O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Przyszło mi do głowy, żeby publikowane wcześniej na forum analizatorskim dzieUo opublikować ponownie, tym razem na swoim własnym blogasku. Tutaj też będą się pojawiać (mam nadzieję) moje kolejne wariacje na temat opek i analiz. Pierwsze odcinki wyglądają strasznie źle, ale nie bójcie się, dalej jest tylko bardzo źle.

Komiks pojawia się w poniedziałki lub wtorki, zależnie od weny i nastroju aŁtorki.

A zdjęcia słodkich margajów do galerii możecie przesyłać mi na esia221@gmail.com ;)

22 października 2014

"Korwin - wolnościowiec z misją (wywiad rzeka z najinteligentniejszym polskim politykiem)" - Tomasz Sommer

Nie spodziewaliście się tego, prawda? Ja też nie. Dzisiejszy odcinek będzie nietypowy. Ze względu na podjęty materiał nie będzie komiksowo. Nawet szczególnie analizowo nie będzie. Będzie to bardziej zbiór cytatów, które... poruszyły mnie podczas lektury tego... dzieła.


Cytatów oczywiście z kontekstem.

Za pożyczenie mi książki przeklinam Pondera.
Kolor ciemnosiwy to tekst oryginalny (Tomasz Sommer - jak w wydawnictwie - kursywą), kolor fioletowy to ja.

Oto spis treści:

I. Człowiek

1. Mały liberał
2. Opozycjonista
3. Polityka realna
4. Nie jestem skandalistą

II. Idee

1. Wychowanie
2. Kobieta
3. Władza, religia, Kościół
4. Masoni
5. Inspiracje
6. Żydzi, żydokomuna, antysemici
7. Rusofilia, rusofobia
8. Niemcy
9. Naprawić Polskę - No problem!
10. Ewolucjonista
11. Przyszłość 

 Każdy rozdział stanowi jakby oddzielny wywiad i zaznaczam na początku, że nie będę zajmować się wszystkimi, niektóre jedynie krótko streszczę.

Pierwszy rozdział dotyczy wspomnień z dzieciństwa Korwina. Sommer pyta o moment, w którym u chodzącego do zindoktrynowanej szkoły dziecka pojawiła się idea wolnorynkowa. Korwin mówi o tym, że dla inteligentnego dziecka  (nawet wierzącego w socjalizm, bo Korwin - jak opowiada - wierzył) zorientowanie się, że coś jest nie tak nie było problemem. 

- Różnie można interpretować Pańskie poglądy, jednak wydaje mi się, że najważniejszą ich cechą jest wiara w wolny rynek na rozmaitych płaszczyznach rzeczywistości. Kiedy więc po raz pierwszy zetknął się Pan z pojęciem "wolny rynek"? I kiedy dotarł Pan do jakiejś literatury wolnorynkowej? Co to było?
- Słyszał Pan, Cuvier na podstawie kości napiętka zrekonstruował całego tygrysa szablistego? No więc ja na podstawie jednej informacji z "Trybuny Ludu" krytykującej poglądy Miltona Friedmana (co oczywiście dla mnie oznaczało, że ma On absolutną rację) wydedukowałem całą teorię wolnego rynku. To łatwe - znacznie łatwiejsze niż rekonstrukcja tygrysa szablistego, bo to jest logiczne.

Dalej Korwin opowiada o swoich studiach (filozofia). Mówi, że jak było coś o marksizmie, to po prostu nie czytał jak wszyscy, i że Dopiero w latach 70. zatrzymałem się w rozwoju umysłowym, bo zaczęły się pojawiać książki, więc nie musiałem już sam dedukować - były gotowce...
Jeśli chodzi o kontekst, to Sommer pytał, czy Korwin na studiach spotykał jakieś libertariańskie książki. Korwin mówi, że nie, że wszystko dedukował sam.
Po lekturze "gotowców" Korwin zaczął pisać, bo zobaczyłem, że wydedukowałem sobie to samo, za co parę lat temu dawano Noble.

Rozmowa dotyczy jeszcze planów na przyszłość po skończeniu studiów i pierwszych publikacji polityka. Nuda.
Warto wspomnieć, że rozdział przyozdobiony był zdjęciami z dzieciństwa Korwina.

Pominę kolejne dwa rozdziały, stanowią one opis działalności politycznej Korwina aż do czasów współczesnych książce (2009 rok). Jest kilka loli, ale wymagałyby one streszczania wielu nudnych stron, a bez kontekstu przecież nie wstawię. 

Rozdział czwarty dotyczy skandali. Przepisałam go w całości. Z całym kontekstem.

