O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Przyszło mi do głowy, żeby publikowane wcześniej na forum analizatorskim dzieUo opublikować ponownie, tym razem na swoim własnym blogasku. Tutaj też będą się pojawiać (mam nadzieję) moje kolejne wariacje na temat opek i analiz. Pierwsze odcinki wyglądają strasznie źle, ale nie bójcie się, dalej jest tylko bardzo źle.

Komiks pojawia się w poniedziałki lub wtorki, zależnie od weny i nastroju aŁtorki.

A zdjęcia słodkich margajów do galerii możecie przesyłać mi na esia221@gmail.com ;)

25 sierpnia 2015

Komiksoanaliza "Roku w Poziomce" Katarzyny Michalak - część trzecia

Przed nami kolejna dawka naszej ulubionej książki.

Tekst oryginalny siwy lub czarny, tekst mój czerwony lub fioletowy.

— Ubierzemy książkę w piękną jagodową okładkę, dodamy miłą dla oka czcionkę, drobne a sympatyczne ozdóbki i twoje dzieło powinno zachwycić czytelniczki. Nie tylko treścią, ale i oprawą. — Karolina tylko przyta­kiwała. — Chciałabym zrobić ci parę zdjęć. Może jedno damy na okładkę?
Jeżeli ktoś z czytelników, jak ja, jest uzależniony od bloga Kejt, wie, dlaczego to jest zabawne.
Reszcie tłumaczę: Kejt bardzo często opowiada o "rzeźbieniu" okładek, które bardzo często zaczyna się sesją fotograficzną, a polega głównie właśnie na dobieraniu czcionek i ozdóbek, żeby olśnić czytelniczki.

Karolina nie bardzo chce pokazywać się publicznie.
— Zrobię wszystko, byś była bardzo sławna. Na począ­tek sesja zdjęciowa u Marty. Zgodzi się? 
Skoro w świecie "Roku w "Poziomce" wydarzyło się "Lato w Jagódce", to znaczy, że nie tylko Gabrysia tu istnieje, ale i Marta.
Marokańskiego księcia pewnie także możemy tu spotkać. 
Marta była właścicielką rancza, gdzie toczyła się ak­cja powieści. Z książki wynikało, że jest fajną babką, ale w rzeczywistości równie dobrze mogła się okazać kawa­łem babiszona Nie. Karolina nie pisałaby z taką sympatią o kimś, kto na tę sympatię nie zasługiwał. Bez wahania podała Ewie numer telefonu.
— Dzień dobry, pani Marto, nazywam się Ewa Złotow­ska, jestem wydawcą książki Karoliny... — Ewa umilkła nagle, zasypana potokiem słów z tamtej strony. — Do­brze, powtórzę jej. Karolina, jeśli obsmarowałaś pani Mar­cie... przepraszam: Marcie, jeżeli w swoich wypocinach obsmarowałaś jej — to określenie pani Marty, przepra­szam: Marty, nie moje — cztery litery, to masz... przechlapane. I możesz nie pokazywać się w Bukowym Dworku do końca cywilizacji.

Po co ona się tyle pieprzy ze słowem "dupa"?
Karolina zaśmiała się.
— Cała Marta. Przekaż jej, że w powieści jest mniej nieznośna niż w rzeczywistości. I nie klnie jak szewc! — Ostatnie zdanie wykrzyczała tak, by rozmówczyni Ewy usłyszała

Chodzi o słowo "wypociny"? Przecież nawet to "dupa" było zbyt hardkorowe i w końcu go nie wypowiedziała. Dziwne musi mieć Karolina pojęcie o przeklinaniu.
— Szkoda — rzekła Ewa po chwili. — To Marta mówi, że szkoda, bo przekleństwa dodają życiu kolorytu, ale rozumie, że dziewicze czytelniczki mogłyby się poczuć zgorszone.

Co ma dziewictwo do przeklinania według Marty - nie wiem.
Może to był żart z pruderii Karoliny. Jakiś. Dziwny.
No i wciąż nie wiem o jakich przekleństwach mowa. 
Pani... Marto, znaczy, chciałabym przyjechać do Bukowego Dworku na sesję zdjęciową. Nie, nie, ja się produkować nie będę. Karolina wystąpi na okładce swej książki. Najchętniej widziałabym ją u boku Binga. Jak idą leśną drogą w dal... Brzozy, słońce, wiatr we wło­sach... Będą? I brzozy, i słońce, i wiatry we... Wiatr miał być, nie wiatry! — Ewa roześmiała się serdecznie, czując, że z Martą się polubią. 



