O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Na tym blogu znajdziecie moje wariacje na temat tej i kilku innych analiz oraz moje własne komiksoanalizy (głównie książek Katarzyny Michalak).

8 lipca 2014

Komiksoanaliza "Lata w Jagódce" Katarzyny Michalak - część dziesiąta

Tak, to już koniec. Ostatnia część komiksoanalizy. Dziękuję tym, którzy wytrwali ze mną do końca ;_;
Obrazków dzisiaj mniej niż zwykle niestety, ale winę zwalam oczywiście na aobrazkowe fragmenty, jakie znalazły się w finale książki.
 Z niusów, to miałam w zeszłym tygodniu odcinek gościnny na NAKWie. Przy okazji analizy fanfiction to "Przedwiośnia".

Tekst oryginalny ciemnosiwy lub czarny, tekst mój czerwony lub fioletowy.

Jak obiecywałam, dowiemy się dlaczego Paweł milczał.
- zapiszę się na prawo jazdy, bo nie mam - powiedziała.
- Ja też nie mam.
- O - zdziwiła się - ja nie zrobiłam przez nogę, nie sięgałam do pedałów, ale ty?
- Ja przez matkę. A do niedawna miałem w papierach: autyzm. Kto dałby prawo jazdy czubkowi, który nie kontaktuje z otoczeniem?
- Przecież nie jesteś autystykiem, a tym bardziej czubkiem! - oburzyła się Gabriela.
- Mogłem się taki wydawać. Nie byłem zbyt rozmowny.
- Powiesz mi, dlaczego właściwie zaniemówiłeś?
O, właśnie teraz
Paweł odwrócił wzrok.
- Nie miałem nic do powiedzenia - mruknął.
Takie były przewidywania w komentarzach pod ostatnim odcinkiem. Ale przewidziano także co innego. Że Kejt wymyśli coś jeszcze.
- Przez całe osiemnaście lat?! Nic, kompletnie nic?!
Milczał, patrząc w okno.
- Przepraszam. - Odwróciła jego twarz ku sobie.
- Nie pytam z ciekawości. Chcę cię poznać, a to przecież pół twojego życia.
Paweł patrzył w dobre pełne troski oczy dziewczyny i nagle zapragnął wyznać jej najboleśniejszą prawdę. Nie tę, dlaczego po śmierci brata uciekł w śpiączkę - to wydawało się zrozumiałe: szok, poczucie winy, chęć ukarania siebie samego. Ale to, co stało się później...
Aha. Czyli zapadnięcie w śpiączkę jest świadomą decyzją. Ciekawe, czego jeszcze się dowiemy.
- Ludzie myślą, że ci w śpiączce to warzywa - zaczął, z trudem dobierając słowa. - Nie widzą, nie słyszą, śpią sobie smacznie, nie troszcząc się o nic. Lecz to nieprawda. Jesteśmy zamknięci w przestrzeni, tuż obok ciebie, słyszymy cię, widzimy, pragniemy dotknąć, wrócić - jeśli mamy dokąd wrócić. 
Ludzie w płytszej śpiączce mogą odbierać bodźce, ale WTF z zamknięciem w przestrzeni?
Moja matka przychodziła do szpitala dzień w dzień - dowiedziałem się o tym od lekarza, bo w śpiączce czas płynie inaczej; przebłyskami, skokami - i podczas gdy inne matki przemawiały z miłością do swych dzieci, śpiewały, czytały im książeczki, czesały je, głaskały i całowały, moja sączyła mi do ucha słowa pełne nienawiści. Obwiniała mnie za wszystko: za swoje podłe życie, za samotność, za złe spojrzenia sąsiadów, wreszcie za najcięższy z grzechów - śmierć Piotrka. Nie miałem dokąd uciec, w tamtej przestrzeni jesteśmy uwięzieni i musimy słuchać, musimy widzieć. Nie mogłem się bronić, nie mogłem błagać o wybaczenie. - Zamilkł na chwilę. 
Gabriela pogładziła go po ręce. - Po moim przebudzeniu okazała... radość. Łudziłem się przez krótki czas, że tamto było złym snem. Piotr nie żył, tego byłem pewien, ale matka nadal mnie kocha na swój pokręcony sposób. Niestety tej samej nocy, gdy myślała, że śpię, zaczęła pomstować na mnie do kobiety siedzącej przy sąsiednim łóżku. Wreszcie stało się dla mnie jasne, że nic z tego. Nie wybaczy mi nigdy. Co więc miałem powiedzieć? Nic. Więc milczałem. Była to kara dla niej. Dla mnie ucieczka z powrotem w tamtą rzeczywistość. To tyle. Smutne, jak najbliżsi potrafią ranić tych, których powinni kochać...
Milczenie ucieczką w rzeczywistość śpiączki - świadome zawieszenie w zamkniętej przestrzeni, a zarazem kara za grzech śmierci brata.
- Ja będę cię kochać! - Objęła go i przytuliła gestem pełnym czułości. - Tylko mów do mnie. Nie uciekaj w milczenie, gdy coś mi się nie uda.
Ale to on uciekł, żeby ukarać siebie i matkę, która go obwiniała, nie bo matce się coś nie udało. Ja już nic nie rozumiem.
Bez słowa ucałował dłoń dziewczyny.
- Ja też będę cię kochał, wujku - odezwał się nagle Alek, nie odwracając wzroku od okna.
Spojrzeli po sobie - zupełnie zapomnieli o cichym, zamyślonym dziecku. Paweł pogładził chłopca po włosach, a widząc drżące od płaczu plecy dziecka, objął je mocno.
- Tak mi ciebie żal, wujku - łkał Alek. - Moja mama była dobra. Kochała mnie, głaskała, całowała na dobranoc i czytała bajki. I widzisz? Umarła. A twoja taka niedobra, a żyje. Czy Bóg jest sprawiedliwy?
- Bóg pewnie tak, tylko ludzie nie bardzo - odparła z westchnieniem Gabriela. - Wiesz, co jest choć trochę pocieszające, Aluś? - Chłopiec spojrzał na nią zapłakanymi oczami. - Że teraz mamy siebie. I jeszcze ciocię Stefanię, która też kocha nas wszystkich. A niedługo będziemy mieć dom, który nas przygarnie pod swe skrzydła.
Uroczo.


Nasi bohaterowie przybywają do Jagódki. Tam spotykają stereotypową wieś.
Paweł zorganizował dzięki pomocy pana Jakuba Dęby, pszczelarza, co starszy człowiek podkreślał z dumą

i oto przyjeżdża pekaesem do takich Szczęśliwic, zagubionych gdzieś na krańcu świata, by mieszkać wśród tutejszych prostych, szczerych ludzi.

- Gdzie tu w pobliżu jest ładny, stary kościółek?
- Na ślub czy chrzciny?
Mężczyźni znów parsknęli śmiechem na to pytanie.
- Ślub - odparł Paweł, zmieszany.
- W Wołozinach, siedem kilometrów stąd. Wyprawimy państwu szanownemu weselisko na trzy wsie!

Ojciec zginął w trzydziestym dziewiątym, tutaj niedaleko, swoich ludzi broniąc. Dlatego dbalim o dwór, przez pamięć pana Marywilskiego, a nuż panienka zechce wrócić? I tak doczekalim się wnuczki.
Ja nawet nie wiem, z którego wieku są te stereotypy.

