O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Przyszło mi do głowy, żeby publikowane wcześniej na forum analizatorskim dzieUo opublikować ponownie, tym razem na swoim własnym blogasku. Tutaj też będą się pojawiać (mam nadzieję) moje kolejne wariacje na temat opek i analiz. Pierwsze odcinki wyglądają strasznie źle, ale nie bójcie się, dalej jest tylko bardzo źle.

Komiks pojawia się w poniedziałki lub wtorki, zależnie od weny i nastroju aŁtorki.

A zdjęcia słodkich margajów do galerii możecie przesyłać mi na esia221@gmail.com ;)

16 sierpnia 2015

Komiksoanaliza "Roku w Poziomce" Katarzyny Michalak - część druga

Oto część druga komiksoanalizy książki Katarzyny Michalak, w której Katarzyna Michalak wysyła wydawcy książkę Katarzyny Michalak. Będę powtarzać te słowa tak długo, aż w nie uwierzę.

Tekst oryginalny siwy lub szary, tekst mój czerwony lub fioletowy.

Rozdział drugi nosi tytuł "Sierpień" i zaczyna się, tak jak poprzedni, listem Ewy do siebie samej.

Andrzej jest jak kobieta. Tfu, tfu, co ja piszę, przecież nie jest zniewieściały, przeciwnie, to sto procent samca. Nie jest również gejem (chyba... nie, na pewno nie! Gej, nawet głęboko zakon­spirowany, nie obściskiwałby się tak spontanicznie i namiętnie z każdą co ładniejszą dziewczyną — wyjąwszy mnie). Chciałam powiedzieć, że Andrzej ma kobiecą duszę. Niee... Co ja dziś z ty­mi porównaniami?! Przecież nie roni łez na melodramatach, nie wącha konwalijek, nie wzdycha romantycznie do księcia na białym koniu (Ewo, na Boga, księżniczki, jeśli już! Celowo wyzłośliwiasz się na Andrzeju, bo cię nie chce!). On ma duszę skomplikowaną. Ot co. Nie prostą jak instrukcja obsługi magnetowidu, ale właśnie taką: zwichrowaną. Jak rozetka na głowie świnki morskiej.
Właśnie przeczytałam zlepek stereotypów o kobietach i gejach, połączonych z wyraźną sugestią, że posądzanie kogoś o bycie kobietą lub gejem jest obraźliwe.
I dziwne porównanie.
Przyjaźnię się z tym indywiduum od lat, choć — Bóg mi świadkiem — dziwna i niełatwa jest to przyjaźń. Przyjaźń z dumnym jak paw, bogatym jak Midas, przystojnym nieprzy­zwoicie (chociaż tego daru dobra wróżka mogłaby mu poskąpić) Andrzejem Sadowskim herbu Trzy Banknoty (o najwyższych nominałach), najmłodszym rekinkiem warszawskiej giełdy... Niby go znam, ale wiem o nim niewiele. Nie rozgryzłam go do końca. Jak kobietę. Na pozór: macho z parodniowym zaro­stem, koszulą rozpiętą pod szyją, luźną (choć świetnie skrojo­ną) marynarką i bez krawata. Aha: uwieszona u jego ramienia piękność jest niezbędnym dodatkiem. 



Ale gdzieś tam w głębi wrażliwiec. (Dobrze, że tego nie przeczyta, znienawidziłby mnie za te słowa). To jemu, jak nikomu innemu, zawdzięczam wydo­stanie się z matni. To on — nie brat, nie ojczym, lecz obcy facet — wyciągnął do mnie pomocną, silną dłoń pewnego smutnego dnia, gdy zostałam wyrzucona z domu. 
Zastanawia mnie, że bohaterka bierze w kwestii pomocy jedynie mężczyzn pod uwagę.
Chociaż w sumie nie, biorąc pod uwagę, że cały ten list jest seksistowski.
Dosłownie wyrzuco­na — przekoziołkowałam po schodach, łamiąc rękę, dwa żebra i wstrząsając mózg który bolał mnie potem z tydzień. Pierwszym, który wpadł jak burza do szpitala, był właśnie Andrzej (i do dzisiaj nie chce zdradzić, skąd wiedział o moim „wypadku"). Na dzień dobry i na mój opłakany widok zapytał bardzo spokojnie:
— Czy mam zabić skurwysyna? I nie mów mi, że spadłaś ze schodów...
— Ale ja spadłam ze schodów — wymamrotałam przez zwoje bandaży.
— Pytam, czy mam go zabić?
Ale ja marzyłam tylko o tym, by „skurwysyna" więcej nie widzieć. I nie mówię tu o Andrzeju, rzecz jasna. Do domu nie wróciłam. Nie walczyłam o mój piękny dom w Karolewie — nie miałam chęci sprawdzać po raz drugi, jak twarde są scho­dy na ganku. Zostałam bez dachu nad głową, bez pracy, bez oszczędności, bo pan K. natychmiast wyzerował nasze wspólne konta. Za to z depresją jak stąd do Marsa (gdzie miejsce pana K. i innych jemu podobnych, niech im Mars lekki będzie). 