— Kiedy? Choćby jutro, bo do­brą pogodę zapowiadają. — Rozpromieniona, podzię­kowała, rozłączyła się i spojrzała na Karolinę. — Jutro piknik w Bukowym Dworku. Robimy z ciebie gwiazdę. O ile Andrzej mnie puści — zmarkotniała nagle. Zupełnie zapomniała o obowiązkach sekretarki-asystentki swego szefa.
Spoko, on też do pracy podchodzi jak do hobby.
Ewa zaniedbywała je tak haniebnie, że nieraz przycho­dziło jej do głowy podejrzenie, iż Andrzej zatrudnił ją nie dla siebie, tylko dla niej: dla etatu, dzięki któremu dostała kredyt na domek. 
NO NIEMOŻLIWE, SERIO? Przecież młodzi, zdolni, polscy biznesmeni nic tylko zatrudniają do wydawnictwa, nie mając pojęcia o wydawaniu książek, osoby, które nie mają pojęcia o wydawaniu książek.
Tak się zbija te miliony. 
Żadnej innej pomocy by nie przyjęła, o czym on wiedział. Zagrał więc na nerwach Joli, Jola rzu­ciła papierami, a jej posadę zaproponował, jak gdyby nigdy nic, przyjaciółce w potrzebie. Której częściej w biurze nie było, niż była.
Szkoda, że postąpienie w ten, bardzo nieuczciwy względem Joli sposób, nie spotka się z żadną negatywną oceną naszej uroczej, sympatycznej bohaterki, z którą każda z nas może się utożsamić.

Andrzej chce jechać z Karoliną i Ewą.
Nie przewidywała w scenariuszu Andrzeja podziwiają­cego zrobioną na bóstwo Karolinę. Na dodatek Karolinę w scenerii najromantyczniejszej z romantycznych
No wiadomo. W końcu chodzi o okładkę książki Katarzy... Karoliny.

Ewa rozpacza nad swym nijakim wyglądem. Pyta swojej koleżanki, Anki z księgowości, co mogłaby zmienić, na co ta proponuje jej makijaż, farbę do włosów i ciuchy w innym kolorze niż szare.
— Jest ze mną aż tak źle? — szepnęła, nie oczekując
odpowiedzi. Widziała ją we własnych oczach.
— Dodaj swemu życiu barw — powtórzyła Anka z na­ciskiem. — Kiedy przeprowadzasz się do swego domku?
Tam... — urwała zdumiona, bo w Ewie na słowo „domek" zapaliło się światełko. Nagle z szarej myszy w za dużym worku stała się, no, może nie Królewną Śnieżką, ale, po­wiedzmy, Królową Szarych Myszy.

"Nagle z szarej myszy w za dużym worku stała się, no, może nie Królewną Śnieżką, ale, po­wiedzmy, Królową Szarych Myszy."
To zdanie to przecudnej urody perła. jest tak niezwykłe, że przerwałam pisanie analizy na dwie godziny, bo poczułam się przytłoczona wagą tego diamentu.

Nie wiem, co mam zrobić. Mogłabym wizualizować, pięknie oprawić cytat, wstawić nagranie mnie śmiejącej się histerycznie, łykającej łzy w bezbrzeżnym zdumieniu ludzką kreatywnością, ale to wszystko na nic. Nic nie odda piękna tego zdania, nic nie jest go godne. Po prostu patrzcie swymi niegodnymi oczyma i cieszcie się, że jest. 
— Gdy tylko wpłynie kolejna transza kredytu, zaczy­nam remont — odparła z ogniem w oczach. — Całkowity, kompleksowy remont: od piwnic po dach. Mój domek dostanie nowe podłogi... okna ze szprosikami... rynny... tynki... Mówię ci, będzie niczym Kopciuszek na balu!


— A o północy zamieni się w dynię — zaśmiała się An­ka. — Trzaśniesz niechcący drzwiami, a tu tynki odpadną, szprosiki się wypaczą, rynny zatkają, a podłogi spleśnieją, bo październik idzie.



— Ty mnie chyba nie lubisz. — Ewa udała, że się obra­ża, ale zaraz zawtórowała księgowej, bo z kim jak z kim, ale z Anką lubiły się serdecznie.

— Nie lubię ekip remontowych. A raczej remontowych partaczy. Poproś Andrzeja o namiary na jego podwyko­nawców, a..
— O nic Andrzeja prosić nie będę! — ucięła Ewa sta­nowczo. 

