O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Na tym blogu znajdziecie moje wariacje na temat tej i kilku innych analiz oraz moje własne komiksoanalizy (głównie książek Katarzyny Michalak).

11 sierpnia 2015

Komiksoanaliza "Roku w Poziomce" Katarzyny Michalak - część pierwsza

Nie planowałam powrotu, jednak natknęłam się na materiał tak mocny, że jednak wracam. O czym mowa? O "Roku w Poziomce" naszej ulubionej AutorKasi. Książce z takim trailerem.

Nie zdradzę wam niczego na temat fabuły książki, bo sama sięgnęłam po nią, znając jedynie tytuł i nazwisko autorki. No może jeden mały szczególik - nikt nie spędza roku w Poziomce.

Ok, to zaczynamy. Oryginalny tekst książki będzie w kolorze siwym lub czarnym, tekst dopisany przeze mnie będzie czerwony lub fioletowy.
E: i pogrubiony, bo były skargi, że na niektórych monitorach jest problem z rozróżnieniem kolorów.

Mój wstęp zakończony, teraz przed wami wstęp Katarzyny Michalak:

Miałam kiedyś marzenie. Wielkie Marzenie. Mały biały dom, otoczony wiekowymi sosnami, po którego ścianach pnie się dzikie wino. To marzenie było ze mną, gdy gnieździłam się w jednym pokoju z przyrodnim rodzeństwem. Gdy moim światem stał się głośny, przepełniony akademik. Było ze mną, gdy dzieliłam ży­cie z kimś, z kim nie powinnam. I wreszcie w maleńkiej kwaterunkowej kawalerce, gdzie umierałam powoli jak dziki ptak w ciasnej klatce.
Po latach zwątpienia obraz domku z marzeń zaczął blaknąć. Zapomniałam, jak szumią sosny i śpiewają ptaki. Zapo­mniałam, jak słońce przegląda się w szybkach, a wiatr rozwiewa płatki kwiatów.
Ale mały biały dom nie zapomniał o mnie...

"Dziki ptak w klatce" już kojarzy mi się z dziejami Liliany, a marzenie o domku na wsi z "Poczekajką". Zapowiada się więc bardzo oryginalna powieść.
Nie będę się tego wstępu jakoś szczególnie czepiać, no tak, personifikowanie małego białego domu jest pretensjonalne, czy tam jego pretensjonalność rzuca się w oczy na tle pretensjonalności reszty, ale wierzcie mi, mamy przed sobą lepsze rzeczy.

Pierwszy rozdział nosi tytuł "Lipiec" i rozpoczęty jest, tak jak wszystkie kolejne, listem (?) Ewy (naszej protagonistki) do siebie samej. Życzy ona sobie tego samego, co rok temu, dwa lata temu, pięć lat temu i trzydzieści pięć lat też, choć wtedy nawet w planach Ciebie nie było, ale wiem, że Twoja dusza już do niego tęskniła. O, i to właśnie moje życzenie: miej go w końcu, bo dłużej tak nie wytrzymasz. Chodzi, jak się za chwilę dowiadujemy, o mały biały domek bez łap

Mały biały domek bez łap. I to już jest konkret. To jest właśnie ta Michalak, przez którą piszę tę komiksoanalizę.

O co chodzi z domkiem (a nie będzie tu żadnych nawiązań do domków na kurzych łapkach) dowiemy się zaraz, na razie Ewa opowiada o swojej pogoni za marzeniem.



Tak epicko przemierzając Polskę PKS-em, wyruszając na wyprawę, gdy tylko mignął w internetowej wyszukiwarce kawałek białej ściany. Już widzimy, że autorka kreuje Ewę na osobę niezbyt inteligentną, bo bohaterce nie przyszło do głowy istnienie takiej zdobyczy cywilizacyjnej jak farba.
Mamy opis Ewy odwiedzającej kilka domków, ale wszystkie okazują się być nie bardzo. Przy pierwszym jest słup wysokiego napięcia, zupełnie jakby wysokie napięcie nie mogło przebiegać sto metrów dalej, no co za chamstwo, z drugiej słychać było śpiewy pijanego sąsiada, a przy trzeciej płynęła rzeka, śmierdząca zimą.

Dostrzegam rozwój pisarski AutorKasi, bo praktycznie identyczna scena miała miejsce w "Poczekajce", tylko że tam bardzo mocno było widać, że autorka wyobrażała sobie wydarzenia jako film i opisywała montaż, jaki widziała przed oczyma swojej wyobraźni. W "Roku w Poziomce" Kejt zdaje się być bardziej świadoma, że tworzy literaturę, a nie kinematografię. 