Przy rozprawie rozwodowej nic się temu wszechmogącemu Andrzejowi nie udało wywalczyć?
Andrzej wkurzał się na mnie, że się poddaję. Że uciekam. Ale co on mógł?... Mógł wykorzystać znajomości, bym otrzymała kwaterunek. I to właśnie uczynił. To jemu zawdzięczam moją kawalerkę, którą naprawdę bardzo... no, „lubię" to za duże sło­wo, powiedzmy, że cenię. Podejrzewam, że za propozycją obję­cia stanowiska fotoreporterki w „Domu z Duszą" również stał Andrzej i jego rozległe kontakty. Wolę nie myśleć, że i pieniądze. Pomoc pomocą, ale ukrytego sponsoringu bym nie zniosła.
A łapówkarstwo, jak rozumiem, nie przeszkadzałoby ci.
Tak samo jak nie przeszkadza ci, że dostałaś stanowisko, na które z pewnością było mnóstwo chętnych o lepszych niż ty kwalifikacjach, bo nie było w książce mowy o tym, byś wiedziała cokolwiek o fotografii.
„Dom z Duszą" to pięknie wydawany periodyk o... o do­mach z duszą właśnie. O miejscach, które mają klimat, piękne wnętrza, czarowne otoczenie i w których chciałoby się zostać do końca życia. Niestety, mają też swoją cenę, a na nią nie każdego stać. Mnie nie. Mogłam więc tylko oglądać i fotografować rezy­dencje country naszych celebrytów. No i poznawać ich samych — dziwni ludzie, notabene.
Mam zamiar wykorzystać te znajomości w promocji „Książ­ki Karoliny"...

Dlaczego wszystko w tym uniwersum załatwia się znajomościami? 


A tu macie opis piękna AutorKa... Karoliny w całości: 
Andrzej spojrzał z nieukrywaną ciekawością na istotę, która w nich stanęła, i powoli zgasił papierosa... Karolina była... niezwykła.
Do piękności z okładek było jej daleko, ale niecodzien­ną urodą przyciągała męskie spojrzenia: drobna twarz o bardzo jasnej, niemal przezroczystej karnacji, ładne usta, teraz nieśmiało uśmiechnięte, nos trochę za długi, co tylko dodawało jej uroku, no i oczy — duże, szare, oko­lone delikatnie wytuszowanymi rzęsami. Sylwetka wysoka i smukła. Na ramiona opadały długie, proste, kruczoczar­ne włosy, ujarzmione — choć nie do końca — aksamitną opaską. Właśnie: ubrana była też oryginalnie. Zwiewna ciemnozielona spódnica do ziemi, szyta z falban (kto te­ raz nosi takie rzeczy?), szmaragdowa jedwabna bluzeczka z kołnierzykiem ozdobionym delikatną koronką i dopaso­wany żakiecik z aksamitu. Jeszcze tylko zgrabny toczek na głowie, i Ewa miałaby przed sobą elfią księżniczkę. Każda inna wyglądałaby w tym odzieniu pretensjonalnie, Karo­lina zaś jakby urodziła się w Dalekim Zamku.
Ewa poczuła delikatne ukłucie zazdrości. Ona, cokol­wiek by na siebie włożyła, wyglądała zawsze nijako. Naj­lepszy makijaż, fryzura prosto z salonu, mała czarna od Versacego i... nic. Mimo że przecież była zgrabna i nie­ brzydka, ale... nic. 