- Czy jest Pan świadomym skandalistą?
- Skądże znowu!
- Ale jadł Pan na przykład PIT-y - chyba całkowicie świadomie i z wyrachowaniem?
- Ja bym to nazwał co najwyżej efekciarstwem
- A kto właściwie wpadł na pomysł zjedzenia PIT-ów? Pan czy Skiba?
- Nie pamiętam...
- Dużo Panowie wtedy tego skonsumowali?
- Jeden. Czułem niedosyt...
- Przejdźmy do jazdy na słoniu. O ile PIT miał określoną wymowę, to o co chodziło ze słoniem?
- A, to już zupełnie nie mój pomysł. Byłem zdecydowanie przeciw! Ale kompetencje szefowej Sztabu Wyborczego uszanowałem... 
- Był Pan przeciw? Kto to więc wymyślił?
- Pani Jolanta Traczyńska...
- A skąd wzięliście tego słonia?
- o ile wiem, z cyrku. Z Julinka.
- Dobrze się słonia prowadzi?
- To kornak prowadzi, nie ja.
- Czyli został Pan po prostu przez słonia przewieziony?
- Nawet nie wiem, czy on chodził, czy tylko przyklękał i stał. Moje córki były za to zachwycone.
A teraz uwaga.
- Słynna historia z dziewczynką niepełnosprawną też wynikła przez przypadek?
- Niektórzy twierdzą, że przez przypadek - niektórzy, że było to ukartowane. Licho wie.
- A jednak to Pan rozwinął sprawę w stronę happeningu. 
- Nie, absolutnie nie! Również matka tej dziewczynki była, moim zdaniem, całkowicie autentyczna i spontaniczna.
- Będę się kłócił, że trochę Pan to podkręcał, bo przecież można to było zdusić w zarodku...
- Ale ja nie widziałem powodu, by cokolwiek dusić w zarodku. Ja jestem bardziej ideologiem niż politykiem. P. Roman Giertych to jest polityk - gdy nazajutrz ten sam czerwony błazen usiłował ciągnąć temat, P. Roman odparł rzeczowo: "Zamknij pysk, czerwony pomiocie" (czy jakoś podobnie) - i było OK!
- No tak, ale podczas tego zdarzenia od teorii, czyli dyskusji z matką, przeszedł Pan do praktyki, czyli podszedł Pan do dziecka. To była Pańska decyzja, która podgrzała sprawę...
- Ja po prostu uważałem, że: (a) sprawę trzeba wyjaśnić; (b) jak kobieta prosi, to nie wolno odmówić; (c) dziewczynka była fajna i z chęcią bym z nią porozmawiał. Niestety, gdy ciągnięty za rękaw przez jej matkę doszedłem do panienki i zacząłem rozmawiać, ta sama matka oświadczyła, że nie dopuści, bym faszerował jej dziecko faszystowską ideologią i zaczęła mnie odciągać w drugą stronę. No to poszedłem sobie...
- Czy ma Pan jeszcze kontakt z tymi paniami?
- Nie - a szkoda; może by Pan, jako dziennikarz, wydobył ich adres od Partii Kobiet Prawdziwych? Tyle że u nich jest taki bałagan... Te lewicówki...
Lewicówki to bałaganiary, bo nie mają zastrzeżonych dla prawicówek kobiecych supermocy sprzątania.
- A jaka była reakcja tej dziewczynki na całe zamieszanie?
- Zupełnie chłodno i rzeczowo rozmawiała - i widziałem wyraźny żal, gdy jej mama mnie odciągnęła. Zdziwiło mnie tylko, że zupełnie szczerze i czupurnie nawet powiedziała, że nie widzi nic niestosownego we wspólnych lekcjach WF-u.
- Czyli jednak szła w zaparte?
Jak śmiała.
- Sądzę, że naprawdę tak uważała. Być może matka nie chciała, bym zachwiał w niej to przekonanie...
- Przekonanie, że mimo ułomności może pełnowymiarowo uczestniczyć w WF-ie?
- Najwyraźniej tak. Podejrzewam, że oni w tych szkołach przechodzą niezłe pranie mózgów.
Link pierwszy, link drugi - trochę inne spojrzenie na sprawę. Niewyobrażalny jest dla mnie poziom braku empatii człowieka, który jest w stanie zrobić coś takiego. A następnie pójścia w zaparte, że to nic złego i stwierdzenia, że skoro dziewczynka nie czuje się gorsza wśród dzieci pełnosprawnych, to najwyraźniej przeszła pranie mózgu. Nie chciałabym być w klasie z dziećmi wychowywanymi przez tego człowieka.
- A jak było z telewizyjnym "sieg heil"!
- Normalnie, Ponieważ czymś musiałem się różnić z p. prof. Janem Winieckim, to wyszło na €uro. I ja, jako hay'kista, zażądałem 27 różnych konkurencyjnych walut we Wspólnocie Europejskiej, nazywając chęć ujednolicenia waluty "Ein Reich, ein Volk, ein €uro" - zresztą hitlerowcy istotnie chcieli ujednolicić waluty w zjednoczonej Europie.
- Ale wiedział Pan, że teraz naszych mediów właściwie nic już nie rusza z wyjątkiem "hajlowania". No, mógł Pan jeszcze coś powiedzieć o tym, że €uro trzeba wykończyć tak jak Żydów w Oświęcimiu. To byłby szumek...
- Właśnie ochrzaniłem jakąś idiotkę z "Dziennika", która pytała, czy "nie wstydzę się tego co zrobiłem". Po pięciominutowej dyskusji nawrzeszczałem na nią, że to oni, dziennikarze, wyhodowali takiego np. Leppera - bo jak tylko zrobił jakąś zadymę, to relacjonowali; a gdybym ja nawet Nobla dostał, to byłoby o tym u dołu trzeciej strony. Nie chcę być złym prorokiem, ale podejrzewam, że ukaże się tekst brzmiący "Korwin-Mikke idzie w zaparte; nie tylko nie wstydzi się swego haniebnego uczynku, ale jeszcze zwala winę na dziennikarzy, że za mało uwagi poświęcają jego beznadziejnym wygłupom".


