Następne już wcale dziewicami być nie muszą.
    Zresztą cała ta historia małżeńska jest przezabawna - jak gościu ma już pięć czy tam ileś żon, to na kiego mu kolejna, która w dodatku go nie chce? Ani której on nie chce, skoro o Malinie mówi z pogardą. Toż to prawidziwa z niego szuja i sołtys!

    No ba, przecież że Gabrysia zostanie wielką panią, która ciężkom pracom i godnościom osobistom wydźwignie majątek z ruiny xDDD

    Podejrzewam, że Paweł milczał tyle lat, bo nie miał nic do powiedzenia, ale jak znam autor kasię...

    Freya.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Maroku nie można mieć więcej niż cztery żony, zacznijmy od tego. A w ogóle mało kto ma więcej niż jedną.

      Usuń
  2. "Kosą" czasami nazywa się nóż, zwłaszcza duży.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie mogę z tego angielskiego. Spytałabym, gdzie był redaktor, ale podejrzewam, że uciekł z krzykiem po drugim rozdziale.

    Jakiś czas temu mój znajomy powiedział, że nie ma co się Michalak czepiać, bo tak się właśnie pisze, że to taka literatura i żebym sobie zobaczyła Danielle Steel. Szczerze mówiąc, do dziś nie wiem, co miał na myśli, ale podejrzewam, że chodziło mu o ogólną "sensacyjność" tych naciąganych wątków, bo podejrzewam, że jednak nie język na poziomie średniego opka z Onetu. Poważnie, może nawet te intrygi z księciem, konkursem piękności i milczącym ukochanym by jakoś przeszły, gdyby to było lepiej napisane, ale poziom językowy tej książki jest naprawdę żenujący, tak bardzo żenujący… I to mnie boli najbardziej. Głupie dowcipy, głupie postaci i całkowite nieprawdopodobieństwo sytuacji są na drugim miejscu, razem z koszmarnym posługiwaniem się stereotypami (miss ratująca głodne dzieci? Jeśli to miała być parodia, to zupełnie nie wyszła. Osobista historia nie zrobiła wrażenia na jury w czasach, gdy nawet w głupim programie o remontowaniu starych samochodów wstawia się 10 minut o tym, jaki to właściciel auta jest dobry, kochany i opiekuje się niepełnosprawnym dzieckiem? Właśnie myślałam, że im bardziej osobista tragedia, tym lepiej się do show nadaje…)

    Ogólnie płaczę.

    OdpowiedzUsuń
  4. "A więc marzenie J e s t e e m szczęśliwa nie ma sensu. Jest również względne - jeżeli porównasz się do umierającego z głodu etiopskiego dziecka, to siłą rzeczy ogarnie cię poczucie szczęśliwości." - Ja przepraszam, ale - kurwa, co za bullshit. Tak, współczuję etiopskim dzieciom, ale jak ja nienawidzę pierdolenia, że biały hetero człowiek w pierwszym świecie nie może mieć problemów, bo inni mają gorzej. Co w tym niby pocieszającego? Jakby mi ałtorKasia wyjechała z takim tekstem, jak byłam w depresji, to bym ją chyba zatłukła kapciem.
    Poza tym jakie to obrzydliwe - czerpać radość z cudzego cierpienia.

    "wykrzyknęła, a pijaczkowie pomówieniem" - hę?

    Cała ta intryga z szejkiem jest tak niewyobrażalnie durna, że brak mi słów. Przypomina mi opko o Roksanse, analizowane na Nakwie. Tylko że ałtorka Roksanki nie była czterdziestoletnią babą. "Jak mała Ola wyobraża sobie..." Żenada.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie również powaliła ta głęboka analiza etyczna... jakby Ałtorka w życiu o nawet najpopularniejszych systemach etycznych nie słyszała, albo w ogóle nie wiedziała, o co właściwie chodzi z tymi wartościami i całą resztą "filozoficznego gadania". Normalnie aż się smutno robi, że takich niedouków wydają w poważnych wydawnictwach. Poziom tych książek... szkoda słów.

      Usuń
    2. Pijaczkowie już poprawieni. Błąd kopiowania.

      Usuń
  5. O ja głupia - myślałam, że rekord niedyskrecji Gabriela pobiła odcinek temu, a okazuje się, że ona nawet każdego wiejskiego pijaczka z osobna musi poinformować o utracie wianka...
    "jeszcze na scenie zadeklarowała wpłatę całej nagrody, dwudziestu tysięcy dolarów, na konto Czerwonego Krzyża. Jednak ciocia, czekająca pół życia na swego ukochanego, jest jedna. Szansa, by w odnalezieniu Gabriela pomógł cały świat, również."
    Niezła świnia z tej Gabrieli, żeby deklarować wpłatę na cele charytatywne, podczas gdy wszystko zamierza wydać na remont chałupy, której i tak nie utrzyma (chyba że postanowi jednak poślubić szejka). I na czym miałoby polegać odnalezienie Gabriela? Jeśli żyje, to czemu sam nie próbował skontaktować się z rodziną? I kto z obecnych znajomych rozpozna go na zdjęciu sprzed ponad pół wieku?
    "Zacznę remont z pieniędzy za konkurs, potem będę improwizowała."
    Czyli nawet na remont nie wystarczy. Jak Gabriela wyobraża sobie to improwizowanie? Przyniesie Wisełce tartej bułki, a rzeka w nagrodę wychlupie dla niej trochę zatopionych skarbów?
    Czytałam wiele analiz książek Michalak, ale Jagódka jest chyba najgłupsza z nich wszystkich.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie wytrzymałam... muszę wreszcie skomentować.
    Te książki pani Michalakowej są tak wstrętne, prymitywne i pełne "subtelnego" poczucia pogardy niemal dla wszystkich, że to aż boli. Pod pozorem cieplutkich, krzepiących historyjek, autorka sprzedaje pełnymi garściami stereotypy i leczy kompleksy używając sobie na wszystkim, co jej kiedykolwiek podpadło. Te cyniczne gadki o umierających dzieciach, te wszechobecne podłe i chciwe baby i wykorzystujący niewinne niewiasty samce... to naprawdę czyta się z przykrością. Wyobrażam sobie, że w głowie autorki, w jej emocjach, musi być naprawdę paskudnie... a to wszystko podlane niestrawnym syropkiem ciepła, Jagódek, sielskości... źle mi od tego.
    A jeszcze taka uwaga - myślę, że "kosa" to slangowe określenie noża, a nie rzeczywista kosa. Co nie zmienia faktu, że w zamierzeniu zabawny wątek z "miejscowymi pijaczkami" wyszedł tak, jak wyszedł - czyli jak typowy Element Komiczny w opkach.
    Żenada i niesmak.

    OdpowiedzUsuń