Ewa zaczyna nucić: "Mały, biały pies, bez łap...", bez łat!, co zdaje się przybliżać nas do rozwikłania tajemnicy "małego białego domku bez łap", a następnie sięga po swój tajemny kajecik rzeczy ważnych i nieważnych.

Rzekła z mocą: Pisz! Opisz to, czego pragniesz. I bez bajerów typu: chatynka kryta strzechą, w świetnym stanie, nie wyma­gająca remontu, najchętniej na Żoliborzu. Wiesz, czego szukasz, no nie?
Wiedziała.
Przygryzła końcówkę długopisu, czekając na wenę twórczą, i... wzięło ją na rysowanie, czego absolutnie nie powinna robić, bo talentu malarskiego nie miała. Nawet linia prosta wychodziła spod ręki Ewy jak po beri-beri, nie mówiąc o kółku. Domek więc, gdy skończyła szkic, wyglądał jak po przejściu huraganu Katrina.
— I jeszcze las — mruczała do siebie, stawiając sosenki: kreska pionowa (no, prawie pionowa) i drabinka gałęzi.
— I rzeka! Koniecznie rzeka! Domek z marzeń bez rzeki to jak ryż z truskawkami i śmietaną bez ryżu... 
 

Linia wyglądała jak po beri-beri. Ciekawe.

A rysunek imaginuję sobie tak:

Chociaż chyba nie wyszło mi za dobrze, bo w końcu domek miał być bez łap.

I właśnie wtedy protagonistka zaczyna wspominać dworzec w miejscowości Urle i postanawia sprawdzić w internecie, czy aby na pewno właśnie tam nie czeka na nią mały biały domek bez łap. I oczywiście czeka.

„To ty?" — zdaje się pytać malutka chałupka z zabitymi oknami i odpadającym tynkiem. Ewa jak zahipnotyzowana wysiada z samochodu. Nie przeszkadza jej siąpiący deszcz ani to, że w błocie grzęz­ną buty. Brama skrzypi w proteście, przerdzewiałe za­wiasy nie chcą się obracać, ale to Ewie też nie przeszka­dza. Tak właśnie ma być. Pięknie, skrzypiąco, niełatwo.
I tak jest.


W ogóle to ja rozumiem, że ktoś może marzyć o domku na wsi. Rozumiem nawet, że marzy o białym domku na wsi. Ale dlaczego ten odpadający tynk i zimne korytarze dają poczucie bezpieczeństwa, to nie wiem. Pewnie dlatego, że nie jestem drimerką.

Przez całą noc śni jej się mały biały dom. Bez łap. Po co domowi łapy?
Tak, o to chodziło. O piosenkę z przekręconym słowem. Jak zabawnie, hehe.

Następnie Ewa szuka pieniędzy na zaliczkę za zakup domu. Najpierw udaje się do swojego ojczyma.




Nasza bohaterka wybiera się więc do swego przemożnie bogatego przyjaciela Andrzeja, właściciela trzech domów i miliona na koncie, który zaciągając się papierosem wyciągniętym ze złotej papierośnicy, postanawia zatrudnić Ewę w wydawnictwie, które właśnie zdecydował się otworzyć. Zadaniem Ewy jest wydać jedną książkę i osiągnąć zysk.
Dodam, że Ewa zastanawiała się, czy nie będzie musiała "oddać się Andrzejowi w zastaw". Tak, zastanawiała się, czy nie będzie musiała świadczyć usług seksualnych swojemu najlepszemu przyjacielowi, podkreślam, najlepszemu przyjacielowi, w zamian za pożyczenie pieniędzy.

Musiała się otrząsnąć z zaskoczenia, bo spytała kon­kretnym tonem:
— Jak wysoki ma być to zysk?
— I taką cię lubię. — Uśmiechnął się po raz drugi.
— Jeśli mnie lubisz, to zgaś tego peta!
— Od dziś jestem twoim szefem i mogę robić, co mi się podoba
— Spróbuj, to cię o molestowanie oskarżę. 
— Ej! — wykrzyknął oburzony — nie mam zamiaru nastawać na twoją cześć!
— Powiesz to w sądzie, akurat ci uwierzą. — Tym razem ona się uśmiechała Tak samo złośliwie, jak Andrzej przed chwilą.
— Pax! Pax! — Uniósł ręce, wyrzucając papierosa — Wchodzisz w to?
— Wchodzę — odparła bez dalszych wahań. To mogło być ciekawe wyzwanie. No i pewne pieniądze, bo o Andrze­ju można było mówić różnie, ale słowa dotrzymywał.
— Dziś będziesz miała forsę na koncie. Od jutra zaczy­nasz pracę.
Ewa skinęła głową.
— A co będę robić?
Wzruszył ramionami.
— Skąd ja mam wiedzieć? To, co robią wydawcy!