(Nawiązuję oczywiście do tego mema.)
- Jednak "siegował" Pan w pełni świadomie. Czyli sam Pan dopalił tę minę...
- Oczywiście. Ja uważam, że w cytowaniu hitlerowców w ogóle nie ma nic złego - a już cytowanie krytycznie jest poza wszelką krytyką! Uważam też, że trochę rozgłosu nie zaszkodzi.
- Wielokrotnie się przekonałem, że tzw. prości ludzie pamiętają Pana z jazdy na słoniu oraz zranienia nożem w brzuch. To ostatnie oczywiście nie było zamierzone. Co się wtedy właściwie zdarzyło?
- Dostałem nożem w brzuch. Sprawa ani polityczna, ani gospodarcza, ani kryminalna - osobista. Dziwne, że Pan o tym mówi, bo na spotkaniach w ostatnich latach tylko dwa razy mnie o to pytano - a spotkałem ponad 200 tys. ludzi...
Nie wnikam dlaczego cios nożem w brzuch był sprawą osobistą, a nie kryminalną.
- Może ludzie po prostu krępują się zapytać. Ale jak się krępują, to z reguły szepczą po kątach, Jednak to istotna część tzw. wizerunku. Czyli to pozostawiamy w cieniu?
- Jak najbardziej.
- Czyli z perspektywy czasu ocenia Pan tworzenie wizerunku poprzez "skandale" jako godne polecenia, czy też polityk raczej powinien tonować swoje zachowania?
- W ogóle się nad tym nie zastanawiam! Robię to, co jest słuszne - a nie to, co doradzają macherzy od wizerunku!
Chyba że doradzają mi akurat jazdę na słoniu. 
A zaraz, to kobieta prosiła. Kobietom się nie odmawia. 
- No tak, ale trudno powiedzieć, czy happeningi to rzecz słuszna, czy nie. To raczej kwestia wyboru formy ekspresji. To chyba nie jest tak, że formę ekspresji wybiera Pan spontanicznie?
- Tak.
- Czyli najpierw Pan działa, a potem myśli nad efektami?
- Działam słusznie - a to, jaki efekt przynoszą słuszne działania, to już mnie nie obchodzi.
Właśnie takiego przywódcy potrzebuje nasz kraj. Przywódcy, który z definicji odrzuca przewidywanie konsekwencji podjętych działań.
- Ale efekt jest taki, że w mediach ma Pan opinię ekscentryka i skandalisty - i to w jakiś sposób rzutuje na powszechną ocenę merytorycznej treści przekazu, z którym Pan chce dotrzeć do ludzi. Przykładowo: Leszek Balcerowicz ma poglądy zbliżone do Pańskich, ale jego wizerunek jest diametralnie inny...
- Nic na to nie poradzę. Gdyby media chciały, efekt byłby dokładnie odwrotny...
Wyobraźcie sobie poprzedniego mema, ale z Leszkiem Balcerowiczem w miejscu Leppera.
- A czy to przypadkiem nie jest jednak trochę faustowski układ: jestem w mediach, jestem rozpoznawalny, ale kosztem jest określony wizerunek?
- Boże, jak ja kocham te intelektualne odniesienia... Ja jestem prosty chłop pańszczyźniany...
Który jako dziecko dedukował to, za co inni dostawali Noble, na podstawie jednej informacji.
- No to lepszym przykładem jest Stańczyk. Dlaczego jeszcze w PRL wybrał Pan na symbol właśnie Stańczyka? Ja mam wrażenie, że to się ciągnie dziś za Panem, ale wyszło od Pana właśnie.
- Obóz "stańczyków" to bardzo ciekawy program polityczny...
- Ale Stańczyk to jednak błazen. Wprawdzie mądry, ale błazen...
- Myślę, że ma Pan rację. Jednak śp. Stanisława hr. Tarnowskiego nikt za błazna nie uważał.

Przechodzimy do części drugiej i rozdziału "Wychowanie". Niech mnie diabli wezmą, jeśli wiem, dlaczego rozdział ilustrowany jest tym zdjęciem.