Wytłumaczy mi ktoś dlaczego? Bo nie dość, że ponoć jest jej najlepszym przyjacielem, to jeszcze prosiła go o pomoc finansową czterdzieści stron temu i wtedy jakoś nie miała problemu. A chodziło o pożyczkę kilku tysięcy złotych, nie polecenie ekipy remontowej.

— Ten! Poziomkowy! — szepnęła w zachwycie, patrząc na płaszczyk, w jaki odziany był manekin na wystawie. Ciuszek miał niezwykłą barwę, ni to amarantu, ni kar­minu. Właśnie poziomki, przekrojonej na pół. Bardzo apetyczna barwa... — I do tego ta żółta jak kurczaczek chusteczka... — Ewa przeniosła rozmarzone spojrzenie na sąsiednie okno. — I ten piękny morski sweterek. I białe kozaczki...
Nie namyślając się wiele — i nie patrząc na ceny, do­piero przy kasie dostała mikrozawału serca — zakupiła i płaszczyk, i apaszkę, i sweterek, i nawet kozaczki!, nie mówiąc o bluzce à la marine. Szkoda, że Ewa nie namyślała się odrobinę dłużej. Może olśniłaby ją prosta myśl: mane­kiny ubierała projektantka odzieży, owszem, ale każdego z osobna, w różnym stylu. Poziomkowy płaszczyk idealnie pasował do łososiowej bluzeczki, żółta apaszka do pia­skowego pulowerka, kaszmirowy sweterek do obcisłych czarnych spodni, a białe kozaczki do zamszowej spódnicy, ale wszystko razem... 

Ewa odkryła to u siebie w domu, gdy nic, kompletnie nic z poczynionych z takim entuzjazmem zakupów nie nadawało się na jutrzejszy wyjazd. Poziomkowy płaszczyk gryzł się z marynarskim kołnierzem. Kaszmirowy sweterek miał się nijak do kozaczków. Na dodatek zupełnie nic, może z wyjątkiem żółtej chusteczki, nie pasowało do Ewusinych komeżek.
No przypał.
Taka ta nasza bohaterka spontaniczna, urocza i sympatyczna.
Tak jak we fragmencie, który pominęłam, kiedy planowała promocję książki przez reklamy w telewizji, billboardy, koszulki, samoloty, balony i długopisy, happening z popisami kaskaderskimi i ekranizację.
Taka spontaniczna, sympatyczna, wielkie sny, mały rozumek.
Już utożsamione?  

Protagonistka farbuje włosy na fioletowo i krzywo je ścina nożyczkami do paznokci (co jest w moim wyobrażeniu rzeczą bardzo bolesną), co, wbrew oczekiwaniom, nie imponuje Andrzejowi. Mówi jej wręcz, że z taką nią się nie pokaże. Ewa robi scenę zazdrości o Karolinę, która nie musi farbować włosów, żeby być piękną. Andrzej informuje ją, że zazdroszczenie Karolinie włosów jest nie bardzo, bo Karolina ma białaczkę.

Ewa zacisnęła powieki. Była zazdrosna o umierającą dziewczynę, której jej przyjaciel próbował uratować ży­cie... Nagle aż podskoczyła, jakby dźgnęła ją niewidzialna ręka. 

 
— Zrobimy tak: wydamy książkę jak najszybciej, wej­dzie na listy bestsellerów, a gdy już będziesz naprawdę obrzydliwie znana i lubiana, wtedy... — zawiesiła drama­tycznie głos — ruszymy z wielką kampanią społeczną: „Ocal życie Karolinie! Oddaj szpik!". I znów: billboardy wszędzie, jak okiem sięgnąć — Ewa zapalała się coraz bar­dziej. — Na Pałacu Kultury, w metrze, na uniwerku, e tam, na wszystkich uczelniach w Polsce! Cały kraj, a może na­wet świat, dowie się, że jednym prostym badaniem można uratować życie nieznajomej osobie. To będzie coś wspa­niałego! Dotrzemy do ludzkich serc! Andrzej — zwróciła się do kierowcy tak gwałtownie, że ten, dotąd słuchający w milczeniu, aż drgnął — wystarczy ci pieniędzy na to wszystko?
Fajnie, że w ogóle zapytała.
— Jeżeli nie wpadniesz na pomysł, że ten Pałac Kultury najlepiej wykupić... — Karolina — spojrzała na dziewczynę surowo — uży­czysz sławy i wizerunku dla dobra sprawy?