Natomiast tamta wrzuciła na siebie ciuchy z kufra prababki, na rzęsy nałożyła odrobinę tuszu i Andrzej... A, właśnie! Andrzej! Ten siedział jak zaczarowany i gapił się na nowo przybyłą Już miała rzucić jakąś złośliwość, gdy Karolina weszła do środka Właśnie: weszła. Ewa, któ­ra darzyła nieznaną autorkę swojego bestselleru współ­czuciem z racji niewładnej nogi, uniosła brwi. Karolina nie dość, że piękna, była całkowicie sprawna. 
Sami przeczytaliście zachwyty Katarzyny Michalak nad Katarzyną Michalak. Nie mam nic do dodania.
Tylko skąd założenie, że książka musi być autobiograficzna? 

Przyjęła filiżankę pełną aromatycznego napoju z takim zadowoleniem jak Kubuś Puchatek garnczek miodu. 
Ten fragment wkleiłam tu tylko dla cudnej urody porównania. 

Karolina i Ewa omawiają promocję książki. W trakcie rozmowy wychodzi na jaw, że...
— Gabrysia? Myślałam, że Gabrysia to ty. Karolina pokręciła głową
— Moja przyjaciółka Ja zajmuję się ogrodem Marty — jej szefowej. Skończyłam ogrodnictwo. W sezonie poma­gam przy koniach. Pomagałam...
 

W świecie "Roku w Poziomce" wydarzyło się "Lato w Jagódce". 
Dodam, że postaci z "Lata w Jagódce" pojawiają się w "Nie oddam dzieci!", jeszcze nie wydanej książce o powstaniu warszawskim i Bór wie gdzie jeszcze.
A Patrycja w "Poczekajce" pisze "Grę o Ferrin". 

Następnie Ewa sięga po telefon.
— Wieesz, Mareczku — mruczała Ewa do telefonu swym najbardziej uwodzicielskim głosem — to będzie superbestseller. Jestem tego pewna, czuję to w kościach. No i starzy wyjadacze z branży też zwęszyli świeżą krew. Wiesz, ile Karolcia miała maili od spóźnionych chęt­nych? Nie wiesz? Dużo. Skąd ja wiem? Bo mi powiedzia­ła Jesteśmy zaprzyjaźnione. Jak ja z tobą. I jeśli umieścisz wywiad z tak obiecującą debiutantką w swoim „Życiu na Szczycie"... — zawiesiła głos, a Marek już sobie wyobraził gorącą noc z niedotykalską Ewą Z.
— Wiesz, Marlena — gruchała parę minut później — o wywiad z Karoliną starają się najbardziej znane periody­ki, pomyślałam więc o tobie, jesteśmy przecież przyjaciół­kami... — Przyjaciółkami?! Marlena podłożyła Ewie taką świnię, że z tą świnią wolałaby się przyjaźnić, ale czegóż się nie robi dla sławy. Czyjejś sławy. No i własnego domku! — Tak, ja też się cieszę, że ci wybaczyłam. Wiesz, nie można chować urazy za taki drobiazg (kradzież świetnego arty­kułu i przypisanie sobie jego autorstwa). Wchodzisz w to? Naprawdę? To super, kochana! Będziemy w kontakcie...
— Wie pan, panie Zbyszku, rozmyślałam ostatnio nad swoją karierą i doszłam do wniosku, że stanowisko pana osobistej asystentki byłoby dużym wyzwaniem. Muszę dokończyć tylko pewien projekt... Książka o zaklinaczce koni, która wyrusza w świat, poszukując swego miejsca na ziemi. I miłości, oczywiście. Zapowiada się na hit dzie­sięciolecia, TVP już wystąpiła do nas z propozycją ekra­nizacji... Tak? Naprawdę? Jest pan zainteresowany? To cudownie! Chciałabym umieścić w pańskim miesięczni­ku wywiad z autorką na, powiedzmy, dwie strony, ech, co się będziemy szczypać! na sześć! Cztery? No cóż... dobre i cztery. — Ewa pożegnała się wylewnie, rozłączyła i dodała półgłosem: — Dobrze, że nie cztery litery. Niedoczekanie, stary, obleśny satyrze...