Andrzej, milioner i potentat, decyduje się na inwestycję w branżę, o której nie ma najmniejszego pojęcia, zatrudniając Ewę, która, zgadnijcie co, też nie ma pojęcia co ma robić. Tak się właśnie zbija te miliony.

Pierwszą reakcją Ewy na "mogę robić, co mi się podoba" jest skojarzenie z molestowaniem. A chwilę potem szantażuje przyjaciela złożeniem fałszywego oskarżenia o molestowanie. 
Nie no, nie mówcie, że nie macie przyjaciół, których szantażujecie fałszywym oskarżeniem o molestowanie seksualne. 

(Po "uśmiechała" powinna być kropka, prawdopodobnie była tam w wydaniu papierowym, lecz ja dysponuję tylko wersją elektroniczną. Nie chciałam poprawiać, żeby nie ingerować w tekst. W końcu możliwe, że ten brak kropki to zamysł Kejt.)

„Agencja Wydawnicza — Ewa Potulna"? Niee... Z takim nazwiskiem to co najwyżej „Agencja Towarzyska — Ewa Potulna". 
Skojarzenie z molestowaniem to nie koniec erotycznej fiksacji Ewy. 
I naprawdę nie wiem dlaczego słowo "potulna" to dobre nazwisko dla prostytutki. Niech mnie ktoś oświeci, proszę.

Pominę fragment opisujący początek przyjaźni Andrzeja i Ewy, sięgający jeszcze czasów studiów. Istotne jest to, że Ewa wyszła za mąż za człowieka, tak zwanego Pana K, z którym umówił ją Andrzej po tym, jak odrzucił jej uczucia. Pan K okazał się zły i małżeństwo zakończyło się rozwodem. Bardzo podobnie jak małżeństwo Lidki ze "Sklepiku z niespodzianką", która także swojego złego męża poznała na studiach.

Ewa ze zdumieniem spojrzała na zabazgraną kartkę papieru. Wspomnienia pochłonęły ją do tego stopnia, że ani się obejrzała, a miała przed sobą całkiem imponujące logo.
Very impressive — jakby powiedział Andrzej. 
— Taka moja mała impresja.. Impresja! No właśnie! — Ewa dźgnęła triumfalnie powietrze. — „Wydawnictwo Im­presja". Koniec. Kropka. Żadnych Potulnych! I pierwsze co zrobię, to zmienię nazwisko. Na Złotowska! Po babci! 
Tak tylko rzucę informacją, że wydawnictwo założone przez Katarzynę Michalak w celu wydania "Poczekajki" nazywało się "Impresja".
I nie wiem, czy z losowego bazgrania rzeczywiście da się zrobić dobre logo.

— A po co mi to? — Ewa uniosła brwi na widok nie­wątpliwie cennego, wspaniałego zegara szafkowego, który jednak za nic nie pasował do biurowego wnętrza.
— Będzie ci przypominał, że czas to pieniądz — odpo­wiedział Andrzej, który właśnie pojawił się w drzwiach. — Na spłatę długu masz trzy miesiące. 
Nie wiem, czy będę sobie mogła od tego momentu wyobrazić Andrzeja inaczej niż wujka Sknerusa. 

Ewa opadła na obrotowy fotel, wcale wygodny, gapiąc się z niedowierzaniem na drzwi, w których przed chwilą stał jej szef, rzucając tak absurdalnym deadline'em. Wczo­raj do późna buszowała po internecie i już nieco oriento­wała się w prawach i zasadach rządzących rynkiem wydaw­niczym. Przeszukała fora, zrzeszające zarówno wydawców, jak i autorów książek, redaktorów, tłumaczy, korektorów... Przyjrzała się stronom wydawnictw oraz największych salonów sprzedaży. Długo w nocy obmyślała strategię swojego wydawnictwa i nad ranem wiedziała jedno: zrobi to, do czego się zobowiązała. W ciągu pół roku znajdzie, opracuje i wypromuje bestseller dla Andrzeja Ale to miało być pół roku, a nie jeden kwartał!! 
Jeden wieczór na forach internetowych i już można bestsellera wydawać, już rynek wydawniczy nie ma żadnych tajemnic. "Znak" i "Wydawnictwo literackie" mogą się chować, Ewa zrobiła risercz.