I ta pewność, że na pewno, ale to na pewno Karolina odniesie sukces jako pisarka. Jak oni w tej książce w ogóle nie biorą pod uwagę, że może być inaczej.
Chociaż w sumie, w świecie Katarzyny Michalak książki Katarzyny Michalak muszą się podobać.
— Jest to również moja sprawa — odparła cicho tamta.
— Może najpierw poszukamy dawcy, potem wypromu­jemy bestseller, co? — Ewa była rzeczowa do bólu. — Tu się liczy czas...
— I sympatia społeczeństwa — wpadł jej w słowo An­drzej. — A ono prędzej pospieszy z pomocą autorce uro­czej książki niż nikomu nieznanej Karolinie.
— Co racja, to racja — zgodziła się z nim. — Dotrwasz?
— spojrzała z troską na dziewczynę.
— Dotrwam. — W oczach Karoliny po raz pierwszy dzi­siejszego ranka zaświeciło słoneczko. Maleńka, cichutka nadzieja.



Bukowy Dworek był cudny. Tak autorytatywnie stwier­dziła Ewa, gdy podjechali szeroką aleją pod frontowe schody, przed którymi, pośrodku rozległego trawnika, lśnił staw w kształcie serca Już samo to budziło zachwyt. Szczególnie że staw nie był wymysłem dzisiejszych archi­tektów, przez co mógłby być pretensjonalny, lecz dawnych mistrzów, dzięki czemu przepięknie współgrał z otocze­niem i dworem.
I to jest tak na serio.
Mam ochotę włączyć się do gry:
"Rok w Poziomce" to okropna książka. Tak autorytatywnie stwierdziła Eśka, gdy tylko pojawił się wątek "Lata w Jagódce". Już samo to skłoniło ją do wielokrotnego uderzenia się dłonią w czoło. Szczególnie, że motyw ten był wymysłem dzisiejszej pisarki, przez co był zwyczajnie pretensjonalny, nie dawnej mistrzyni, dzięki czemu mógłby okazać się błyskotliwie inteligentny.

Już po przywitaniu się z Martą mamy taki dialog:
— A Gabrysia? — odważyła się zapytać Ewa — Będzie?
— Nie będzie — Marta pokręciła głową — Wyjechała w świat, by się przepoczwarzyć.
— Przepo...? — Ewie głos uwiązł w gardle.
— A tak. Szła sobie dnia pewnego Radomiem i tam dopadli ją organizatorzy programu „Z Bestii w Piękność". Kosmiczne metamorfozy będą na Gabrysi uskuteczniać.

Oznacza to, że "Lato w Jagódce" jest w Michalakverse jakoś o połowę krótsze niż w naszym świecie.
Chyba zazdroszczę, bo dzięki temu ich wersja pozbawiona jest motywu dydaktycznego gwałtu.
— To z nią aż tak źle? — zdziwiła się Ewa Z książki Karoliny nie wynikało, że główna bohaterka straszy oby­wateli swoją physis.
— Jak dla mnie mogła być, ale ona o miłości marzyła...

Mam nadzieję, że to tylko moja zła wola każe mi to interpretować jako stwierdzenie, że dziewczyna nawet nie brzydka, co nie wybitnie piękna, nie może znaleźć miłości.

Karolina, poddana subtelnym zabiegom fotografki, przeistoczyła się w piękną, tajemniczą amazonkę. Delikat­ny makijaż, jaki nosiła na co dzień, został zastąpiony nieco bardziej drapieżnym, co nadało rysom twarzy wyrazistość. Teraz, z podkreślonymi kośćmi policzkowymi i skośnymi oczami koloru liścia dębu, znów przypominała elfią księż­niczkę, a nie dziewczynę z krwi i kości. Porcelanowa cera jeszcze bardziej upodabniała ją do istoty z baśni. Jeszcze długa ciemnozielona spódnica i kubraczek dobrany do barwy oczu, i oto zjawiskowo piękna stała przed Ewą, uśmiechając się nieśmiało.
Tak, to fragment książki Katarzyny Michalak zachwycającej się urodą Katarzyny Michalak.
Idźmy dalej.

A nie, czekajcie.