A, no i mamy jeszcze ten motyw.
Parę minut później rozległ się dźwięk dzwonka u drzwi. Stefania z tajemniczym uśmiechem zniknęła w przedpokoju, by po chwili wrócić z...
Gabrysia uniosła głowę i wstała, chcąc przywitać się z nieznajomym. Wysoki, szczupły mężczyzna w wieku Stefanii, mimo to trzymający się prosto, niczym generał na emeryturze, o gęstych białych włosach, zaczesanych do tyłu i bystrym spojrzeniu szarych oczu, ujął dłoń młodej kobiety z dziwnie tkliwym wyrazem na przystojnej pociągłej twarzy.
- Córeńko, kochani - zaczęła ciocia drżącym ze wzruszenia głosem - pozwól, że ci przedstawię: to Gabriel, mój mąż.
Tylko dlatego, że mężczyzna trzymał ją za rękę, Gabriela nie osunęła się na podłogę, bo nogi się pod nią ugięły.
- Nie wierzę - wyszeptała pobladłymi ustami.
- Ja też nie wierzyłam - uśmiechnęła się Stefania.
- J - jak...? Kiedy?!
[Do Stefanii zadzwonił "gnom" od metamorfoz i przedstawił jej Gabriela.]
Siedzieli do późna w noc nad filiżankami dawno wystygłej herbaty, a cudem odnaleziony Gabriel, teraz Roger Barlet, opowiadał koleje swego losu.
Niemcy dopadli Gabriela, dowódcę resztek plutonu „Lot" słynnego batalionu „Czarna", podczas próby odbicia czerniakowskiej kamieniczki. Gdzieś z dachu strzelał snajper, śmiertelnie skuteczny. Gabriel przebiegał dzielącą ich od celu ulicę pod osłoną resztek barykady. Pośrodku otwartej przestrzeni został trafiony, potknął się, padł na krwawiący warszawski bruk i już nie wstał. Niemilknące nawet na chwilę serie z karabinu maszynowego zmusiły oddział pozbawiony dowódcy do odwrotu.
Wycofując się pod morderczym ostrzałem, dla ciężko rannego Gabriela, którego głowa była jedną wielką raną, nic nie mogli uczynić. Jedynie zerwać z ramienia opaskę, która dla pojmanego Polaka nadał była wyrokiem śmierci. Rzezie ludności cywilnej skończyły się jakiś czas temu: wycofano ukraińskich morderców i ruskich kryminalistów, którzy bardziej niż chętnie wypełniali niemiecki rozkaz eksterminacji miasta, mimo to dla powstańca w panterce nadal nie było litości. Opaskę oddadzą później Stefanii i to będzie jedyna pamiątka po zaginionym.
Nieprzytomnego Gabriela znaleźli Niemcy. Przeszukali rannego i nie wiedząc, czy to „polski bandyta", czy swój, zanieśli go do szpitala, gdzie pozostał aż do upadku powstania i wyjścia oddziałów niemieckich z miasta.
Przez pierwsze tygodnie był na granicy życia i śmierci. Bredził w gorączce po niemiecku i francusku, co tylko wyszło mu na dobre - został wzięty za Alzatczyka i takie wydano mu dokumenty. Imienia i nazwiska nie pamiętał - wpisano Roger
Barlet - po zmarłym koledze z tej samej sali. Po polsku, on, Polak od pokoleń, nie mówił. Zadziwiający jest ludzki mózg, który w ten sposób potrafi ocalić życie. Lekarze stwierdzili całkowitą amnezję. 
Która usunęła z jego głowy język polski, ale niemieckiego i francuskiego już nie.
W ogóle to jeśli ktoś z lepszą wiedzą historyczną niż ja widzi w losach Gabriela jakieś mniejsze lub większe głupoty, można się zgłaszać.
Nie pamiętał domu nad Bugiem, nie pamiętał dzieciństwa na Kresach, młodości w okupowanej Warszawie, wreszcie ukochanej towarzyszki życia - Stefanii.
Wiedział jedno: ma żonę. Nosi obrączkę. Ale kim jego żona jest... gdzie jej szukać... czy w Niemczech, czy we Francji...?
Zamieszkał nad kanałem La Manche, w małym uroczym miasteczku Countances. Kupił domek z ogródkiem, malował nadmorskie pejzaże i... czekał. Czekał na tę, która wsunęła mu na palec obrączkę, a której imienia nie pamiętał.
I przez te wszystkie lata od wojny czekał. Nie założył rodziny, nie poszedł do pracy, nie ułożył sobie życia, tylko czekał. Czekał i malował pejzaże.
Z czasem niektóre wspomnienia wróciły. Obraz pól złoconych pszenicą, posrebrzanych żytem. Twarz młodej dziewczyny, z oczami rozjaśnionymi miłością - siostra czy Ona? Czasem migawki z powstania. Pewien był jednak, że walczył po stronie Niemców, nie wrócił więc do Warszawy, nie szukał tam swoich korzeni, nie przypuszczał, że właśnie w Warszawie któryś z powstańczych kolegów, któraś z ocalałych dziewcząt mogliby rozpoznać dowódcę plutonu „Lot" i zwrócić Gabrielowi tożsamość. Dwa stęsknione serca wreszcie by się połączyły.
Bardzo stęsknione musiało być serce Gabriela, w końcu prawie pamiętał twarz swojej żony.
Dopiero tydzień wcześniej...
Wybory Queen of Beauty transmitowane były również we Francji - Roger Barlet kibicował oczywiście rodaczce - jakież było jego zdumienie, jakiż szok, gdy jedna z finalistek, Polka, trzymając w rękach zdjęcie, na którym bez wątpienia rozpoznał siebie, zwróciła się do całego świata z prośbą o pomoc w odnalezieniu zaginionego powstańca. Jego, Rogera Barleta, który w dalekiej, nieznanej Polsce był Gabrielem, ukochanym mężem Stefanii. Natychmiast napisał list do organizatorów w Warszawie. Pan Tadeusz, podekscytowany, zadzwonił pod podany numer w dniu, w którym ów list otrzymał, bez ceregieli zaprosił
Rogera - Gabriela do Polski i...
- I oto jestem! - mężczyzna zakończył swą opowieść. 
Stefania pogładziła go po ramieniu.
Czyli tak wyglądało życie Gabriela. Oczekiwanie i malowanie nadmorskich pejzaży dla zabicia czasu między kolejnymi edycjami Queen of Beauty.