Ja w sprawie terminów. Trzymiesięczny jest nie­osiągalny.
— Dlaczegóż to? — Wstał, nie patrząc na nią, podszedł do lustra i poprawił kołnierzyk koszuli. — Cykl produk­cyjny książki trwa dwa miesiące. Dałem ci fory.
— To daj jeszcze tę książkę!
— Ja, kochana, jestem producentem kasy, nie bestsel­lerów. — Odwrócił się od lustra i posłał Ewie swój zwykły złośliwy uśmieszek. — Ogłoś konkurs — poradził uprzej­mie, spoglądając znacząco na drzwi.
Jestem producentem kasy, nie zajmuję się takimi pierdołami jak moje inwestycje.
Dlaczego w ogóle najlepszy przyjaciel Ewy, podkreślam, najlepszy przyjaciel, stawia jej nierealny deadline i stawia wymagania z kosmosu?

Patrzyła na ekran komputera z niedowierzaniem. Trzydzieści trzy zgłoszenia?! Wczoraj umieściła w sieci informację o konkursie na wszystkich forach dla pisarzy i kandydatów na pisarzy, i już trzydzieści trzy zgłoszenia?! Miała nadzieję na odzew, ale takiego się nie spodziewała! Co z tymi piszącymi, nikt ich nie chce, że odpowia­dają na ogłoszenie typu: „Nowe wydawnictwo poszukuje swojej autorki"? Tak, tak, bo Ewa postawiła na literaturę kobiecą. Po rozmowie z szefem poszła do Fortu Wola, od­wiedziła Empik, popytała miłych ludzi z informacji, kto co kupuje, i dowiedziała się ciekawej rzeczy: trzy czwarte klientów Empiku to kobiety. Osiemdziesiąt procent czy­tających w Polsce to też kobiety. Na liście bestsellerów na pierwszych miejscach kobiety i literatura kobieca. Czyli baby rządzą A jeśli ona ma rządzić w swoim domu, to musi jedną taką babę upolować. 
To chyba drugi już raz, jak linkuję ten wywiad, ale podziwiam stałość, z jaką AutorKasia definiuje literaturę jako literaturę kobiecą.

A teraz uwaga. Przeklejam wam w całości fragment, w którym Katarzyna Michalak nabija się z grafomanów. Tak, naprawdę. Katarzyna Michalak nabija się z grafomanów.

Przeczytaliście dobrze? 
Katarzyna Michalak udająca grafomankę. To się dzieje.

Dziś miała trzydzieści trzy, o! trzydzieści cztery, chęt­ne. I dwóch chętnych rodzynków. Otworzyła pierwszego maila

Szanowni Państwo
Jestem uczennicą trzeciej klasy technikum. Od dawna pisze książki
(kto pisze? Ta uczennica? To chyba „piszę"?). Wszy­scy z mojej klasy chcą je czytać i mówią, że musze je wydać. Chciałabym wysoki nakład i procent od sprzedarzy („sprzedarzy"?! litości!). Moja powieść pt. „W twoich ramionach" (czy­ ich, bo nie moich!) jest w załączniku.
 
Ewa bez wielkich nadziei otworzyła załącznik. Cóż, powieść uczennicy klasy trzeciej, cierpiącej na „lekką dysortografię", przedstawiała się następująco:

Był wieczór, gdy Monika szła ulicą Długą 25. Spieszyła się, bo było coraz ciemniej. A ulica była pusta. Nagle usłyszała za sobą szybkie kroki. I czyjś bardzo męski, głęboki i aksamitny głos:
— Hej, laska, podwieźć cię?
— Nie, dziękuję — odparła wyniośle Monika. — Sama trafię. Zrobiła kilka kroków, ale głos nie dał za wygraną.
— Może jednak cię podwieźć? Mam bajer wóz. Zerknęła z ciekawości: faktycznie, na chodniku stał złoty por­sche carrera cabrio.
— Phi! — odpowiedziała. — Takim to mój stary na zakupy jeździ.
Zaszedł jej drogę. Był nieziemsko przystojny. Ciało miał mode­la. Bary szerokie a w biodrach wąski. Pod koszulą grały mięśnie. A twarz... twarz miał anioła na wpół z lucyferem. Monice serce zaczęło bić mocno, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi.
— Może jednak podwieźć? — zapytał kusząco, uśmiechając się przy tym jak Brad Pitt.
— Nie, dziękuję — odpowiedziała słabym głosem.