  
- Dzieci biorą więcej z genów czy ze środowiska i wychowania?
- Nie rozumiem, co znaczy "więcej". Jak Pan to chce liczyć?
- Są różne metody i różne wnioski. Jedni naukowcy dowodzą - na podstawie faktów - że z genów, inni - też na podstawie faktów! - że z wychowania. Więc to kwestia wiary. Stąd to pytanie. Jak się Panu wydaje?
- Tę dyskusję uznaję za nonsensowną. Geny są o tyle ważniejsze, że jeden letalny gen człowieka wykańcza - czego chyba nie robi żaden ze składników "środowiska"... Dopóki nie mam jasnych kryteriów, co znaczy "ważniejszy" - na takie pytanie nie odpowiadam. Tym zajmują się humaniści i inni Untermensche.
Humaniści i inni Untermensche <3 Chyba nie macie wątpliwości, dlaczego zdecydowałam się przytoczyć ten rozdział.
- Czy jednak rodzice, którzy są np. niezbyt inteligentni, mogą stworzyć geniusza przy pomocy specjalnych rodzajów wychowania, najlepszych szkół, specjalnych kursów, korepetytorek itp.?
- Na to, by stworzyć geniusza, potrzebne są i odpowiednie geny, i konieczne jest odpowiednie wychowanie. Natomiast samo wychowanie powinno ograniczyć się do niezabijania talentu... I tu ważna sprawa: talent zabija się... pomagając mu. Np. dziecko uczone metoda średniowieczną, na pamięć, "od do" - samo uczy się, wyciągając wnioski. Dzisiejszej młodzieży podsuwa się wnioski - wskutek tego dziecko łatwiej uczy się materii, ale NIE uczy się samodzielnie wnioskować. Taki paradoks. 
"Co cię nie zabije, to cię wzmocni". Dziś natomiast ludzkość stara się usuwać trudności. I to właśnie jest zabójcze... Szkoła ma być testem trudności, a nie testem łatwości...
Nauczenie się "Lalki" na pamięć z pewnością wniesie w życie młodego człowieka więcej niż jej lektura i interpretacja.
Poza tym to brzmi zupełnie jakby nie można się było uczyć wniosków "od do" oraz wnioskować na podstawie dostępnej treści. 
 - Nie chce Pan chyba przez to powiedzieć, że najlepszy jest wychów sadystyczno-zimny, a jak dziecko takie wychowanie przeżyje, to będzie dopiero nadczłowiekiem?
- "Sadystyczny" - nie. Surowy - tak. "Straszny dziadunio*" [Akcja powieści rozgrywa się na ziemiach polskich (a także w Petersburgu) pod koniec XIX wieku. Tytułowy bohater, niepewny siły charakteru swych spadkobierców, poddaje ich licznym próbom. Bezwzględne eksperymenty w pewnym momencie kończą się dla Hieronima, jedynego pozytywnego bohatera, niemal tragicznie] śp. Marii Rodziewiczówny jest pewną przesadą... Natomiast trudności są potrzebne...
O ile się nie mylę, Don Juan ani Casanova nie byli uczeni seksuologii ani erotyki. Przeciwnie - musieli pokonywać trudności. I dlatego wyrośli z nich wspaniali kochankowie...
W ogóle proponuję zniesienie szkół i uczelni. Wtedy Polska będzie naukową potęgą. 
A przykład z Casanovą i Don Juanem piękny. 
- No to chyba kwestia nadczynności określonych gruczołów. o.o Premier Tusk by wiedział, co z tym zrobić. O.O Napisał Pan książkę o wychowaniu dzieci z dopiskiem "nie dla kobiet". Skąd ten dopisek?
- Zakładałem, że jeśli kobietom stworzy się trudności w nabyciu tej książki, to się na nią rzucą. I nie pomyliłem się. 
- Czyli nie chodzi o treść zakazaną dla pań?
- Och, nie - choć oczywiście książka była przeznaczona głównie dla mężczyzn. Sam tytuł "Vademecum ojca" by tu wystarczał - a ten dopisek był w celach handlowych...
- Ma Pan sześcioro dorosłych dzieci. Czy uważa się Pan za dobrego ojca. Czy uważa Pan, że odniósł Pan sukces w ich wychowaniu?
- Sukces jak sukces, ale jakoś żyją... Nie chwali się dnia przed zachodem słońca...
Czyli... Dopóki nie umrą?
- Chodzi mi o to, że można by domniemywać, iż osoba pisząca książkę o wychowaniu ma się czym pochwalić... Inaczej pisałaby nie o tym, jak wychowywać, tylko jak nie wychowywać.
- Nieprawda. Najlepiej uczyć się na błędach! Zwłaszcza cudzych...
- Jak Pan wie, np. Wolter uważał się za wspaniałego pedagoga, ale swoje dzieci wysyłał do sierocińca. W takiej postawie jest coś fałszywego.
E: Wikipedia mówi, że to Jean-Jacques Rousseau wysyłał swoje dzieci do sierocińca.
- Ja do sierocińca nie wysyłałem...
Gratulacje.
Swoją drogą, co oni mają w tej książce z wielokropkami?
- To lećmy po kolei. Od kiedy, Pana zdaniem, ojciec powinien zajmować się dziećmi? Są teorie, że od trzeciego czy nawet piątego roku życia...
- Synami - od piątego. Za córki powinna zawsze odpowiadać matka. Co nie znaczy, że ojciec ma się z nimi nie bawić (ratunku - posądzą mnie o zachęcanie do pedofilii...)
Szczerze mówiąc, nie wzięłabym stwierdzenia, że ojciec może bawić się z dziećmi, za zachętę do pedofilii. Nikt, kto wie, że to normalne, by nie wziął. 
Panie Korwin, nie musisz się tłumaczyć, że nie chodzi ci o pedofilię, mówiąc, że ojciec może się bawić z córką. Ojciec bawiący się z córką nie jest kojarzony z pedofilią. Naprawdę.
- Premier Tusk czuwa. Co ojciec ma do zaproponowania pięciolatkowi - ma go uczyć pisać czy wpajać zasady moralne, czy skłaniać do nauki języka?
- Ma być wzorem do naśladowania: lepiej grać w piłkę, lepiej liczyć - no i wpajać zasady moralne. Na przykładach - nie "moralizując" in abstracto. A przede wszystkim służyć jako wzór męskości.
 Niech mi ktoś, proszę, wytłumaczy, o co chodzi z Tuskiem.
- Co robić, gdy dziecko jest "nieznośne", czyli w dzisiejszym języku ma ADHD?
Co z tego, że ADHD ma podłoże biologiczne. Wymysł.
- Tolerować. Gdy przesadzi - napomnieć. Gdy nie pomoże - sprać tyłek...
Oczywiście. Przecież za moich czasów to nie takie choroby się pasem przepędzało.
- Właśnie. Bić czy nie bić?
- Jak trzeba - to bić. Byle nie ze wściekłości - kara musi być z jednej strony naturalna - dziecko musi widzieć, że rodzica szlag trafia - ale z drugiej strony musi wiedzieć, że kara jest wymierzona sprawiedliwie, z namysłem.
Z matką jest oczywiście inaczej.
Skupmy się na chwilę na użyciu słowa "naturalna". "Dziecko musi wiedzieć, że rodzica szlag trafia". Stosowanie przemocy, bo szlag trafia, jest naturalne. 
- To znaczy, że matka nie powinna nigdy bić?
- Nie - tylko syn wie, że od matki obrywa czasem niesprawiedliwie, bo mama się wściekła. I uczy się to znosić - bo mama może, To się przydaje potem w stosunkach z kobietami...
Litościwy syn przebaczy matce kobiecą głupotę.
Litościwy chłopak/partner/mąż przebaczy dziewczynie/partnerce/żonie kobiecą głupotę i stworzy zdrowy, pełen szacunku związek. 