— Kogo uwodziłaś? — padło spod drzwi, w których od dłuższej chwili stał Andrzej, przysłuchując się tokującej Ewie.
— Naczelnego „TAK!".
— Z pozytywnym skutkiem, sądząc po twojej minie? Minie zadowolonego strusia?
— Strusia?!
— Gdy masz tak fajnie podmalowane oczy i jesteś cała zaaferowana, przypominasz strusia — wyjaśnił. 

Dlaczego w tej książce tak naturalne i zwyczajne jest, że wszystko załatwia się po znajomości, najlepiej jeszcze przez łóżko? 
Te powieści mają być cieplutkie i grzejące serca uroczymi bohaterkami, a przynajmniej na takie promuje je autorka. Tylko jakoś tego nie widać. I nie jest to celowa wizja świata, żeby uroczość bohaterek bardziej kontrastowała; przecież w poprzednim rozdziale Ewa całkiem serio zastanawiała się, czy nie będzie musiała NAJLEPSZEMU PRZYJACIELOWI świadczyć usług seksualnych za pożyczenie pieniędzy. I nawet jeśli protagonistce, naszej uroczej bohaterce, z którą każda z nas może się utożsamić, taki świat się nie podoba (choć nie było powodów, by tak sądzić), to sama go buduje takimi właśnie rozmowami.
Średnio ciepłe, motywujące i do utożsamienia się, przynajmniej dla mnie.
I zmieniam design Ewy na strusia.

A teraz, moi drodzy, jazda bez trzymanki. Naprawdę mocny towar. 
Otworzył z rozmachem skrzydło drzwi i... do pokoju wpadła kobieta. Właściwie nie do pokoju, bo zatrzymała się w ramionach Andrzeja, tak samo zaskoczonego jak ona. Puścił ją, mamrocząc przeprosiny.
— Dziędobry — rzekła z uśmiechem, zupełnie nie zmie­szana — Przyniosłam pani książkę. 

Już mam książkę — miała odrzec Ewa, ale coś ją po­ wstrzymało. Dwa bestsellery to szansa nie tylko na do­mek, ale i na delikatną kosmetykę tegoż, bo na remont pewnie nie wystarczy.
Bo jak ktoś wchodzi do wydawnictwa z książką, to znaczy, że przyniósł bestseller. Bez czytania wydawać można.
— Oto ona — nieznajoma podała Ewie książkę wydrukowaną na lichym papierze, ale w pięknej okładce koloru butelkowej zieleni. Pośrodku strony tytułowej, na kamiennych schodkach krytej strzechą chatki, siedziała kobieta w cudnej zielonej sukni. Dłonie splotła pod brodą i z zamyślonym uśmiechem patrzyła w dal.

Jakieś skojarzenia?



„Poczekajka" — głosił tytuł. Ale śmieszna nazwa. I ład­na! Katarzyna Michalak. To zapewne autorka. Ewa prze­niosła wzrok na nieznajomą. Kobieta, nieco od nich oboj­ga starsza, odziana była od stóp do głów na czarno. Czerń długiej spódnicy, bluzki i żakietu rozjaśniała karminowa apaszka I ogniste włosy autorki. I jeszcze jej zielone oczy, teraz uśmiechnięte.
Ewa zamrugała Po raz drugi w ciągu tygodnia przyglą­dała się z zazdrością jakiejś kobiecie. Co się z nią dzieje?!

Główna bohaterka książki Katarzyny Michalak zachwyca się urodą Katarzyny Michalak, dającej jej książkę Katarzyny Michalak. Do spotkania doszło, ponieważ Katarzyna Michalak wysłała wcześniej głównej bohaterce inną książkę Katarzyny Michalak.
Czy pominęłam jakąś Katarzynę Michalak?
— Skąd pani zna nasz adres? Moje wydawnictwo jest dosyć młode — zaczęła niemal odpychającym tonem.
— Wywróżyłam sobie — odparła t a m t a 

Ewa uniosła brwi.
— Wróżę z kości — wyjaśniła kobieta.
— L-ludzkich?
— Niee, jestem nowoczesna Z komputerowych. Ze sta­rego grata wyjęłam co bardziej kolorowe kości pamięci i gdy chcę znać odpowiedź na jakieś pytanie, rozkładam na stoliku czarne płótno, zapalam czarne świece, rzucam kości i tak długo się w nie wpatruję, aż zobaczę to, czego szukam. Pana też widziałam — zwróciła się do Andrze­ja, który z miną równie niemądrą jak Ewa słuchał słów nieznajomej. — Migdalił się pan ze swoją sekretarką na biurku. W godzinach pracy.