Dalej są kolejne zachwyty nad urodą Katarzyny Michalak.
Znad strumienia, w którym Bingo przed chwilą ga­sił pragnienie, nadeszła Karolina Nie, nie Karolina — ale ta zjawiskowa istota ze słońcem we włosach i srebrzystym błyskiem w oczach, którą wyczarowała ręka Zojki. Uśmiechała się nieśmiało, prowadząc jedną ręką konia, drugą unosząc rąbek długiej spódnicy. 
Ewa spojrzała na nią, spojrzała na mężczyznę i zrozu­miała: to nie była li tylko przyjaźń, to nie było współczu­cie. 
Andrzej był zakochany. Z wzajemnością. 
I Ewie pękło serce.
Mamy też milionera i potentata zakochanego w Katarzynie Michalak.
I główną bohaterkę umierającą z zazdrości o tak wspaniałego faceta.
Jestem pod wrażeniem, że AutorKasi autentycznie udało się zarobić na tym pieniądze.

A tak sobie wyniki tej sesji imaginuję:


Ewa spotyka się ze swoją dawno nie widzianą przyjaciółką Izabelą, która wyciąga ją na imprezę, a dodatkowo umawia z "królewiczem".

Nie, nie mogłam się powstrzymać przed wizualizacją Izabeli jako Izabeli Łęckiej.

Na imprezie Ewa spotyka przystojnego nieznajomego, który proponuje jej drinka, i właśnie wtedy dostaje esemesa:
„Wybacz, Strusiu, ale kocham Karolinę. Mam nadzieję, że nie znienawidzisz za to ani jej, ani mnie. Pozostaniemy przyjaciółmi?"
Kto wysyła takie esemesy? Przez tyle lat trwali w przyjaźni, mimo że Ewa była w nim zakochana, dlaczego mieliby przestać się przyjaźnić przez to, że i tak niezainteresowany Andrzej zakochał się w Katarzynie Michalak. Dlaczego Ewa teraz miałaby go za to niezainteresowanie znienawidzić?

Ewa wypija drinka od nieznajomego i jest to ostatnia rzecz, jaką pamięta z imprezy.
Tak, wasze najgorsze podejrzenia okażą się prawdą. 

Nigdy więcej. Nigdy, nigdy więcej! Mama wiedziała, co mówi, przestrzegając Ewę przed: a) alkoholem, b) przy­godnymi znajomościami, c) alkoholem i przygodnymi znajomościami. 
Ciekawi mnie, czy gdyby miała syna, przestrzegłaby go przed popełnianiem gwałtów.
Bo coś mi się zdaje, że nie.
Powziąwszy mocne postanowienie poprawy, Ewa roz­chyliła opuchnięte od nadmiaru alkoholu powieki i... za­tkało ją. Znajdowała się w łóżku. Nie swoim łóżku! 
Matko, jakie mocne postanowienie poprawy?
Że więcej nie będzie miała nieszczęścia spotkać gwałciciela?
Unio­sła się na łokciu i rozejrzała, jak rozbitek po maciupkiej wyspie, na którą wyrzuciło go morze. Niestety, to był dość obskurny pokój hotelowy, nie bezludna wyspa. 
Wzrok Ewy padł naraz na drugą połowę łóżka Na po­duszce leżała purpurowa róża. I liścik: „Byłaś słodka".
Byłam słodka?! 
Gwałciciel widać za "słodkie" uznał jej nieprzytomne ciało. Trochę rzygłam.
No i nie myślcie, że nie doceniam pięknego porównania o wyspie.
Ewa wyskoczyła ze skotłowanej pościeli, ubrała się błys­kawicznie w pomiętą sukienkę i umknęła Dopiero w do­mu pozwoliła sobie na wybuch wściekłości, pomieszanej z rozpaczą.
— To wszystko twoja cholerna wina, ty karle pluga­wy!!! — wrzasnęła pod adresem Andrzeja, choć ani karła, ani plugawego karła nie przypominał. — 