A ojciec nie może. Ojciec musi panować nad sobą, bo niesprawiedliwość ojca jest przez dzieci znacznie gorzej odbierana. To taki dziecięcy seksizm, czyli nadtolerancja dla matek.
Poproszę badania, z których wynika, że dzieci są świadome kobiecej głupoty matki i wybaczają jej nieuzasadnioną przemoc.
- A co robić, gdy bicie zostanie zakazane - tak jak to już w kilku krajach się stało?
- Mieć nadzieję, że dziecko nie doniesie...
Bzdury wymyślają na tym zachodzie, panie, bzdury. Żeby mi mojemu własnemu dzieciakowi zabronili zadawać przemoc fizyczną? No naprawdę, za robotę by się zabrali, nie mają, kretyni, już za co tych pieniędzy brać. 
- Co robić, gdy dziecko nie chce się uczyć?
- To jest trudny problem. O ile wiadomo dokładnie, co robić z dzieckiem, które nie chce jeść (przegłodzić - a potem zabraniać jeść; dobrze jest wprowadzić pozbawienie śniadania za karę) - o tyle z nauką jest ciężko. O jaki wiek chodzi? I o jaką płeć?
Ja bym powiedziała, że jedzenie i nauka to dwie zupełnie różne sprawy, między innymi dlatego, że nauka nie jest potrzeba fizjologiczną. Ale to ja.
- Na przykład mamy ośmiolatka.
- Hmmm. Najprawdopodobniej nie rozbudzano w dziecku nadziei na pójście do szkoły, nie grożono, że jeśli będzie niegrzeczne, to NIE pójdzie do szkoły... Być może w domu nie było matki, która by z entuzjazmem witała postępy dziecka...
Czy pytanie nie brzmiało "co robić?"
Nie ważne. Wina matki i jej kobiecej głupoty. 
- Czy jest Pan zwolennikiem homeschoolingu, czyli nauki dzieci w domu przez rodziców? 
- Jasne! Zwłaszcza w rodzinach wielodzietnych. Szczególnie w latach początkowych. Jednak i jedynak może znakomicie skorzystać na nauce w domu. A co najważniejsze - jest wtedy odizolowany od szkodliwych wpływów. Bo w tak młodym wieku często dwie czarne owce potrafią zdemoralizować 15-osobową klasę.
- Czyli kiedy właściwie dziecko powinno ruszyć do szkoły?
- To kwestia całkowicie indywidualna. Są takie szkoły, że gdyby była alternatywa, powiedziałbym: nigdy! Szczególnie trzeba chronić dziewczynki - w szkołach uczą się znacznie więcej złych rzeczy niż dobrych.
Mój wrodzony masochizm pragnie, by Pan Janusz rozwinął temat złych rzeczy, których dziewczynki uczą się w szkołach.
Natomiast są takie dzieci, które będą się czuły znakomicie zarówno w dobrej, jak i złej szkole. To zależy od dziecka.
- Klasy koedukacyjne czy oddzielne? 
- Nigdy koedukacyjne! Z bardzo wielu powodów - przede wszystkim czysto edukacyjnych: obie płci mają odmienny sposób pojmowania treści, inne upodobania - i rozwijają je w różnym wieku. Np. najpierw chłopcy górują nad rówieśnicami w matematyce, potem zostają w tyle, a potem już wychodzą zdecydowanie na prowadzenie. W klasie rówieśniczej trzeba opóźniać jednych, by wszystko mogli zrozumieć drudzy. 
Czy nie lepiej w  zamiast segregować dzieci wiekiem, jak to się dzieje teraz, czy płcią, jak marzy Korwin, segregować je poziomem wiedzy?
Druga sprawa to płeć. Jako stary erotoman wiem, że zakazany owoc najlepiej smakuje. Gdy dziewczyny stają się towarem łatwo dostępnym, przestają podniecać - i konieczna staje się pornografia... To także jedna z zachęt do homoseksualizmu.
Co? Ja naprawdę... Co? Zachęta do homoseksualizmu? Kobieta "towar łatwo dostępny"? Za dużo. Za dużo naraz. Przerasta mnie te akapit.
Po trzecie - u chłopców tępi się w klasach koedukacyjnych zdolności i cechy najważniejsze np. agresję. A jednocześnie dziewczynki stają się agresywne. Potem jednym i drugim w życiu czegoś brakuje. Dziewczyna agresywna nie potrafi dobrze wychować dziecka (często wyrastają przez to homosie!), a chłopak nieagresywny nie potrafi obronić rodziny.
Piękny, czysty, nieskażony rzeczywistością Korwin.
Bo nasze społeczeństwo byłoby takie wspaniałe, gdybyśmy tylko przestali karać bijących się na przerwach chłopców, i pozwolili im rozwijać wrodzony dar agresji. Bo homoseksualizm bierze się z agresji matki (już nie z łatwo dostępnych dziewczyn). Bo nie ma absolutnie żadnej różnicy między agresywnym a obronnym stosowaniem przemocy. Bo dziecku nie może zdarzyć się nic lepszego niż agresywny ojciec. 
Bo rodzina nie ma nic do roboty, tylko się bronić. Spekuluję, że przed zachodnimi wymysłami w stylu zakaz bicia dzieci.
- A co Pan sądzi o postulacie powrotu do nauczania klasycznego? Czy to już mimo wszystko przesadny archaizm?
- Co Pan rozumie przez "nauczanie klasyczne"?
-  Takie znane ze "Wspomnień niebieskiego mundurka" Wiktora Gomulickiego - z greką, łaciną, religią jako przedmiotem, a nie etyką itp.
- Łacina koniecznie, greka - tylko dla części; grecka kultura to raczej dla Rosjan. Natomiast jestem zasadniczym wrogiem religii w szkołach - jest to sprowadzenie religii do poziomu takiego jak chemia czy wychowanie fizyczne. Co gorsza - prowokuje do dyskutowania z podstawami Wiary. Nic tak nie sprzyja ateizacji społeczeństwa a przynajmniej elit społeczeństwa, jak religia w szkole.
- Właśnie - religia. Czy jako rodzic z doświadczeniem zaleca Pan religijne wychowanie dzieci?
- Kategorycznie tak! Wiara to jedno - a religia to jest obrzędowość, pewne rygory, pewna moralność właśnie... O ile z żydami i muzułmanami dzielimy WIARĘ w jednego Boga, znanego z Pięcioksiągu Mojżesza - to nasze RELIGIE są zupełnie inne. A ponieważ różnorodność jest piękna, powinniśmy dbać o naszą religię - a nie myśleć o żadnej tam "ekumenii". 
Dla rozwijania religijności elit byłoby dobrze, by dzieci musiały skradać się do kościoła na nauki religii katakumbami - a jeszcze od czasu do czasu łupano za to niewielki mandat...
- Do kościoła ma prowadzić ojciec, czy - jak to  się dzieje - matka?
- Odświętnie - ojciec! Na co dzień, w praktyce - matka...
Gdyby to powiedział ktoś inny, można by pytać "dlaczego". Ale to Korwin. Oczywiście, że wszystko, absolutnie wszystko, będzie dzielił ze względu na płeć.
- Jak pokonać tzw. bunt nastolatków, kiedy robią się ogólnie na "nie"?
- Nie pokonywać! To cenna cecha. Przejdzie!
Oczywiście lekko przekonywać. Albo pomoże - albo... zahartuje do mówienia "NIE". To bardzo ważna umiejętność! Czyli albo pomoże, albo... zahartuje.
- A jak uchronić dziecko przed tzw. złym towarzystwem, Tu chyba zasada z zabijaniem i wzmacnianiem specjalnie nie działa?