- Masz gości.
- Następny przybrany ojciec? - uśmiechnęła się dziewczyna.
- Nie. Prawdziwy.
Uśmiech zgasł. Gabriela zesztywniała od stóp do głów.
- Przyjechali po południu, twoja matka z ojcem.
Zaprosiłam ich do środka i trochę żeśmy sobie pogawędzili.
To... - Stefania zawahała się - dobrzy ludzie. Nie oceniaj ich zbyt surowo i nie skreślaj zaraz na wstępie.
- Oni skreślili mnie w dniu urodzin - zauważyła dziewczyna nieswoim głosem.
Racja. W ogóle gardźmy wszystkimi, którzy oddali swoje dzieci do adopcji. Przecież mogli klepać z nimi głód i nędzę w cieple miłości więzi biologicznych.
Stefania skinęła tylko głową, po czym poprowadziła Gabrielę do pokoju. Na widok wchodzących z foteli poderwali się: chuda kobiecina w wytartej jesionce, tak zniszczona przez trudy życia, że wydawała się starsza od Stefanii, i szczupły, przygarbiony mężczyzna, któremu do świetnej formy Rogera było równie daleko. Uśmiechali się nieśmiało, z zakłopotaniem. W smutnych, wyblakłych oczach widać było niepewność, jeśli nie strach.
Długą chwilę Gabriela mierzyła rodziców surowym, wręcz złym spojrzeniem. Czego niby od niej oczekują? Ze rzuci się im ze szlochem na szyję? Przypadnie do rąk? Zrobiła krok w tył, jakby chciała uciec z pokoju, ale Stefania położyła jej ręce na ramionach, uścisnęła lekko i rzekła swym spokojnym, miłym głosem:
- Po prostu usiądźcie. Podam herbatę. Siedzieli więc w niezręcznym milczeniu, zerkając na siebie spod oka. Ciocia wniosła miśnieński serwis i zwróciła się do dziewczyny:
- Wiesz, Gabiniu, że pani Renia i pan Leoś znają Zagubione?
- Naprawdę? - Gabriela od razu ożywiła się.
Wspomnienia z dzieciństwa w Bieszczadach należały do najmilszych w życiu.
- Jeździlim tam na grzyby, rydze! Najlepsze rydze w całej Polsce! Smażone z cebulką, palce lizać!
To jest pierwsze, co rodzice mają do powiedzenia córce, którą widzą pierwszy raz w życiu. 
W oczach jej matki również zapaliło się światełko.
- Dopóki Leona do pegieeru nie przenieśli, mieszkalim w Lutynce, to wieś gminna, niedaleko. Drwalem był, jak wszyscy wtedy dookoła. Jam za te rydze i inne przetwory nagrody zbierała. Pierwszą gospodynią we wsi nieraz żem ja była. 



Pan Leoś przytaknął i poklepał z dumą rękę żony. Gabriela uniosła brwi. Cokolwiek mówić, tych dwoje steranych ludzi naprawdę się kochało. 
Jest dumny, bo jego żona była pierwszą gospodynią we wsi. To musi być miłość. Prawdziwa miłość.
Szkoda, że nie pokochało i jej... Ale odpędziła tę niegodną myśl, widząc, jak matka zapala się do opowieści o dawnych dobrych czasach, kiedy jeszcze nie dopadła ich bieda, mieszkali w małej chatce w ukochanej Lutynce i, pełni nadziei na przyszłość, oczekiwali pierwszego dziecka.
Dalszą opowieść o trudnych czasach podjął ojciec Gabrysi.
Nie próbował się tłumaczyć, mówił prostymi słowami o tym, jak bywało chłodno i głodno, bo pieniędzy na powiększającą się co roku rodzinę nie starczało. Mimo to opowiadał o dzieciach z prawdziwą dumą i miłością. Jak wyrosły na dobrych, skromnych ludzi. Jak nie stoczyły się na dno, nie popadły w nałogi, założyły mniej lub bardziej szczęśliwe rodziny, wyfrunęły z rodzinnego domu na swoje.
Jedynie Malwinka była inna. Głodna wielkiego świata i luksusów. Suka. Dobry człowiek raduje się biedą. Podziwiali ją za to, trochę zazdrościli bogactwa, ale przede wszystkim niepokoili się o los najmłodszej. Także dzisiaj...
- O, to przysłała - starszy mężczyzna wyciągnął do Gabrysi dłoń, w której od początku ściskał pocztówkę. Dziewczyna spojrzała zdumiona na kartkę, przedstawiającą pysznie zdobiony minaret,


 lśniący w słońcu złotym dachem. Odwróciła pocztówkę i przeczytała, jeszcze bardziej zdziwiona: „Jestem w Maroku. Jest tu bardzo dobrze. Jestem szczęśliwa. Kiedyś przyjadę i opowiem, jak mi tu dobrze. Malina".
- Malina jest w Maroku? - Gabriela podniosła na nich wzrok. - Nie wspomniała, że jedzie na wycieczkę. Zajmuje się sprawą Alka, mojego... przybranego synka, więc myślałam, że jest w Warszawie, a tu: Maroko. I jaki dziwny ten list. Jakby
pisała go pierwszoklasistka!
- Właśnie, pani Gabrysiu, właśnie - przytaknął skwapliwie jej ojciec. - To i nam dało do myślenia. Malwinka to wykształcona panna, a tu takie coś.
- Może pisała w pośpiechu między zwiedzaniem jednej piramidy a drugiej, czy co tam się w tym Maroku zwiedza. 
Wróci, to ją wypytamy.
Oboje rozpromienili się.
- Dziękujemy, pani Gabrysiu, uspokoiła nas pani.
- I po to tylko przyjechaliście? - zapytała z mimowolnym rozczarowaniem. - Żebym was uspokoiła?
Jak Gabrysia ma ich niby uspokoić, jak nawet nie wiedziała, że Malina jest w Maroku.
- Jesteście bliźniaczkami - odparł mężczyzna, nieco zmieszany. - Gdyby coś złego działo się jednej, druga też by to czuła, prawda?
A, no oczywiście. Biedacy z Podkarpacia wierzą w bzdury. Jak mogłam o tym zapomnieć.
Nie do końca, bo Gabrysia dowiedziała się, że ma siostrę, bliźniaczkę na dodatek, całkiem niedawno, a wcześniej nigdy nic w związku z tym nie czuła. Jedyne co odczuwała w tym momencie, to gniew do prawdziwych rodziców, którzy po dwudziestu ośmiu latach odnaleźli ją tylko po to, by wykorzystać jako psa tropiącego.
Nie oceniaj ich zbyt surowo, to prości, zmęczeni życiem ludzie - rozbrzmiały w umyśle słowa cioci Stefanii. Dziewczyna westchnęła głęboko. Trudno było spodziewać się po takim czasie wybuchu macierzyńskich i ojcowskich uczuć...
- Gdybym coś poczuła, dam znać - odrzekła. Kobiecina rozpromieniła się.
- Tu jest coś dla ciebie, córuchno... - Pogrzebała w podróżnej torbie, wyciągając słoik pełen grzybów. - Akuratnie jak na zamówienie: rydze z Zagubionego!
Biedacy z Podkarpacia używają wieśniackiej gwary, są drwalami, zbierają grzyby i wierzą w bzdury. Zwłaszcza gwary, zwłaszcza grzyby. Klasa zapamiętała, czy mam powtórzyć jeszcze raz?
Gabriela przyjęła prezent z mieszanymi uczuciami - po rodzicach, którzy nie widzieli dziecka od urodzenia,spodziewałaby się rodzinnego albumu ze zdjęciami rodzeństwa, a nie słoika rydzów. Spojrzała na ciocię. Kobieta obdarzyła ją ciepłym, pełnym zrozumienia uśmiechem, a Gabriela poczuła taki przypływ miłości do Stefanii, że aż łzy zakręciły się jej w oczach.
Państwo Gwoździkowie tymczasem wstali, by się pożegnać.
Już w korytarzu Gabriela zadała im pytanie, które nurtowało ją od dawna:
- Dlaczego akurat na tę wycieraczkę, a nie inną? Dlaczego podrzuciliście mnie Stefanii?
- Och - tym razem zmieszała się matka - rodziłam tu, nieopodal, na Karowej, tak się złożyło, że zmogło mnie w Warszawie. Pani Stefania dorabiała na oddziale jako salowa. Nie spotkałam w całym swoim życiu lepszego, cieplejszego człowieka, przeto pomyślałam, że będzie ci u niej dobrze...
O, ta kobieta zdaje się miła! Pewnie z radością wychowa moje dziecko.
Coś w środku Gabrieli pękło. Rzeka nigdy nie wypłakanych łez przerwała tamy. Dziewczyna zaszlochała. Przez te wszystkie lata myślała, że porzucili ją ot tak, w przypadkowej klatce, na przypadkowej wycieraczce, ale nie! Na szczęście, dzięki ci, Panie Boże!, nie! Wybrali dla nowo narodzonej córeczki najlepszy dom, jaki w tak dramatycznych okolicznościach mogli wybrać - dom Stefanii, najlepszej i najukochańszej istoty na świecie!
Ja tam uważam, że lepszą decyzją byłoby oddanie dziecka do adopcji, żeby przygarnął je ktoś, kto będzie tego dziecka chciał, a nie zrzucanie na kogoś, kto wydaje ci się w porządku, odpowiedzialności na całe życie. 
Skąd oni w ogóle mieli adres Stefanii? To jest bardzo creepy.
Zrobiła krok, potem drugi, w kierunku matki, której twarz pociemniała ze smutku, a oczy zwilgotniały.
- Dziękuję - szepnęła, obejmując kobietę ostrożnie, jeszcze z niedowierzaniem. Ta przytuliła ją mocno i po chwili razem płakały cicho. Pan Leon stał ze zwieszonymi ramionami, ocierając ukradkiem łzy. - Przyjedziecie jeszcze? - zapytała Gabriela, gdy żegnali się ze Stefanią i Rogerem.
Przyjadą. Może nie tak od razu, bilety, ach te bilety!, takie drogie, ale przyjadą. Na wiosnę, albo jeszcze lepiej: latem. Do Jagódki, o której tyle opowiadała im Stefania, gdy czekali na powrót Gabrysi. Przyjadą ze słoiczkiem rydzów, a wtedy... wtedy Gabrysia spróbuje pokochać i ich.
No jak tu nie pokochać, jak rydze przynoszą.