A, bo Andrzej przez cały czas ma romans z sekretarką, ponoć już którąś z kolei.
Ewa z Andrzejem oniemieli. Nieznajoma jeszcze chwi­lę walczyła z mimiką, po czym roześmiała się głośno, ser­decznie, z całego serca
— Jestem przyjaciółką Karoliny — wyjaśniła litościwie. — Od niej dostałam adres. A pana rzeczywiście widziałam, przechodząc pod oknem pańskiego gabinetu.
— Były zasunięte żaluzje! — odwarknął.
— Zaczepiły się o uschły kwiatek — wyjaśniła uprzejmie.
Minął ją i wypadł z pokoju.
— Przyjaciela w nim pani nie zyskała — odezwała się Ewa, wciąż jeszcze pod wrażeniem słów kobiety, a potem tego śmiechu, który — co tu kryć — zjednywał jednak sym­patię.

Katarzyna Michalak to najsympatyczniejsza urocza bohaterka, z którą możemy się utożsamić. Pozostałe mogą się od niej uczyć.
— Polubimy się. — Nieznajoma machnęła z pobłaża­niem ręką. — O, nawet teraz podsłuchuje za drzwiami.
— Niedomknięte drzwi zatrzasnęły się. Kobieta z trudem powstrzymała śmiech.
— Kocha, to wróci — zgodziła się Ewa. — Pani jest au­torką? Katarzyna Michalak? — Wyciągnęła rękę po książ­kę. — Mamy już potencjalny bestseller, ale... 

Czyżby "Poczekajka" miała okazać się powieścią tak wybitnie wybitną, że nie ma wyjścia, trzeba wydawać?
— Otworzyła „Poczekajkę" na przygodnej stronie i... „Wiesz, Kochany, gdy o zmierzchu — to moja ulubiona pora — siadam na schodkach i wsłuchuję się w tę łagodną ciszę, gdy razem z całym otaczającym mnie światem pozwalam opaść po­wiekom... czuję wtedy, że jestem tam, gdzie być powinnam. Że zawsze marzyłam o tym miejscu i o tej ciszy, że kocham Chatkę, kocham tę ciszę, kocham usypiający las i będę tu trwała Aż do końca. Ależ ja egzaltowana jestem...".
Ewa, której oczy zaszły łzami wzruszenia, wybuchnęła śmiechem, czytając ostatnie zdanie. Jeżeli cała książka była tak nieobliczalna jak ten fragment...
— Witamy na pokładzie, pani Katarzyno. — Wyciągnę­ła do kobiety dłoń.

Oczywiście. Oczywiście, że tak.
Borze, jakie cudowne jest to rozpływanie się Katarzyny Michalak nad prozą Katarzyny Michalak. Piękna, wzruszająca, zabawna, nieobliczalna, po jednym zdaniu widać, że bestseller...
Przebija je chyba tylko Katarzyna Michalak rozpływająca się nad pięknem Katarzyny Michalak, w jednym wcieleniu elfiej księżniczki, w drugim ucieleśnienia sympatii.
Główna bohaterka książki Katarzyny Michalak zazdrosna o urodę Katarzyny Michalak, na litość Bora.
— Litości! — jęknęła t a m t a — Panią Katarzyną będę za jakieś pięćdziesiąt lat, teraz jestem Kasią.
Ewa pokręciła głową. Czuła, że w osobie tej niezwykłej kobiety zdobyła i autorkę, i przyjaciółkę.

No jak inaczej.
Ktoś się spodziewał czegoś innego?
— Co do warunków umowy... — Ewa przybrała oficjal­ny ton, ale kobieta uniosła dłoń, przerywając jej, nagle poważna.
— „Poczekajka" nie jest na sprzedaż. Nie zrobiłabym takiego świństwa Karolinie. Ta książka jest dla ciebie, bo coś mi się zdaje, że będzie ci niedługo potrzebna.