- Nie. Chronić, ale i uodparniać. Jeśli np. nie chcemy, by dziecko lubiło heavy metal, to należy samemu słuchać Mozarta - a od czasu do czasu włączać HM tak głośno, by dziecko uszy rozbolały i zaczęło się krzywić, że "znów ta muzyka dla debilów"... To wystarczy. Podobnie trzeba uodparniać na "złe towarzystwo". Ale INDYWIDUALNIE - nie na zasadzie, że "Ci bogaci to wszyscy źli", "Ci Murzyni", "Ci biedacy"...
Ja bym się posunęła nawet do tego, żeby uczyć dziecko, że uogólnienia i uprzedzenia są złe.
Pamiętajmy, by nie przesadzić. Chłopak przedstawiony jako Diabeł wcielony stanie się interesujący. Natomiast w rozmowach MIĘDZY RODZICAMI (nie do dziecka!!) parę razy należy powiedzieć o nim lekceważąco, z nutką obrzydzenia...
Wystarczy!
- Czy dziewczętom potrzebne są studia? O ile dobrze pamiętam, pisał Pan, że starczy im nauka do osiemnastego roku życia?
- Do piętnastego... Kobiety (mówię o przeciętnej - są wyjątki!) nie lubią abstrakcji, potrzebują konkretów. Do NAUKI jako takiej nie są zdolne - ale w dziedzinach takich jak pielęgniarstwo bywają znakomite, a w każdym razie trudne do zastąpienia. A to, że szkoły pielęgniarskie nazywane są dziś "wyższymi uczelniami"... Cóż - takie czasy!
Prawdopodobnie pod wpływem tego właśnie poglądu Korwina jeden z jego hm... fanów próbował swego czasu przekonać mnie, że trzeba zakazać edukacji kobiet, bo kobiety do nauki po prostu nie są stworzone, a te kilka jednostek wybitnych i tak da sobie radę, i, jak to zrobiła Skłodowska, pokona wszelkie trudności na swojej drodze.
Wiecie co? Gówno prawda. Ta logika nawet wewnętrznie nie jest logiczna.
Jeśli już zakładamy, że kobieta to podczłowiek, który do nauki nie jest zdolny, pozwólmy jej się uczyć ile chce. Nie da sobie rady, da sobie spokój. I po co zawracać gitarę tworzeniem trudności dla wybitnych kobiet?
A weźmy jeszcze pod uwagę fakt, że kobiety są zdolne do nauki na równo z mężczyznami. 
Idąc tą logiką, odbierzmy czarnoskórym prawa wyborcze. Czarny nie lubi wyboru, potrzebuje narzuconej decyzji. Do zaangażowania w życie polityczne jako takie nie jest zdolny. Ale w takich dziedzinach jak zbieranie bawełny bywa znakomity, a w każdym razie trudny do zastąpienia. 
Przepraszam. Ale to jest naprawdę dokładnie ten sam poziom argumentu.
- Czyli z pańskiej perspektywy system edukacji trzeba wysadzić w powietrze i zbudować od nowa na zupełnie innych zasadach?
- Wrócić do normalności.
- Państwo powinno się choć trochę zajmować edukacją czy w ogóle nie?
- W ogóle! To przecież nie jego dzieci... Wyjątkiem jest szkolenie wojskowe chłopców.
Też zawsze uważałam, że dzieciom z biednych wiejskich rodzin należy się wykluczenie społeczne. Niech sobie nie wyobrażają.
- Co zrobić z uniwersytetami? Obecnie są de facto państwowymi urzędami, które hamują rozwój prywatnego szkolnictwa wyższego. Czy należałoby je sprzedać?
- Sprzedać. Z licytacji...
- Wróćmy jeszcze do dzieci i wychowania. Po co obecnie ludziom są dzieci?
- Ludzie po prostu CHCĄ mieć dzieci. To instynkt - nieustannie wspomagany świadomością, że na starość dzieci są podporą. Niestety, system emerytalny powoduje, że rodzice (nie widząc, że ich emerytura pochodzi dziś de facto z pracy dzieci) uważają, iż dzieci są raczej przeszkodą. Stąd spadająca dzietność.
A drugi czynnik: jeśli państwo wtrąca się w wychowywanie dzieci, jeśli można będzie pójść do więzienia za klaps wymierzony dziecku - to już Pawlik Morozow się kłania...
Nic dziwnego, że Rosja wręcz wymiera.
Zlikwidujmy emerytury, a zniknie problem spadającej dzietności, bo wszyscy bezdzietni czym prędzej rzucą się do rozmnażania, żeby miał kto na starość szklankę wody podać.
No i po co mi dziecko, jak nie mogę mu bezkarnie zadać przemocy fizycznej.
- Jak blisko jesteśmy obecnie sytuacji z "Nowego wspaniałego świata" Aldousa Huxleya, gdzie dzieci wychowuje państwo i segreguje je jeszcze pod względem inteligencji, a o swoich rodzicach po prostu nic nie wiedzą?
- Istotnie, coraz bardziej zbliżamy się do Nowego, Wspaniałego Świata...
- Czy to w ogóle da się odwrócić?
- Obawiam się, że nie. Jesteśmy w śmiertelnym korkociągu: im gorzej, tym większe wołanie do PAŃSTWA o ratunek - a im więcej działa państwo, tym gorzej...
 Wszystkie d***kracje ginęły w stanie ogromnej degrengolady - tyle że do tej pory było tylko jedno takie dziwaczne państewko na 100 - i tylko przez parędziesiąt lat. Obecnie jesteśmy świadkami agonii d***kracji w skali połowy globu albo nawet więcej. Skutki będą takie jak skutki agonii Cesarstwa Rzymskiego.
Właśnie istnienie demokracji doprowadzi nas do rozmnażania pozaustrojowego, degenerowania części płodów i wychowywania kolejnych pokoleń przez państwo na idealnych pracowników i konsumentów, jak to miało miejsce w "Nowym wspaniałym świecie".
Nie cywilizacja przemysłowa, jak to miało miejsce w "Nowym wspaniałym świecie". 
- Jak sprawić, by dziecko wyrosło na wolnościowe. Czy Panu udało się tak ukierunkować swoje potomstwo?
- Nic w tym kierunku nie robiłem. Ale dzieci naśladują rodziców - jeśli mają to szczęście, że mogą widzieć ojca przy pracy - oczywiście. 
Dlatego tak ważne było, żeby ośmioletni chłopcy już pomagali ojcu w warsztacie lub fabryce.
- Jest Pan zwolennikiem pracy ośmiolatków?
- Jasne! Praca uszlachetnia! Byle nie przesadnie ciężka.
Wbrew temu, co się dziś pisze, praca dziewięciolatków w kopalniach polegała na zamiataniu chodników czy maszyn, gdy takie były wskazania - a nie na waleniu kilofem. Wynalazca sprzężenia zwrotnego pracował - konkretnie: przełączał wajchę, gdy wskaźnik przekroczył pewne położenie...
I cóż, że praca rodzica wymaga często wykształcenia, którego dziecko nie zdobędzie, bo zajęte jest patrzeniem jak rodzic pracuje.  
- I ostatnie, a może nawet ostateczne pytanie związane z wychowaniem czy może raczej bezpośrednio z potomstwem. Co Pan sądzi o dziedziczeniu majątku? Jest Pan zwolennikiem dziedziczenia skoncentrowanego (wszystko dostaje jedno dziecko) czy równomiernego? A może w ogóle - jak to obecnie jest w modzie - sprzeciwia się Pan przekazywaniu majątku?
- Wedle woli autora testamentu. Żadnego automatycznego "zachowku". Natomiast spadkodawca może zarządzić, że nieruchomości - zwarte - powinny przechodzić na jedno dziecko. Takiego miniordynata, który ewentualnie, jeśli jest taka potrzeba, powinien brać innych członków rodziny na utrzymanie. 
Piękna jest wizja świata, gdzie każdego stać na a to utrzymanie wszystkich członków rodziny, a to utrzymanie niepracujących rodziców. 