Chwilę później Gabriela podejmuje odważną decyzję.
- Chciałabym cię o coś spytać...
- Tak, serdeńko?
- I przepraszam, że pytam dopiero teraz, ale... całe życie pragnęłam odnaleźć rodziców i powiedzieć to im, a gdy w końcu odnalazłam... czy mogę mówić do ciebie... mamo?
Stefania aż wstrzymała oddech. Zwróciła na dziewczynę dobre, jasne oczy, teraz wilgotne od pierwszych łez.
- Tak, Gabryniu, tak, córeńko najmilsza, możesz.

Spełniam kolejną obietnicę: dowiadujemy się, co spotkało Malinę w Maroko.
Oliwier pojawił się w mieszkaniu na Mariensztacie parę dni później. Wszedł, przywitał się ze Stefanią
- Roger wyjechał do Francji załatwić sprawy majątkowe - usiadł w fotelu naprzeciw Gabrieli i bez słowa podał jej list, pisany zamaszystym, niemal męskim charakterem pisma.
Drogi Oliwierze, chciałabym, azaliż przeprosić Cię za zniknięcie bez tamtego uprzedzenia, ale los taki już czasem płata niespodzianki. I mi się właśnie jakoby taka przydarzyła. Jestem gościem honorowym tutaj Asmida al Hajewa, piątego księcia Maroka. Jak możesz sobie tak jakby wyobrazić, mieszkam po iście królewsku, mając do dyspozycji otóż to nie tylko wspaniały apartament, ale i służkę. Do Polski jednakowoż raczej nie wrócę, moją przyszłość chcę związać z tym krajem, krajem jakoby pięknych krajobrazów i dobrych ludzi. Nie czekaj więc na mnie. Jeśli chodzi o nasze zaręczyny raczej ale tak ująć je mogę: nie! Zostaję tutaj. Pierścionek odeślę mimo przy najbliższej okazji. Nie czekaj na mnie. Ucałuj tudzież Gabrielę, za nią będę tęskniła. Z poważaniem. Malina.
Gabriela uniosła znad listu zdziwione spojrzenie.
- Też miałem taką minę, gdy czytałem go po raz pierwszy
- odezwał się mężczyzna, zasępiony.
- Nie wiedziałam, że się zaręczyliście. Współczu...
- Bo się nie zaręczyliśmy!
- To o czym ona pisze? „Nie czekaj na mnie", o, nawet powtórzone, „pierścionek odeślę"...
- Nic innego nie rzuciło ci się w oczy?
- Jest pisany dość... oryginalnie. Te wtrącenia są... zupełnie bez sensu: „azaliż", „mimo", „jednakowoż". A już najbardziej kretyńskie wydaje się to zdanie - puknęła palcem w kartkę - „raczej ale tak ująć je mogę: nie!". Szczyt absurdu! Zaraz, zaraz, poczekaj...
- Gabriela pochyliła się nad listem, zmarszczyła brwi i pobladła nagle. Pierwsze litery wyrazów w tym zdaniu ułożyły się w rozpaczliwy krzyk: RATUJ MNIE! 
Intryga zerżnięta z "Szatana z siódmej klasy". Brawo, Pani Kasiu.
Oliwier skinął głową.
- Właśnie. Cała reszta tych nonsensownych wtrąceń miała ukryć to jedno wymowne zdanie.
- Co robimy? - Gabriela poderwała się na równe nogi, gotowa ruszać siostrze z odsieczą.
- Ty siedzisz na czterech literach i udajesz, że o niczym nie wiesz, ja jadę do Maroka, odnaleźć piątego księcia i naszą Malinę.
- Mogłabym pojechać z tobą! Co dwie głowy...
- Po pierwsze, jesteś kobietą, a Maroko to dziki kraj, jeszcze i ciebie porwą, po drugie, jesteś znana wszem wobec, na pewno zwróciłabyś uwagę księcia i narobiła jeszcze większych kłopotów
 

(Grafika nie jest wykonana przeze mnie, podziękujcie za nią Ponderowi.)