Taki dialog, w którym on chce, a ona nie chce, ciągnął się przez pół książki. Pół pięćdziesięciostronicowej książ­ki. Nieco krótkiej jak na potencjalny bestseller. W końcu ona zechciała. Uff! Trafili do jej mieszkania i gdy mieli wskoczyć do łóżka, zgasło światło. A zapowiadało się interesująco...
Ewa otworzyła drugiego maila.

szanowni państwo
na wstępie uprzedzam że nie używam dużych liter i znaków interpunkcyjnych — to wyraz mojego buntu przeciw zinstytucjo­nalizowaniu zawodu literata tudzież poety
(dobrze, że używa polskich czcionek) nie mogę zaproponować powieści ponieważ jestem zwolennikiem krótkich form ale przesyłam tomik moich wierszy by zaprotestować przeciw dyskryminacji tej formy eks­presji
 
Wiersz otwierający zbiór byłby naprawdę piękny, gdy­by Ewa zrozumiała, o co w nim chodzi i jak się go czyta — wyrazy i pojedyncze litery rozrzucone były bowiem po całej stronie. To też była zapewne forma protestu...

Szanowni Państwo
Jestem początkującym pisarzem
(o, nareszcie! Wpraw­dzie facet, nie babka, ale nie mam uprzedzeń, byleby tyl­ko przysłał coś dobrego) z dokonaniami (proszę, proszę!). Nie uznaję literatury dla kucharek (ooo... szkoda...), by więc podnieść poziom konkursu, załączam coś bardziej ambitnego. Nadmieniam, iż powieść ta, mimo że jeszcze nie znalazła swego wydawcy — ja sięgam na najwyższa półkę (to ci się chwali) — już została zgłoszona do nagrody Najlepszy Debiut na Osiedlu Laski (tu Ewie zabrakło komentarza).

Oda do brudnego okna
Ludzkie twarze są jak brudne okna. Puste. Nie widać przez nie głębi. Nie widać, co jest po drugiej stronie. Nie widać nic. Patrzę. Próbuję przebić się przez maskę nijakości, ale moje wysiłki idą na marne. Nic. Nic nie widać. Tylko pył. Szary pył codzienności. Smugi zmagań z każdym dniem. Bruzdy razów. 

Ewa niemal zapłakała. Może i było to ambitne, ale już pierwsze linijki wprawiły ją w ciężką depresję, a ona nie chciała, by po przeczytaniu superbestselleru czytelniczki zaczęły zdzierać maski z zapylonych twarzy i wyskakiwać przez okna w ramach protestu. Aha i smugi ścierać. Tu­dzież bruzdy. Bruzdy to chyba kolagenem traktować.
 
Niestety, kolejnych trzydzieści parę maili było bliź­niaczo podobnych do trzech pierwszych. „Wprawdzie nie jestem...", „Wyraz egzystencjalnego buntu...", „Dźwignąć prozę kobiecą na wyższy poziom...". Jedynym urozmaice­niem wśród powodzi tej radosnej twórczości była propo­zycja seksu — „aż dolecisz na Marsa i z powrotem" — oraz reklama odkurzacza bezprzewodowego Pingwin. Nie sko­rzystała ani z jednej, ani z drugiej: potrzebowała książki, nie seksu z Pingwinem. 

I jak, trzymacie się?
Zachwyca mnie, że pierwszy "grafomański" tekst brzmi jak zwyczajna proza Katarzyny Michalak. Zupełnie nie zdziwiłabym się czytając coś takiego w jej książce; nie zauważyłabym różnicy w stylu. 
Nie rozumiem dlaczego autorka książek "W imię miłości" i "Dla ciebie wszystko" nabija się z tytułu "W twoich ramionach".
Ten delikatny pojazd po dyslektykach, jakby to byli ludzie, co nie poprawią ortografa, który word podkreśla także zdobył moją miłość.
I wow, ten tekst o brudnych oknach taki ambitny i poruszający emocje. 
I "wprawiający w ciężką depresję", której definicję polecam autorce obczaić na chociażby wikipedii. Zwłaszcza, że w "Sklepiku z niespodzianką" depresja to było wtedy, jak się płacze cztery razy dziennie. 
Po prostu wkurza mnie bezrefleksyjne rzucanie tym słowem, jako określeniem smutnego nastroju.
No i ten element komiczny o seksie z pingwinem <3 Wisienka na torcie. 