Na dzisiaj wystarczy. Następnym razem zaczynamy od rozdziału "Kobieta". Będzie mocny towar.

10 komentarzy:

  1. Moja jedyna reakcja na ten wywiad, która nie zawierała bluzgów: http://bi.gazeta.pl/im/0/10861/z10861690O.jpg
    Czy naprawdę ktokolwiek bierze tego człowieka na poważnie jako kandydata gdziekolwiek? Kiedykolwiek?
    I ciekawe, ile z jego gimbazjalnych "kuców" dorwało tę książkę. Pomijając fakt, że na pewno byliby zachwyceni wnioskami.
    To jest tak przeładowane seksizmem, głupotą i nie-umiem-tego-nazwać, że brak mi słów.

    OdpowiedzUsuń
  2. Już się nie mogę doczekać rozdziału "Kobieta" <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Niektóre z przytoczonych opinii pana Korwina są tak nierzeczywiste i wręcz naiwne, że aż nie chce mi się wierzyć, że inteligentni ludzie mogą chcieć na niego głosować. Jego opinie są szkodliwe i szykanujące - dotyczące roli kobiety, dzieci, rodziców... naprawdę ciężko mi znaleźć chociaż jeden jego pogląd z tych przytoczonych, który mogłabym poprzeć. Ponadto brakuje mu ogłady. Brakuje mu myślenia o konsekwencjach. Według mnie wszystko to wybitnie świadczy o tym, że na przywódcę się nie nadaje, chyba że własnej, prywatnej Nibylandii.

    I to bardzo przykre, że młodym ludziom najwyraźniej podoba się taka zupełna rewolucja w myśleniu - to jak cofnięcie się w ewolucji - zabranie wolności edukacji kobietom (teoretycznie pan Korwin niczego kobietom nie zabrania - na razie - jedynie "sugeruje", że po 15 roku życia edukacja nie jest dla nich konieczna; ale skoro nie jest konieczna, to po co się tym w ogóle przejmować? czemu by jej po prostu nie wycofać?), przywrócenie podziału na "tych gorszych" i "tych lepszych" (zupełnie się pogubiłam: z jednej strony niepełnosprawni według niego są z zasady źli, ale z drugiej nie powiniśmy generalizować i sprowadzać niechęci do całych konkretnych grup), pochwała agresji (opad rąk; domyślam się jedynie, że nie chodziło o dopuszczalną przemoc, ale raczej odwagę w obronie rodziny - niemniej dobór słów - tak, słowa mają znaczenie! jest wyjątkowo nietrafny).

    Nie wiem, czy istnieje lepszy przykład na zniechęcenie inteligentnych ludzi do polityki tego pana, niż poprzez uwypuklenie takich właśnie opinii.

    Pozdrawiam,
    Mae

    OdpowiedzUsuń
  4. o.O mózg mi wypaliło! Zaczęło się źle (chodzi oczywiście o wywiad, nie Twoje komentarze:P), potem padło to promieniujące głupotą zdanie: "No to chyba kwestia nadczynności określonych gruczołów." (ki wuj?), a następnie to już ostra jazda bez trzymanki. Podziwiam Cię, że przebrnęłaś przez tę książkę, ja bym pewnie nie wytrzymała i podarła ją na strzępy z irytacji.
    Hym, choć może całość trzeba rozpatrywać jako żart? Podtytuł o najinteligentniejszym polskim polityku wyraźnie to sugeruje:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiem, dlaczego masz jakiekolwiek skrupuły przed wrzucaniem zdań bez kontekstu, skoro same poglądy Króla egzystują bez kontekstu ;)
    Pewno kiedyś ten tekst by mnie ostro zezłościł, ale teraz to już tych hipnotyzuje i bawi. Jedynie przy karaniu fizycznym dziecka z ADHD drgnęła mi brew - pracowałam z dziećmi z ADHD i utrzymanie ich w ryzach nie jest takim arcytrudnym zadaniem - czasem wystarczyło "policz zdania, a potem wyrazy w przeczytanym tekście, i zrób mi z tego mini-raport", by się czymś zajęło. Ale to wymagałoby podejścia, poświęcenia odrobiny czasu i kreatywności, przywalenie pasem za bycie chorym na pewno przynosi lepsze skutki. Proponuję, co by nie być hipokrytą, bić głuche potomstwo za niesłuchanie poleceń.