A teraz uwaga. Przechodzimy do najobrzydliwszego fragmentu książki. To będzie po prostu ZŁE. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.
Malinę przywiózł Oliwier dwa tygodnie później.
Czekająca na nich w sali przylotów Gabriela na widok siostry uniosła dłoń do ust, by nie krzyknąć. Dwudziestoośmioletnia kobieta wyglądała jak wrak człowieka. Nie w sensie fizycznym - schudła parę kilogramów, ale nie to rzucało się w oczy. Ostrożny chód, podkrążone oczy, jakby nie spała od nie wiadomo jak dawna, spłoszony wzrok, pustka w spojrzeniu i obtarte nadgarstki, które ukryła pod długim rękawem wymiętego żakietu... Uściskała niepewnie Gabrielę, wsiadła do samochodu Oliwiera i, nadał nie odzywając się ani słowem, zapatrzyła się w okno.
Gabrysia spojrzała na Oliwiera, który wyglądał niewiele lepiej. Wzruszył ramionami.
- Może uświadomisz mnie, co się tam stało?! - wykrzyknęła z gniewem.
- A co się mogło stać w dzikim kraju porwanej Europejce? Mam ci to rozpisać czy rozrysować? A może pokazać? - rzekł odpychającym tonem. - Malina dostała nauczkę. Drugi raz tego błędu nie popełni, prawda, złotko? - zwrócił się do kobiety bez cienia czułości czy współczucia w głosie.
No bo jak można jej współczuć, jak to wredna suka była. Jeśli spotkało ją coś złego, to tym lepiej. Źli ludzie zostają ukarani, dobrzy dziedziczą domy po ciociach. W prozie Katarzyny Michalak świat jest sprawiedliwy.
- Nie popełnię - odparła cicho tamta.
- Odwiozę was, gdzie tam sobie chcecie i jadę w swoją stronę - ciągnął. - Spotykam się od jakiegoś czasu z fajną dziewczyną. Na poważnie.
Gabrysia spojrzała na siostrę. Doprawdy Oliwier mógłby być delikatniejszy, wiedząc, że Malina kocha się właśnie w nim, ale ona patrzyła w okno zupełnie zobojętniała.
Gabrysia oczywiście zwróciła uwagę na najgorszy aspekt sprawy - niedelikatność względem zakochania Maliny. Bo gdzie by tam traktowanie jej nieszczęścia jako zasłużonej kary, przecież to jest w porządku.
- Spokojna głowa, dziecko - mężczyzna zwrócił się do Gabrysi - wyjaśniliśmy sobie z panią mecenas to i owo podczas długiej podróży: Malinka kocha li tylko wyzwania, a raczej kochała, bo ta miłość przeminęła z wiatrem marokańskiej pustyni. Tamże, w bajkowej rezydencji swojego księcia tak dostała po dupie, podejrzewam, że dosłownie również, iż przez resztę życia zamierza cieszyć się, że żyje, pal licho karierę. Pogodzi się z rodziną, wesprze rodziców, odpokutuje parę grzeszków, w tym również próbę powtórnego wpakowania mnie za kratki, by mogła podać uwięzionemu pomocną dłoń...
Malina została zgwałcona. Może w końcu da jej to do myślenia i przestanie skupiać się na karierze, a zamiast tego doceni prawdziwe Wartości, jak rodzina i pomoc biednym.
- Malina! - jęknęła Gabriela. - Naprawdę chciałaś to zrobić?!
- Gdyby nie książę, już bym siedział - prychnął Oliwier z nienawiścią i pogardą. - Dziękujmy Allahowi za książąt! Ależ ja nienawidzę takich manipulantek... No, wysiadajcie, jedna z drugą, na resztę życia mam was dosyć.
Chyba nie umiem sobie wyobrazić, za co Malina chciała wsadzić Oliwiera do więzienia, w jaki sposób podać mu pomocną dłoń i co wspólnego miał z tym książę. Szkoda, że w książce ta część fabuły jest całkowicie przemilczana i czytelnik sam nie może wyrobić sobie zdania o motywach Maliny.
- Mnie też? - miauknęła Gabrysia, nieszczęśliwa z powodu tego, co usłyszała.
- Ciebie może nie - odparł łaskawie, pożegnał je skinieniem ręki i odjechał z piskiem opon, naprawdę wzburzony.

Trochę dalej wypowiada się i Malina.
- Wiesz, zawsze byłam silna i niezależna. Wiedziałam, że sobie poradzę. A tu paru burków, nie używając przemocy, jedynie głodem i brakiem snu, potrafiło mnie zmusić do wszystkiego. To daje do myślenia.
Powlokła się w górę ulicy. Nagle obróciła się na pięcie.
- Ale wiesz, jak się zemściłam? - krzyknęła z oddali. - Zaraziłam księciunia HIV - em! 
Gabriela aż chwyciła się za serce.
- Malina - jęknęła - ty chyba...
- Spokojnie! Wcisnęłam Asmidowi ten kit, żeby mnie wypuścił. Grunt to pomyślunek! - Popukała się w skroń. - Tylko nie mów nic Oliwierowi, myśli, że to dzięki sile jego perswazji. No, trzymaj się, siostra! - Machnęła Gabrieli ręką, uniosła nieco wyżej głowę i odeszła.
Przyznaję, że nie mam pojęcia o co chodzi. Że niby jak okłamanie księcia, że zaraził się HIV-em miałoby wpłynąć na wypuszczenie Maliny? Że nie ma po co gwałcić, bo ma HIV-a? To mogła wcześniej nastraszyć, że ma, a nie po fakcie, że zaraziła. Nie rozumiem. Po prostu nie rozumiem.

Marta odczytuje SMS-a od Gabrieli.
„Martuś, mam pomysł! Gdy już w tych głupich Stanach otworzysz własną stadninę, przyślę Ci Binga w probówce! Co Ty na to?!"
Kobieta przeczytała wiadomość raz jeszcze, po czym musiała się roześmiać. Śmiała się, ocierając niedawne łzy. Gabrysia, ta kochana, cudowna istota, miała rację: to że Marta rezygnuje dla dobra dziecka ze stajni w Polsce, nie znaczy, że musi zrezygnować z marzeń w ogóle! Kiedyś znów będzie miała swoje chabetki! Może nie tak zaraz, może miną długie lata, ale stajnię otworzy! A gdy kupi dobre amerykańskie klacze... Gabi przyśle jej Binga. W probówce. I wszystko wróci na swoje miejsce.
Zatrąbiła wesoło na mijającego ją tira i ruszyła w dalszą drogę.
Rozmnożę amerykańskie klacze z moim ulubionym polskim koniem i życie znów zacznie mieć sens. Czy coś.
Plus - nie mogłam się oprzeć.

Zakończenie historii Maliny:
Wiedziała, że już są: jej przybrany tata, mama Stefania, prawdziwi rodzice i Malwina - która porzuciła lukratywną, a moralnie wątpliwą, karierę bezwzględnej adwokatki, na rzecz kiepsko płatnej pomocy maltretowanym kobietom i ich dzieciom.
W końcu zrozumiała, co jest w życiu ważne. Niska pensja.
Serio, nie mogła dalej pracować jako adwokatka, ale po prostu z sumieniem? Bronić niewinnych oskarżonych czy coś w tym stylu? 