Następne dni nie przyniosły żadnych ekscytujących odkryć. Owszem, było parę porządnie napisanych prac, ale... takich książek Ewa, namiętna czytelniczka, zaliczyła w życiu sporo: redaktorka znanego magazynu, singielka (bo to teraz modne), postanawia zerwać z obecnym życiem i szukać szczęścia na prowincji. Tam odnajdu­je nie tylko spełnienie zawodowe, ale i miłość. Koniec. Kropka
Jeśli się nie mylę, to AutorKasia pije tu do "Domu nad rozlewiskiem".
A moda na bycie singlem kojarzy mi się z modą na bycie gejem i modą na depresję z "Sekretnika".
I czy to nie jest jakaś wyrafinowana autoironia? Bo "Rok w Poziomce" opowiada o rozwódce zrywającej z dotychczasowym życiem i szukającej szczęścia na prowincji.

A teraz, moi drodzy, uwaga. Coś, czego się nie spodziewaliście. Naprawdę mocny towar.

Wydawnictwo dostaje kolejnego mejla, akurat w momencie kiedy miało zarzucić pomysł z konkursem i poszukać materiału na książkę na blogach literackich.

I to nie byle jakiego mejla.

Szanowni Państwo
Zwracam się do Państwa w imieniu mojej przyjaciółki Ka­roliny, bo ona sama jest zbyt nieśmiała, by wykonać pierwszy krok. Ja uważam, że nie ma się czego wstydzić — pisze od naj­młodszych lat i pisze pięknie. Bardzo proszę dać jej szansę i prze­czytać choć pierwszy rozdział załączonej powieści.
Serdecznie pozdrawiam.
Katarzyna Em jak Michalak

TAK, NAPRAWDĘ PRZECZYTALIŚCIE TO, CO PRZECZYTALIŚCIE.

ALE UWAGA, BĘDZIE LEPIEJ.

„Gdzie dom twój, tam miłość twoja" — zaczęła na głos. — Ładnie się zaczyna, prawda?
(Rzucę informacją, że ten cytat to motto "Roku w Poziomce")

ALE TO JESZCZE NIE TO  

OTO TREŚĆ KSIĄŻKI KAROLINY:

Gabrysia była szczęśliwa. Gdzie tam szczęśliwa! Była Szczęś­liwa, przez duże S, właśnie tak. Tym oto — dobrze wróżącym, nieprawdaż? — nazwiskiem obdarzyła znalezione na wycieraczce niemowlę ciocia Stefania. Tym i jeszcze oceanem miłości, czuło­ści i troski. Gabriela nie mogła lepiej trafić. 
  
PAMIĘTACIE CO TO BYŁO?
PAMIĘTACIE TEN FRAGMENT?

TAK, MACIE RACJĘ, TO "LATO W JAGÓDCE" KATARZYNY MICHALAK.

— No, nareszcie! Nareszcie o kimś szczęśliwym, a nie sfrustrowanym z brudną twarzą i pustym oknem!
Ewa przewinęła kilka stron i z rosnącym zachwytem czytała dalej...

GŁÓWNA BOHATERKA KSIĄŻKI KATARZYNY MICHALAK ZACHWYCA SIĘ KSIĄŻKĄ KATARZYNY MICHALAK WYSŁANĄ JEJ PRZEZ KATARZYNĘ MICHALAK.

Okej, oszczędzę wam kolejnych kawałów tekstu "Lata w Jagódce", bo tak, są tam, przekleję za to komentarze Andrzeja i Ewy, czytających powieść.

— Oho, będzie o zaklinaczu koni — mruknął Andrzej. [...]
— O zaklinaczce — poprawiła Andrzeja Ewa i czytała dalej, z coraz silniej bijącym sercem. [...]
Andrzej z Ewą spojrzeli po sobie.
— Chyba masz swój bestseller.
Bez słowa przyciągnęła do siebie klawiaturę. 

Szanowna Pani!
Załączony fragment bardzo nas zaintrygował. Proszę o prze­słanie dalszego ciągu powieści. I o kontakt do autorki! Musimy się spotkać!
Pozdrawiam.
 

Czy wy też umarliście czytając zachwyty nad prozą Katarzyny Michalak, takiej wspaniałej, zapierającej dech w piersiach, wciągającej i życiowej, zwłaszcza w porównaniu ze słabą prozą kobiecą i, pfu!, ambitną literaturą?
Bo ja tak.

Potargał krótkie, mysie włosy dziewczyny i wyszedł, by robić jak zwykle znakomite interesy na giełdzie. 
A, bo tak jest opisywana praca Andrzeja. Jako siadanie przed komputerem i zbijanie milionów na giełdzie. On tak po prostu siada na kilka godzin dziennie do komputera i zbija miliony.