Dlaczego świństwem byłoby wydanie "Poczekajki", nie ogarniam, zwłaszcza że Ewa myślała o wydaniu dwóch książek, nie jednej zamiast drugiej.
Chyba że Katarzyna Em jak Michalak wie, że wielki, światowy sukces "Poczekajki" w porównaniu z mniejszym "Lata w Jagódce" sprawiłby Katarzy... Karolinie przykrość.
Zdaje mi się, że o "Lecie w Jagódce" będzie tu mowa jako o trochę słabszej powieści, czy tam mniej wspaniałej, bo to "Poczekajkę" napisała tutaj Katarzyna Michalak o imieniu Katarzyna Michalak. Mimo iż obie książki w rzeczywistości wyszły spod jednakowo genialnego pióra.
No i to "będzie ci niedługo potrzebna" też by na to wskazywało. W końcu "Poczekajka" to książka ratująca dawaniem nadziei i ucząca jak spełniać marzenia.
— Poszła ta wiedźma? — Andrzej wsunął głowę przez uchylone drzwi.
— A co? Boisz się?
— Nie. Tylko nie lubię kobiet...

Biorę to za nieśmieszny żart.
— A ona nie lubi mężczyzn — wpadła mu w słowo.
— Serio? Les?
— Niee, po przejściach. Tak jej faceci dali w kość, że ich znielubiła. „Wytruć samców!" — oto jej motto. Możesz więc być spokojny: często widywać Kasi Michalak nie bę­dziesz, może wpadnie raz czy dwa na przyjacielską poga­wędkę, to wszystko.

A to za co mam brać, to nie wiem.
I kiedy niby Ewa zdobyła takie info, też nie wiem, bo innych rozmów pomiędzy tymi dwoma postaciami nie było.
Nie chcę spekulować o życiu prywatnym autorki, ale z przejściami prawdopodobnie chodzi o rozwód, o którym Kejt często pisze na swoim blogu jako o traumie. 
— A propos przyjaźni: krótka będzie to przyjaźń, jeśli książka Karoliny okaże się superbestsellerem, a tej tam Michalak niewypałem — zauważył niewinnie Andrzej.
Dlaczego Andrzej też zakłada, że książka przyniesiona do wydawnictwa przez osobę z ulicy zostanie wydana?
— Książka tej tam Michalak nie jest na sprzedaż — ucięła Ewa. — I mam nadzieję, że twoja antypatia nie przeniesie się na  Karolinę, która nadal jest naszym czar­nym koniem, to jest klaczą.

Mam nadzieję, że twoja antypatia do Katarzyny Michalak nie przeniesie się na Katarzynę Michalak.  

Okazuje się, że bank nie chce dać Ewie kredytu na zakup domu. Ewa zwierza się z tego problemu Karolinie.
— Potrzebuję forsy, nie jakiejś durnej książki!
— Potrzebujesz wiary, nadziei i odwagi. A to właśnie ta durna książka daje. 



 Dwa następne dni Ewa miała wyjęte z życiorysu. Czy­tała książkę tej tam Michalak, jak za Andrzejem zaczęła mówić o autorce. Raz zaśmiewając się, raz łkając, a nierzadko przeklinając. Mijała swój przystanek, zupełnie oderwana od rzeczywistości, przypalała wodę na herbatę, wystawiała miskę z praniem na balkon, by natychmiast o nim zapomnieć. Nie liczyło się nic oprócz opowieści o marzeniach.
Trzeciego dnia, a właściwie trzeciej nocy, gdy ocierając łzy wzruszenia, zakończyła lekturę, otworzyła szampana, choć doprawdy nie miała czego świętować, wyszła na bal­kon i unosząc kieliszek z różowym bąbelkującym płynem, rzuciła w przestrzeń:
— Za was obydwie. I za mój domek.

Przeczytałam "Poczekajkę" i u mnie to trochę inaczej wyglądało. Przede wszystkim czytałam ją dłużej, bo odpychały arcynudne opowieści z zoo. I serce moje było zbyt zimne i niesympatyczne, żeby wzruszyć się opowieścią o marzeniach.
Tak jak czaję jeszcze, że Ewa może w książce znaleźć coś dla siebie, bo "Poczekajka" opowiada o dziewczynie, która wyjechała na wieś zamieszkać w małym domku (Kejt mówi, że jej wyobraźnia jest nieskończona, a tyle jej książek krąży wokół tego samego), tak totalnie nie wiem, jak do spełniania marzeń ma zainspirować fakt, że marzenia jakiejś postaci literackiej (bo nic nie wiadomo, żeby i Patrycja była w Michalakverse postacią realną) się spełniły.