I obietnica ostatnia: jak się kończy ta książka?
Pan Tadzio wrócił z sieni, niosąc duże, podłużne, wyglądające całkiem znajomo pudło.
- To chyba nie jest to, co mam na myśli? - Gabrieli rozbłysły oczy.
- Owszem, to. - Uśmiechnął się z satysfakcją malutki mężczyzna. Oczom wzruszonej dziewczyny ukazała się zjawiskowa suknia Cukrowej Wróżki, w której Gabrysia podbiła serca telewidzów na całym świecie. I baletki.
- A to ode mnie. - Paweł podał jej skromniejsze pudełko. Na granatowym aksamicie spoczywał równie znajomy diadem.
Gabrysia uniosła go pod światło. W maleńkich brylancikach odbijały się płomienie świec.
- Zatańcz dla mnie - szepnął Paweł, całując dziewczynę w usta.
Spojrzała na niego Z niedowierzaniem.
- Chyba już nie umiem...
- Zatańcz, ciociuu! - Przyskoczył z drugiej strony Alek, obsypując policzki Gabrysi mnóstwem całusów. Goście też nie pozwolili na odmowę. Wreszcie, zarumieniona, o oczach błyszczących jak gwiazdy, z przewieszoną na ramieniu suknią zniknęła w sieni.
Rozbrzmiały pierwsze dźwięki muzyki...
Gabrysia, właśnie Gabrysia, a nie Cukrowa Wróżka - na czubkach palców wbiegła na środek sali i... zatańczyła. Dla tych, których kochała, dla samej siebie, dla Boga, z czystej radości życia.
Wytańczyła całą wdzięczność za to, co od Najwyższego dostała. Wdzięczność za Pawła i Alka. Za mamę Stefanię i tatę Rogera. Za Jagódkę. Za jej pola, stawy, las i wiekowe drzewa w parku. Za sarny i dziki podchodzące do paśnika. Za stadka kuropatw i sikorek, zlatujące do rozsypywanego codziennie ziarna. Za Binga i wszystkie konie, które znalazły w stajni spokojną przystań. Za Martę i jej synka. Za przyjaciół i znajomych, którzy byli przy Gabrysi na dobre i na złe. Za tamtą, drugą rodzinę - Renię i Leona, Malwinę i resztę rodzeństwa. Wreszcie... za to, że może tańczyć!
Ostatnie dźwięki muzyki przebrzmiały. Gabriela wpadła w kochające ramiona swej rodziny. Była szczęśliwa. Gdzie tam szczęśliwa! Była Szczęśliwa, przez duże S, właśnie tak!
Jak widać, kończy się tańcem.
W ogóle to pięknie ten słodkopierdzący fragment wygląda w zestawieniu z obrzydliwą "nauczką" Maliny kilka stron wcześniej. 
No i wizualizacja:
 

I to już naprawdę koniec. JESTEM WOLNA!

Ogłaszam przerwę wakacyjną na blogu. Pewnie będą pojawiały się jakieś posty, ale nie będą miały nic wspólnego z regularnością. Tak się turlam.

I jeszcze jako ciekawostka kilka haseł, za pomocą których ludziom udawało się zguglać bloga:

jak zaśpiewać zęby, ręby dęby gęby
skacząca świnia
pan paluszek opowiada-filmiki na yutube
pachnie nadzieją - metafora
problem z okiem rozlewajaca się krew w oku
obrazy seksowne na golasa z kobietami i chłopami bez niczego
jak nie dać się wrabiać w kłamstwa?
pjenkne cycki
tam za górami tam przesliczny bialy dom
jak nosić bluzkę ze złamaną ręką
wina ofiar przemocy bezkarność bandziorów blog
płód z rączkami i nóżkami żle wykształconymi
zakwiliła jak umierający ptak
aha miasto w iraku
ciocia drapala sie po piersi
zdradziłam sie z kolega meża 2014
opowiadania rozpalające zmysły
zniknęły z gniazda jajka kosa?
dziewczyna gryzie mnie po rekach,klacie
moja dziewczyna zaczela nosic okulary i jom żuciłem
co to jest opek slang
gdy włosy zostaly wyrwane razem z cebulka złość
potem go zwiazałam i zakneblowałam
manto lanie bicie opowiadanie
blog opowiadania różne riddle hermiona czarna

Haseł o gwałtach, zoofilii i gwałtach zoofilskich nie wrzucam, żeby nie gorszyć. 

I tym wesołym akcentem żegnam się.

18 komentarzy:

  1. Jak przeczytałam, że człowiek z autyzmem to czubek, to mi się od razu "Bezdomna" przypomniała. Widzę, że w świecie AutorKasi każdy, kto odstaje od przyjętego przez nią modelu normalności, ludzie z problemami psychicznymi czy różnymi chorobami, to od razu "psychopaci", "czubkowie", "wariaci". Rzygłam.

    Ale przy tym fragmencie o gwałcie na Malinie rzygłam tak daleko, że aż końca rzeki rzygowin nie widzę. Jeśli komuś trzeba tłumaczyć, dlaczego to jest złe, to ta osoba chyba jest chyba psychopatą i czubkiem.

    OdpowiedzUsuń
  2. "wycofano ruskich kryminalistów"
    To pisze ta sama autorka, która kazała nam się wzruszać losem bohatera "Nadziei", przezywanego Ruskiem przez złych ludzi. Bo przecież "Rusek" i "ruski" obrażają nie dlatego, że to obraźliwe słowa, tylko dlatego, że to wstyd być parszywym ruskim Ruskiem.
    "przeto pomyślałam, że będzie ci u niej dobrze..."
    Komuś tu się chyba wydaje, że stylizowanie na wiejską gadkę i archaizowanie to jedno i to samo.
    "trzymając w rękach zdjęcie, na którym bez wątpienia rozpoznał siebie"
    Niby jak? Postarzał się tymczasem o kilkadziesiąt lat.
    "Nieprzytomnego Gabriela znaleźli Niemcy. Przeszukali rannego i nie wiedząc, czy to „polski bandyta", czy swój, zanieśli go do szpitala"
    No pewnie. Wystarczy zerwać opaskę i już nie da się stwierdzić, choćby po szczegółach umundurowania, że to polski powstaniec, a nie Niemiec.
    "Malwinę i resztę rodzeństwa"
    Dwa razy "Malwina" zamiast "Malina", to twoja literówka czy wydawnictwa? Pytam, bo wiem, że to do nich podobne, robili nawet błędy ortograficzne. Nawiasem mówiąc, wątek "ukarania" Maliny jest tak odrażający, że żałuję czytania go na trzeźwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ona miała na imię Malwina, jak się urodziła, rodzice tak na nią mówią, zmieniła, żeby było bardziej tró.

      Usuń
  3. "Tamże, w bajkowej rezydencji swojego księcia tak dostała po dupie, podejrzewam, że dosłownie również, iż przez resztę życia zamierza cieszyć się, że żyje, pal licho karierę. Pogodzi się z rodziną, wesprze rodziców, odpokutuje parę grzeszków" - Podajcie wannę, wiadro nie starczy. Kurwa, serio? Dobrze, że została zgwałcona, to jej wybije z głowy myśli o obrzydliwej karierze, będzie mogła się pogodzić - z dość obrzydliwą, ale przecież to RODZINA, jak można nie być niewolniczo przykutym choćby i do najgorszej - rodziną? AłtorKasia ma tak obrzydliwe nasrane we łbie, że powinna się leczyć na nogi, bo na głowę za późno.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pamiętasz, jak kiedyś zwróciłam Ci uwagę, kiedy zamieściłaś na zdjęciu Michalakowej cytat o robieniu lachy? Odwołuję wszystkie argumenty spod tamtego postu. Ta suka zasłużyła na dużo gorsze poniżenie za to, co nawypisywała o gwałcie. Na ostatnim spotkaniu aŁtorskim głównie słuchałam, jak Elwen i Venes po niej grzecznie i merytorycznie cisną, teraz przywaliłabym suce w pysk.

    OdpowiedzUsuń
  5. "nie używając przemocy, jedynie głodem i brakiem snu" - bo głodzenie i uniemożliwianie snu to nie jest przemoc? Przykro mi, ale nope. Kurcze, to babsko ma taką psychikę, że chyba osobiście pisało scenariusz "smutnego autobusu".