„Gdzie dom twój, tam miłość twoja" — powtarzała w myślach zdanie otwierające powieść Karoliny. Nieznajoma już tym jednym zdaniem, tak bliskim Ewie, ujęłają za serce. Pisała pięknie, pióro miała lekkie; opowieść o okaleczonej zaklinaczce, zwaną „Książką Karoliny", z przyjemnością (i — co najważniejsze — z ciekawością) przeczytały zarówno dziewczyny pracujące w biurze An­drzeja, jak i (ale po cichu) męska część załogi.
Odsyłam jeszcze raz do wywiadu, gdzie Kejt przedstawiała tę samą tezę o mężczyznach czytających, ale książki kobiet, zwykle swoich żon i matek.
I umieram ponownie przez zachwyty nad napisaną lekką ręką historią  okaleczonej zaklinaczki koni.

W cytacie będącym mottem książki Ewa odnajduje siebie samą czy coś i to ją uszczęśliwia.

Wszystko będzie dobrze — szeptał wiatr, wyśpiewywały ptaki. Wszystko będzie dobrze — powtarzała w rytm swych kroków, w takt uderzeń serca Gdy dotarła do ma­łego białego domku, nie miała już co do tego żadnych wątpliwości.

I tym optymistycznym akcentem kończy się rozdział pierwszy. 

I od siebie, na dokładkę, dorzucę, że "Rok w Poziomce" jest starszy niż "Lato w Jagódce".

Tak.

Sprawdźcie na wikipedii, a jeśli chcecie bardziej wiarygodnego źródła, to na blogu AutorKasi. 

17 komentarzy:

  1. Esko, to jest cudowne i przerazajace zarazem :D Mam tylko dwie uwagi:
    - W jednym mijescu nagle pojawily sie dwa nieujarzmione adresy url obok siebie
    - Nie widac, przynajmniej na moim monitorze, roznicy miedzy twoim tekstem a cytowanym. Moze go pochyl, pogrub, albo daj drastycznie inny kolor?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Adresy już usunęłam, nie wiem jak mi się udało je tam wkleić.
      Zwiększyłam kontrast pomiędzy kolorami, jest lepiej?

      Usuń
    2. Dzieki, jest troche lepiej :)

      Usuń
    3. W analizach AutorKasi koniecznie trzeba robić wyraźne rozróżnienie cytatów i prześmiewczych komentarzy, bo łatwo je pomylić :-D

      Melo

      Usuń
    4. Eśko, może pogrub jednak czcionkę, bo u mnie dalej słabo widać różnicę.

      Usuń
  2. oh shieet, to jest naprawdę mocny towar. ściągam pdf i czytam tą książkę :D i oczywiście czekam na dalszy ciąg analizy!

    OdpowiedzUsuń
  3. Trailer mógłby być całkiem dobrym wstępem do jakiegoś filmu, gdyby oczywiście wyjąć zeń wszystkie napisy i może jeszcze scenę z wyrzucaniem wszystkich liści.

    Uwielbiam analizy Michalak. Są takie kwikaśne. :) Więcej, więcej!

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki Eśko, to jest piękne! Komiksoanalizuj dalej, czekam w napięciu :).

    OdpowiedzUsuń
  5. Oh. My. God. Stan samouwielbienia pani KM zdecydowanie przekroczył poziom krytyczny. Cytowanie samej siebie jako książki, która jednocześnie jest piękna, cudowna i ma potencjał superbestsellera? Najwidoczniej pomysły już powoli się kończą, a normę trzeba wyrobić. Jak w sitcomach, gdzie od 7 sezonu wspominają, co robili w pierwszych sześciu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Czy ktoś już użył terminu "michalakcepcja"?
    Poza tym jestem przekonana, że opisy Ewy buszującej po internecie i forach, żeby zrozumieć, o co chodzi z tym rynkiem wydawniczym, to przeżycia samej Kejt próbującej założyć wydawnictwo "Impresja". Chciałabym zobaczyć jego logo...
    Ciekawe, jaki dedlajn dała w tym konkursie na powieść, że zaczęli jej przysyłać już następnego dnia po ogłoszeniu.
    A to, że "rok w Poziomce" jest starszy od "Lata w Jagódce" to akurat logiczne - w jednej powieści zapowiedziała kolejną :) Jak zajawka na koniec odcinka serialu - "w następnym odcinku..."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wydanie "Lata w Jagódce" (jak strzelam, pisanego jednocześnie i kopiowanego do pliku z "Rokiem w Poziomce") później jest logiczne.
      Po prostu zupełnie się tego nie spodziewałam, według mojego pierwszego założenia AutorKasia chciała puścić oko do czytelniczek w ten dziwny sposób.