    W mojej starej szkole eksperymentalnie wprowadzono klasę czysto męską - skończyło się na jednym roku. Pozytywnych skutków nie uświadczono, wyniki gorsze niż w koedukacyjnych klasach, na lekcjach małe piekiełka. I wciąż, mimo braku upośledzonych pod względem logicznym dziewczynek, byli uczniowie lepsi w przedmiotach ścisłych i znacznie słabsi. Łups.

    Absolutnie cudne jest to "religii w szkołach absolutnie, bo się o niej dyskutuje, krytykuje, ludzie zaczynają myśleć I OJEJCIU JEJCIU CO WTEDY?!".

    Pozbawianie dziecka za karę śniadania, a niech sobie zemdleje w szkole, niech się słabiej rozwija, a wpędźmy go sobie w problemy żywieniowe. A, no tak, synowie rosnący na prawdziwych mężczyzn (nie żadnych homosiów, żadnych serków na śniadanie!) albo sobie przeżują miód z pszczołami z pobliskiego lasu, albo wykorzysta wpajaną mu w domu agresję i zabierze drugie śniadanie jakiemuś słabeuszowi albo kalece z młodszej klasy. Przetrwają najsilniejsi!

    Swego czasu czytałam ten królowy poradnik wychowania (chyba nawet mam jeszcze gdzieś ten PDF...), i ten "chwyt marketingowy" z tym, że tylko mężczyzna ma prawo wglądu. Na podtytule się to nie kończy, bo cały wstęp to jest przemowa do durnej kobitki, żeby książka odłożyła, bo teraz będą rozmawiać MĘŻCZYŹNI, niech sobie główki nie zajmuje, wychowaniem ma sterować ojciec, a ona zająć się czymś pożytecznym, np. rodzeniem kolejnych dzieci. Książka to zbieranina LOLcontentu i chorych teorii (np. jakiegoś cudaczenia, że kompleks Edypa bierze się stąd, że syn czuje feromony po tym, jak rodzice uprawiają seks... Nie wiem, nie dopytujcie...), polecam każdemu do pośmiania się.

    "- A czy to przypadkiem nie jest jednak trochę faustowski układ: jestem w mediach, jestem rozpoznawalny, ale kosztem jest określony wizerunek?
    - Boże, jak ja kocham te intelektualne odniesienia... Ja jestem prosty chłop pańszczyźniany..."
    Muj jej, bo Faust to taka kompletnie nierozpoznawalna postać w kulturze, o której czytali tylko humaniści i inni Untermensche <3

    Sam wywiad jest kijowy - oczywiście, nie mam wglądu na całość, ale na razie wygląda tak, że przy tym wywiadzie-rzece więcej gada dziennikarz niż główny bohater (nie, żeby mnie to jakoś bardzo martwiło).

    Co mnie naprawdę smuci, to fakt, że Król ma cały orszak wiernych poddanych - i nie myślę tu o młodych, gniewnych z gimnazjum, a o studentach, którzy czytają, cytują i przy każdej teorii kiwają głowami jak pieski samochodowe. Dorośli, kształcący się ludzie, mający do czynienia z współuczestnikami kursów z przeróżnych światów.
    Margaju, jak człowiek może popatrzyć drugiemu prosto w oczy i powiedzieć, że grupa, do której należy, powinna mieć zakazaną edukację, bo z reguły jej przedstawiciele są za tępi, by wspiąć się na wyżyny nauki?

    Rozdział "Kobieta" brzmi smakowicie, ale osobiście czekam z niecierpliwością na cytaty z "Masonów"!

    Z wyrazami szacunku
    Kazik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że jak ktoś uważa Korwina za cymbała, usiłuje krytykować wszystkie jego poglądy, nawet te, które na to nie zasługują. Odniosę się tylko do jednego - powiela pan ograne, kłamliwe stereotypy o szkołach "jednopłciowych". Jednoroczny eksperyment w pańskiej szkole z klasą męską, to żenada. Szkoły męskie i damskie, a nie - klasy. Całe wieki edukacja tak funkcjonowała i było OK. Poza tym w kwestii wychowania bliski jest panu chyba model produkujący rozmemłanych, zniewieściałych maminsynków-egoistów, a nie rycerzy. Przykład z dzieckiem pozbawionym śniadania, które z tego powodu mdleje - "bezcenny". Jeśli człowiek bez śniadania słania się na nogach, jest po prostu chory i trzeba go leczyć (do każdego trzeba podchodzić indywidualnie). W krytyce twardej szkoły wychowania chce być pan sarkastyczny, ale cienko to wychodzi, bo obnaża tylko pana przywiązanie do maminego fartucha. Daleki jestem od super spartańskiego wychowania, ale trochę twardej ręki jest konieczne.
      Pozdrawiam.
      Sean.

      Usuń
    2. Typowy człowiek przesiąknięty korwinowymi ideologiami.

      Usuń
  6. "model produkujący rozmemłanych, zniewieściałych maminsynków-egoistów, a nie rycerzy"

    Rycerz Seba? :))
    Panie, średniowiecze dawno się skończyło, i rycerze (na szczęście) też.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "(na szczęście) też" Cieszysz się bo byś się spośród nich wyróżniał w rurkach? Bo by Cię nie akceptowali "tym" czym jesteś?

      Usuń
  7. Korwin na zupełną rację. W czym się nie zgadzacie?

    OdpowiedzUsuń