Sekretarka, z którą sypiał Andrzej, rzuciła pracę.
— Dam ci etat, umowę na czas nieokreślony i ze cztery tysiące brutto.
Zaraz, zaraz, co on mówi?! Etat, umowa na czas nieokreślony i cztery tysiące?! Tego właśnie wymaga pitolony bank! Nagle przypomniały się Ewie słowa t e j t a m Michalak: Jeżeli naprawdę czegoś pragniesz tak bardzo, że aż boli — cały wszechświat pochyli się nad tobą, by spełnić twoje marzenie.

A, okej, wszystko jasne. 
Do spełniania marzeń zainspirował Ewę cytat zerżnięty z Coelho.  

Zaczyna się rozdział "Wrzesień". Przed nami kolejny wpis do pamiętnika, list do siebie, czy co to tam jest.
Kaczki są super białe jak bita śmietanka, z wesołymi buziami, idą przez życie, kołysząc się jak podchmieleni marynarze. Właśnie o zwie­rzakach, które będę miała, myślałam, czekając na swoją kolej u notariusza (ja to jestem nienormalna, w takiej chwili marzyć o kaczkach!). Gdy w końcu zostaliśmy poproszeni do środka, nadal miałam przed oczami roześmiane ptaki, kroczące ścieżką od domku. 
Fragment jest bardzo uroczy.
Widać, że Ewa zainspirowała się "Poczekajką", bo to wtrącenie: "ja to jestem nienormalna" bardzo mi się kojarzy z: "ale ja egzaltowana jestem".  

Dalej dowiadujemy się, że Ewa kupiła sobie kota, a następnie jeszcze psa, którego nazwała Pepsi.

O psie w domu ojczyma nie było mowy. Zresztą nie chciałaby tak skrzywdzić zwierzęcia Potem miała drugi dom — niewiele lepszy. Pan K. nienawidził zwierząt. Szcze­gólnie tych, które kochały jego żonę. Jeden kot, zapatrzo­ny od maleńkości w swą panią, zaginął w tajemniczych okolicznościach — to jeszcze Ewa mogła sobie wytłuma­czyć wypadkiem, choć Miłek nie opuszczał ogrodu. Drugi został otruty. Choć nie było nikogo — a wtedy pan K. nie należał do grona podejrzanych — kto życzyłby źle rozmruczanej, łagodnej kulce burego futerka Dopiero po śmierci trzeciego — Tercji, która wodziła za panią rozkochanym spojrzeniem, a pana omijała szerokim łukiem, Ewa nabrała podejrzeń. Już więcej nie przyniosła do domużadnego zwierzęcia Odtąd królował w nim niepodzielnie pan K.
Książkowy Ten Zły zabija małe kotki.
Wciąż daleko od Tego Złego z "Nie oddam dzieci!", który masturbował się do trzylatka rozbijającego się o drzewo. 

Karolina przynosi ostateczną wersję swojej książki.
— Proszę bardzo — powiedziała dziewczyna z nieśmia­łym uśmiechem, tak niepasującym do przebojowej reszty, dziś odzianej z indiańska, w zamszową kamizelę z frędz­lami i takąż spódnicę z szerokim skórzanym pasem, podkreślającym wąską talię.
Ewa zdusiła w sobie cień zazdrości — nic nie mogła poradzić, że przy Karolinie jeszcze bardziej czuła się Kop­ciuszkiem niż zazwyczaj — i sięgnęła po wydruk. Z przyjemnością przekartkowała go, zatrzymując wzrok na co ciekawszych fragmentach.

Kolejna zazdrość o urodę Katarzyny Michalak i zachwyt prozą Katarzyny Michalak, nic nowego.
— Myślę, że znalazłam tytuł dla twojej powieści — rze­kła do Karoliny. — Patrz tutaj: majątek Jagódka. I Gabry­sia, taka słodka, jagodowa dziewczyna „Lato w Jagódce", dobry, krótki i uroczy. Co ty na to?