      Usuń
  7. A propos powstania dobrego logo z losowego bazgrania - jako uczestniczka warsztatów z projektowania logo i ogólnie fanka zagadnienia myślę, że to nie takie wykluczone. Czasem świetny pomysł przychodzi jak grom z jasnego nieba, właśnie podczas przypadkowego mazania - dlatego zawsze warto mieć pod ręką kartkę i długopis. Oczywiście, fajnie by było, gdyby super pomysł powstawał z każdego bazgroła, tylko obróconego pod odpowiednim kątem. W rzeczywistości trzeba się zwykle sporo nagłowić, nawymyślać wiele opcji, przerabiać, odrzucać, żeby w końcu znaleźć perełkę. Oczywiście Ewa mogła machnąć minimalistyczne dwie przecinające się kreski i kropkę i się cieszyć - jako klientka samej siebie najlepiej wiedziała, czego szuka.

    Też myślę, że kolejność wydania tomów ma sens - być może na osławionym blogu AutorKasi padło pytanie, czy fanki chcą kontynuacji przygód Gabrieli (odpowiedź jest tylko jedna, prawdopodobnie książka już się pisała), dodatkowo można cieszyć się zabiegiem powieści w powieści.

    Natomiast kompletnie nie jestem w stanie przełknąć zapętlenia na linii bohaterki książek/autorka. Czy rzeczywistość przeplata się z fikcją? (wow?) Czy pani Kasi wciąż mało fanek i odczuwa potrzebę wymyślania kolejnych? Czy jeśli ktoś nie zachwyca się literaturą serwowaną przez panią Kasię, naprawdę jest nienormalny, nie tylko obdarzony innym gustem? Tyle pytań.

    Esiu. Wspaniale wyłapujesz (bez)sens takich powieści. Sama z siebie nie tknęłabym typowej literatury kobiecej, ale nawet nie sądziłam, że nieumiejętna literatura kobieca może tak bardzo boleć.
    Pozdrawiam, Vianne

    OdpowiedzUsuń
  8. "— Taka moja mała impresja.. Impresja! No właśnie! — Ewa dźgnęła triumfalnie powietrze. — „Wydawnictwo Im­presja". Koniec. Kropka. Żadnych Potulnych! I pierwsze co zrobię, to zmienię nazwisko. Na Złotowska! Po babci!
    Tak tylko rzucę informacją, że wydawnictwo założone przez Katarzynę Michalak w celu wydania "Poczekajki" nazywało się "Impresja"".
    Tak tylko rzucę informacją, że Katarzyna Michalak również zmieniła nazwisko na takie po babci (jedno z pierwszych wydań Ferrinu ma jeszcze na okładce Leśniewska).

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej:) Znalazłam Twojego bloga po przeczytaniu analizy Armady o Alic:) Dałaś tam czadu:D Komiksy z Michalak też świetne;) a teraz zabieram się do komentowania zanalizowanego "dzieła".
    "Rok w poziomce", "Lato w jagódce", mam wrażenie, że autorka uwielbia owocowe tytuły:p
    Andrzej, milioner i potentat, decyduje się na inwestycję w branżę, o której nie ma najmniejszego pojęcia, zatrudniając Ewę, która, zgadnijcie co, też nie ma pojęcia co ma robić. Tak się właśnie zbija te miliony. - Skoro Andrzej to milioner, może sobie pozwolić na taką bezsensowną inwestycję, ale pytanie brzmi: po co? To mi wygląda, jakby miał jakiś inny cel, bo na pewno nie zarobek...
    A nazwisko Potulna kojarzy mi się raczej z ideałem żony według autorki (wniosek z innych analiz jej książek):p
    Ciekawa jestem, skąd u autorki przeświadczenie, że faceci nie czytają takich książek, a jeśli już, to po cichu, bo to wstyd... A w tym wywiadzie widać wyraźnie, że zamiast pod wpływem polonistki nauczyć się dobrze pisać, autorka wmówiła sobie, że to ona ma rację, a nauczycielka się na nią uwzięła. Do tej pory samokrytyka jest nieznanym autorce pojęciem:p
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  10. "na wstępie uprzedzam że nie używam dużych liter i znaków interpunkcyjnych — to wyraz mojego buntu przeciw zinstytucjo­nalizowaniu zawodu literata tudzież poety"

    Myślnik jak najbardziej jest znakiem interpunkcyjnym.

    Lynx

    OdpowiedzUsuń