    OdpowiedzUsuń
  6. Ojej, zgadłam! :3
    Ale do rzeczy: przede wszystkim ten cały wątek gwałtu i przemocy na Malinie jest tak przeobrzydliwy, że w głowie się nie mieści. Oczywiście, że nie można dobrze zarabiać i jednocześnie nie być bezwzględnym - przecież wiadomo, że za ciężką pracę powinno się dostawać dobre słowo, a nie "kesz", bo ten mogą gromadzić tylko dobrzy bohaterowie, mieszkający w dworkach. Serio, Kejt powinno się wysłać na jakiś maraton po ośrodkach pomocy kobietom, może wtedy przestałaby pisać takie idiotyzmy. Nie mówię, że to nie jest możliwe, że ktoś po takich traumatycznych przejściach nie może zmienić swojego życia o sto osiemdziesiąt stopni, ale sposób w jaki to jest opisane, jest tak okropny, zachowanie tego Oliwiera tak obrzydliwe i brak jakiejkolwiek refleksji u naszej "pozytywnej" bohaterki, że witki opadają i chciałoby się rzucać mięchem.
    Co do imić Rogera - tak, bo przecież wiadomo, że żołnierze na wojnie to ludziki w call of duty i totalnie żaden dowódca oddziałów nie jest w stanie zorientować się ilu ludzi mu brakuje i których - przecież oni są tylko od robienia tła, prawda. Poza tym po umundurowaniu, które różniło się od niemieckiego, po wyciągniętej z niego kuli, po czymkolwiek mogli się zorientować, że to nie ich człowiek. A skoro nie wiedzieli kim on jest, to nie zanosiliby go do szpitala i kurowali do końca wojny, ale torturowali tak długo i tak skutecznie, że przypomniałby sobie nie tylko język ojczysty, ale nauczyłby się kilku nowych. I nie ma znaczenia, że mówił do nich po francusku - przecież to mógł być szpieg. Ja mam nadzieję, że ta książka o powstaniu warszawskim to tylko taki straszak, a nie pozycja, która się ukarzę, bo aż mnie ciarki przechodzą.
    I niby za co miał sobie kupił ten domek we Francji? Za orzeszki? Czy za emeryturę kombatancką niemieckiego żołnierza?! Słów brak.
    W dodatku znowu te wszystkie stereotypy dotyczące polskiej wsi - ja wiem skąd ten akcent! Z "Rancza"!! Albo "Samych swoich" I już widzę tych ludzi, co zupełnie dobrowolnie opiekują się czyimś majątkiem, bo może wróci. Swoją drogą to stereotypowe pokazywanie biedy też jest cholernie wkurzające. Bo potem pojawiają się ludzie, co im się wydaje, że jak ktoś jest biedny to koniecznie ta bieda jest widoczna na 243235325235 kilometrów, zbiera rydze i drwa, i mówi potwornie kalecząc.

    Na koniec jeszcze dodam, że niby czym różni się Gaba od Malwiny? Tym, że Malwina zarabiała hajs pracując mimo wszystko ciężko, ale naginając prawo, a Gaba dała się przerobić w plastikową lalę totalnie za darmo? Że też była pusta bo liczył się dla niej najbardziej wygląd, a wszystko co dobre przydarzyło jej się totalnym fuksem i zupełnie na nic w życiu sobie nie zapracowała?Jakoś totalnie nie przemawia do mnie jako bohaterka pozytywna.

    Podziwiam za przebrnięcie przez to dzieUo.
    Freya

    OdpowiedzUsuń
  7. Książka przerażająca. Również podziwiam za przebrnięcie.
    Co do wątku Gabriela alias Rogera: wydaje mi się, że po umundurowaniu akurat nie musieli go zidentyfikować jako Polaka. Przecież powstańcy brali część mundurów z magazynów niemieckich. Broń to samo, zdobyczna (w każdym razie częściowo). Nawiasem mówiąc, wzmianka w takiej książce o prawdziwym człowieku, prawdziwym powstańcu - cóż, jest moim zdaniem nie na miejscu. Poza tym jeśli Niemcy zanieśli Gabriela do niemieckiego szpitala, to nie mam pojęcia, jak miałby tam się znaleźć prawdziwy Roger Barlet, który był dezerterem z Wehrmachtu i walczył po stronie polskiej. Nie mówiąc już o tym, że Roger Barlet poległ ok. 30 VIII na Starym Mieście. Walki na Czerniakowie to połowa września. Cóż, na upartego można powiedzieć, że "kolega z tej samej sali" to przenośnia. Co jednak z masakrą powstańczych szpitali na Starówce (2 września)?
    Nie znam się na historii powstania warszawskiego tak bardzo, jak bym chciała, ale za wikipedią: http://pl.wikipedia.org/wiki/Ukrai%C5%84ski_Legion_Samoobrony ukraińska formacja, która brała udział w walkach na Czerniakowie.
    "Wyjście oddziałów niemieckich z miasta" brzmi dla mnie jak nietrafiony eufemizm.
    Sielankowa egzystencja Gabriela we Francji - czyste bzdury. Jak słusznie zauważono wcześniej, za co ten domek z ogródkiem? Rozumiem, że miło (zapewne) wyobrażać sobie kolejny sielankowy domeczek spowity w kwiaty, a na ganku dziarskiego dziadka pykającego fajkę i malującego obrazki, ale to brzmi jak parodia. Zwłaszcza, że Gabriel uważał się za żołnierza niemieckiego. Z pewnością witano go w powojennej Francji z wdzięcznością i nieskrywaną sympatią.
    Z "i oto jestem" wnioskuję, że nasz bohater przypomniał sobie polski i przeszłość. Zapewne na widok Stefanii, coby było romantyczniej. Z całą pewnością rozpoznał w staruszce swoją młodą ukochaną (siostry nie warto byłoby szukać, co tam rodzina, której członkowie mogli przecież przeżyć, co tam jakieś rodzeństwo), z całą pewnością rozpoznał siebie na niewyraźnym zdjęciu, pokazywanym w telewizji (nie, to nie mógł być ktoś do niego podobny, dokładnie przecież pamiętał, jak wyglądał, a jakość z pewnością powalała na kolana) i wcale nie wydawało mu się dziwne lub nienaturalne wspólne życie z osobą po tylu latach właściwie nieznaną. Ta sytuacja pokazuje też bezsens jego bierności - dziwne, że nie przyszło mu do głowy, żeby szukać wśród dokumentów z powstania, aby rozpoznać jeśli nie siebie, to znajome sceny, fragmenty otoczenia, ludzi? Co do amnezji - potrzeba by chyba wypowiedzi biegłych w medycynie.

    Z innej beczki: język rodziców Gabrysi jest po prostu smutny.
    Jeszcze raz szczere wyrazy uznania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz? Masz chyba rację z tym umundurowaniem kulą - trochę się zapędziłam może, jednak nadal w głowie mi się nie mieści, że naziści mogliby nieznanego sobie człowieka, chociażby nie wiem jak bardzo aryjsko wyglądał i jakim płynnie mówił bez akcentu po niemiecku i francusku, kurować niemal do końca wojny jak swojego, mając głęboko w poważaniu, że to wcale nie musiał być ich człowiek. Przecież oni własnych ludzi też za najmniejsze podejrzenie zdrady torturowali i mordowali! A jak uznali za swojego, to zostawiliby go na pastwę czerwonoarmistów?? Którzy nota bene ot tak pozwolili mu wyjechać do Francji!?