Patrzyła, jak tamta rozpromienia się, i już wiedziała, że tytuł jest trafiony. 
Jestem w stanie uwierzyć, że tak właśnie powstał ten tytuł, gdyż w "Lecie w Jagódce" nikt nie spędza lata w Jagódce.

Na dzisiaj koniec. Następnym razem zaczniemy od sesji zdjęciowej na sukienusię "Lata w Jagódce".

9 komentarzy:

  1. "Czy­tała książkę tej tam Michalak, jak za Andrzejem zaczęła mówić o autorce. Raz zaśmiewając się, raz łkając, a nierzadko przeklinając. "

    Nad książką AutorKasi siadłam i płakałam...

    Melo

    OdpowiedzUsuń
  2. P.S. Wyobraziłam sobie, jak piękna, mądra i dobra Katarzyna Michalak wchodzi do mojej pracy i mówi "Dzień dobry... Aaa, to panią widziałam przez okno, jak się pani migdaliła z szefem na biurku!

    Melo

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja naprawdę nie chciałam tu trafić, a tym bardziej dostać w mózg z Michalakowej, ale ten shit aż się prosi o zapłakanie nad nim, w sensie książka, bo analiza jest bardzo dobra i łagodzi mi zdanie o czytających Kejt.

    OdpowiedzUsuń
  4. Może autorka nieudolnie próbowała wzorować się na Pilipiuku? Strasznie jej nie wyszło:P A w ogóle to autorka opisuje samą siebie jako plotkarkę, wścibską, o zawyżonym poczuciu własnej wartości - to chyba nie było zamierzone^^
    A analiza świetna;) Pozdrawiam;)

    OdpowiedzUsuń
  5. "— Kogo uwodziłaś? — padło spod drzwi, w których od dłuższej chwili stał Andrzej, przysłuchując się tokującej Ewie."

    "tokować", PWN: "o samcach niektórych ptaków w okresie godowym: wydawać charakterystyczne dźwięki i wykonywać charakterystyczne ruchy mające wabić samicę". Rozumiem, że chodzi raczej o idiotyczny anglicyzm, niemniej jednak rzucałoby to nowe i dosyć interesujące światło na postać Ewy.

    "przypalała wodę na herbatę"
    JAK?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można kiedyś zapytać Kejt o wykorzystanie tego słowa, ale myślę, że nie odpowie, tylko obrazi się za hejty.
      Dla przypalania wody jestem litościwa, zdaje mi się, że to utarta hiperbola kulinarnego nieogarnięcia.

      Usuń
    2. Nie znałam tego słowa, dopóki nie wyprowadziłam się do małego białego domku na wsi stojącego pod majestatyczną starą wierzbą. Na Lubelszczyźnie "tokowanie" to gadanie "bez tołku" - z Rosyjskiego "bez sensu".

      Usuń
  6. ,,Andrzej jest jak kobieta. Tfu, tfu, co ja piszę, przecież nie jest zniewieściały, przeciwnie, to sto procent samca. Nie jest również gejem (chyba... nie, na pewno nie! Gej, nawet głęboko zakon­spirowany, nie obściskiwałby się tak spontanicznie i namiętnie z każdą co ładniejszą dziewczyną — wyjąwszy mnie). Chciałam powiedzieć, że Andrzej ma kobiecą duszę. Niee... Co ja dziś z ty­mi porównaniami?! Przecież nie roni łez na melodramatach, nie wącha konwalijek, nie wzdycha romantycznie do księcia na białym koniu (Ewo, na Boga, księżniczki, jeśli już! Celowo wyzłośliwiasz się na Andrzeju, bo cię nie chce!). On ma duszę skomplikowaną. Ot co. Nie prostą jak instrukcja obsługi magnetowidu, ale właśnie taką: zwichrowaną. Jak rozetka na głowie świnki morskiej."

    Tu jest jeszcze pomieszanie tożsamości płciowej (jest jak kobieta) z orientacją seksualną (gej)

    OdpowiedzUsuń
  7. Do you prefer Pepsi or Coca-Cola?
    SUBMIT YOUR ANSWER and you could get a prepaid VISA gift card!

    OdpowiedzUsuń