      I właśnie ten wątek ze Stefanią mnie też zirytował - bo przecież spotkali się po ponad pół wieku! Idiotyzmem jest uważać, że młody facet, niechby już miał ten domeczek we Francji, nie pamiętając zbyt wiele, nie znajdzie sobie żony, nie założy rodziny, tylko będzie przez siedemdziesiąt lat (sic!) malował pejzaże i oglądał telewizje. Plus to jest straszne nagięcie, że po tak długim czasie ludzie się spotykają i kochają jak dawniej - przecież to już zupełnie inni ludzie, niż ci co się rozstawali w młodości. No ale zakończenie musiało być słodkopierdzące, a logika poszła się kochać.

      Freya

      Usuń
  8. A ja chciałabym się dowiedzieć, w jakich latach dzieje się akcja książki? Bo Stefania mówi, że ma 76 lat (patrz: poprzednia część komiksoanalizy). Powstanie było 70 lat temu (równiutko), więc co, Stefa się hajtnęła z Gabrysiem mając lat 6? Żeby to miało jaki taki sens, akcja powinna się dziać plus minus, około początku XXI wieku.
    Zabrnęłam w Google. Batalion Czarna jest, jeśli dobrze rozumiem, przez AutorKasię wymyślony i tylko PSZYPADGIEM podobny do batalionu Zośka?... Bo to Zośka i Parasol zdobyły magazyn z niemieckimi mundurami i jako jedyne bataliony miały jednolity strój- czyli właśnie niemieckie panterki (nie mówię, że inni nie latali w panterkach ;) ). Cały oddział wycofywał się, zostawiając Gabrysia na ulicy, a tylko zabierając opaskę?!... (liczba znaków godna Ałtoreczki) No chyba nie. Z tego, co czytałam o faktach, to prędzej narażaliby się, żeby tylko ściągnąć go z tej ulicy, tym bardziej, skoro był dowódcą! Co prawda nieraz dowódca zmieniał się po jednym dniu, ale raczej wybierano ludzi, którzy byli w plutonie od dłuższego czasu, byli znani i szanowani przez resztę. No i gdzie sanitariuszki?! Uciekły?
    A w ogóle, to rozumiem, że podczas zdejmowania opaski powstańcy wołali "O, tam! Patrzcie, co to?" żeby móc tę opaskę zdjąć? Bo Niemcy się potem nie zorientowali, że "Polnische ratten" (czy jakoś tak, nie znam niemieckiego aż tak dobrze) ruszali tego rannego i wzięli go do swoich...
    No cóż, jak dla mnie to jest bez sensu, ale swoją wiedzę o Powstaniu czerpię głównie z literatury, gdzie też mogą być błędy i przesada... Jakby co, to mnie poprawiajcie ^^
    Aa, wiecie co? Czekam na książkę o Powstaniu. Przeczytam ją baardzo dokładnie. I wyśmieję xD Mam nadzieję, Eśko, że z tego też ewentualnie zrobisz komiks, bo Twoje analizy książek Kejt są warte wszystkiego.
    I pomyśleć, że podobała mi się "Poczekajka"!...

    P.S. Odkryłam Twojego bloga dwa dni temu. Moja nowa miłość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początku książki dowiadujemy się, że kiedy mała Gabrysia chowa się w Bieszczadach, po krzakach siedzą tam prześladowani przez system akowcy. Wygląda więc na to, że rzecz nie dzieje się w XXI wieku...

      Usuń
    2. Czyli zarzut bezsensu czasowego upada :) Dziękuję za poinformowanie mnie- ja tej książki nawet nie zamierzam czytać (przebrnęłam przez kilka innych) :)

      Usuń
    3. Kilka faktow. Gabrysia ma 28 lat. Urodzila się jeszcze kilka lat przed upadkiem komuny, skoro pamięta to, co we wspomnianym wcześniej fragmencie, więc póki co wszystko się zgadza. System audiotele w Polsce pojawił się w latach '90 XX w., system sms jeszcze później, przyjmijmy rok 2001, bo wówczas TVN emitował pierwszą edycję Big Brothera. Jesli w 2001 roku Stefania miała 76 lat, to w 1939 raptem 14 lat. Realia wojenne rządziły się swoimi prawami, ale czy w tym wieku dzieciaki naprawdę myślały o seksie w piwnicy i małżeństwie? Wiadomo, że im później toczyłaby się akcja, tym gorzej, ale nie wyłapałam chyba więcej szczegółów, które wskazywałyby na to, że wydarzenia mają miejsce po 2001 r.(wręcz przeciwnie, bo Osama bin Laden dość dobrze wpisuje się w panujące ówcześnie nastroje).

      Pzdr;)
      H.

      Usuń
    4. jest juz prolog do ksiazki o powstaniu. na blogu kejt. niszczy system

      Usuń
  9. To:

    https://www.facebook.com/aletojestbestseller?fref=photo

    jest kogoś z Forum?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja przepraszam, ale z jakiego panie są forum?!

      Usuń
  10. Jeżu... Nie mam nawet słów na sensowny komentarz. To zestawienie słodkopierdzących motywów i potwornych obrzydliwości w rodzaju gwałtu jako kary za grzechy jest po prostu rujnujące psychikę. Nie ogarniam, jak komukolwiek może się proza pani M. podobać. To już nawet nie jest lolkontent, to zło w czystej postaci. Eśko, podziwiam za przebrnięcie i rozprawienie się z kolejną patologiczną książką tej aŁtorki. Cholera! Nadal nie wierzę, że coś takiego zostało wydane :((

    OdpowiedzUsuń
  11. Tu jest cudowny motyw wiary, że człowiek ze śpiączki się budzi i od razu jest na chodzie. A gdzie lata rehabilitacji i nauka wszystkiego od nowa, gdzie odleżyny?

    ,,Drogi Oliwierze, chciałabym, azaliż przeprosić Cię za zniknięcie bez tamtego uprzedzenia, ale los taki już czasem płata niespodzianki. I mi się właśnie jakoby taka przydarzyła. Jestem gościem honorowym tutaj Asmida al Hajewa, piątego księcia Maroka. Jak możesz sobie tak jakby wyobrazić, mieszkam po iście królewsku, mając do dyspozycji otóż to nie tylko wspaniały apartament, ale i służkę. Do Polski jednakowoż raczej nie wrócę, moją przyszłość chcę związać z tym krajem, krajem jakoby pięknych krajobrazów i dobrych ludzi. Nie czekaj więc na mnie. Jeśli chodzi o nasze zaręczyny raczej ale tak ująć je mogę: nie! Zostaję tutaj. Pierścionek odeślę mimo przy najbliższej okazji. Nie czekaj na mnie. Ucałuj tudzież Gabrielę, za nią będę tęskniła. Z poważaniem. Malina."
    Oni potem zwrócili uwagę na dziwny styl, a to wygląda jak wszystko od Autorkasi.

    ,,- Gabriela pochyliła się nad listem, zmarszczyła brwi i pobladła nagle. Pierwsze litery wyrazów w tym zdaniu ułożyły się w rozpaczliwy krzyk: RATUJ MNIE!
    Intryga zerżnięta z "Szatana z siódmej klasy". Brawo, Pani Kasiu."
    Kiepsko zerżnięta, bo tam były pierwsze litery poszczególnych wierszy. Tu są pierwsze litery części wyrazów w zdaniu + całe ostatnie słowo. To wygląda bardziej na przypadek.

    Następny fragment. Zrobiło mi się słabo, nadmiar zła.

    OdpowiedzUsuń