Dlaczego.
Dlaczego w jakikolwiek sposób Andrzej jest winny temu, że Ewa miała pecha spotkać gwałciciela.
Ja bym raczej stawiała, że gwałtu winny jest sprawca. 
Puściłam się z ob­cym facetem! 
Ewo, bardzo ci współczuję, że żyjesz w świecie, który sprawił, że myślisz, że stanie się ofiarą gwałtu to twoja decyzja.
Ewo, z nikim się nie "puściłaś". Zostałaś zgwałcona. 
Cokolwiek powiedziała ci matka, TO NIE TWOJA DECYZJA, TO NIE TWOJA WINA, TO NIE CI POWINNO BYĆ WSTYD.
Chruście. 
Żebym jeszcze coś z tego miała, ale nic nie pamiętam! Nienawidzę cię! 
Co.
Z tego wynika, że Ewa chciała uprawiać seks, i że nie przeszkadza jej, że mimo braku jej zgody do stosunku doszło.
A jednocześnie twierdzi, że się puściła, i że to źle.
To jest naprawdę wyjątkowej urody kumulacja victim blamingu i slut shamingu.
Najsmutniejsze jest to, że mam wrażenie, że to "żebym coś z tego miała, ale nic nie pamiętam" miało być zabawne. 
Chwyciła komórkę i zaczęła wystukiwać esemesa — Ja ci zaraz napiszę, czego ci życzę na nowej drodze życia — mamrotała, wciskając wściekle klawisze. Przeczytała Zaśmiała się mściwie. Skasowała Wystukała następnego, jeszcze bardziej zjadliwego. Skrzy­wiła się: za delikatnie. Skasowała...
Tak, wyżyj się na Andrzeju. Bo to ma tyle sensu.
Czy mam jeszcze raz powtórzyć, że WINA LEŻY LI I JEDYNIE PO STRONIE GWAŁCICIELA?
W ogóle dziwne ma te reakcje, bo skoro ma telefon, to powinna raczej dzwonić na policję niż wyładowywać się na przyjacielu za to, że śmiał się zakochać.
Po półgodzinie odpowiedź była gotowa:„Życzę Tobie i Karolinie wszystkiego najlepszego. Cie­szę się, że pozostaniemy przyjaciółmi". A potem cisnęła komórką o fotel i rozpłakała się. 

A potem, jak rozumiem, zadzwoniła na policję.
...
Kogo ja oszukuję.

Esemes do Andrzeja kończy rozdział; na następnej stronie zaczyna się "Październik".
 Znowu mamy wpis do pamiętnika, z którego dowiadujemy się, że Ewa wprowadziła się do Poziomki. Oprócz tego wpis to głównie opis życia wraz z ekipą remontową, psami i kotami w domu w trakcie remontu. Całość ma charakter zbioru anegdotek, które byłyby zabawne opowiadane na spotkaniu towarzyskim, ale w formie pisanej trochę jednak nudzą.
Zaciekawił mnie jednak ten fragment:
I nie muszę być przyzwoicie odziana na spacerze z psami, bo tu gdzie mieszkam, cywilizacja nie dociera. A czterej faceci w nocy śpią (chyba).
Gdybym miała jeszcze jakąś wiarę w ludzkość, zakładałabym, że Ewa po prostu nie chce pokazywać się facetom nie do końca ubrana, ale coś mi się zdaje, że jest to kolejny przejaw victim blamingu w przypadku gwałtu, zawierający w sobie bardzo przykre dla płci męskiej założenie, że faceta, istotę obdarzoną przecież mózgiem i empatią, do aktu przemocy może sprowokować odsłonięty kawałek uda. 

Przed zakończeniem wpisu mamy jeszcze takie coś:
Faceci, ci robotnicy, są w porządku. Wprawdzie chcieli mi zamontować odwrotnie wannę, naklejali płytki poziomo zamiast pionowo, jak logika wzoru nakazuje, a gdy dochodzi do poważ­niejszego problemu, typu: nie pasuje przyłącze do zlewu, stają się bezradni nawet nie jak dzieci (dzieci zrobiłyby podkop), tylko jak... nie, Tosia też nie... jak moja nocna lampka, ale fachowcami są poza tymi drobnymi szczegółami dobrymi.
Nienawidzą mnie z całego serca (musieli przestawiać wan­nę, odklejać poziome płytki i nadal nie ma prądu, bo kazałam zdjąć te obleśne skrzynki). Ja zaś nienawidzę ich. Za ten kurz. Za to, że mieszkam na budowie. Za to, że nie mogę się umyć ani spokojnie... ten tego... nic spokojnie nie mogę zrobić. I za to, że skończyli pracę w sobotę w południe, zastawiając mnie bez wan­ny na weekend. I że pojawili się dziś rano, by znów masakrować mnie piłą mechaniczną.
Właśnie za to ukradłam im czajnik (mój) i jutro rano, czyli dziś, koło szóstej, wypuszczę na dwór Sajgonki. Oni nienawidzą się o nie potykać.
Co im mogę jeszcze zrobić... Każę przenieść łazienkę gdzie indziej. I kuchnię. Może stwierdzę, że kolor tynku mi się jednak nie podoba? Powinien być nieco bardziej biały albo nieco bardziej ivory? A może zechcę wyburzyć parę ścian i postawić parę centymetrów dalej? Zamordowaliby mnie chyba.
  

Doskonały plan uroczej bohaterki. Przeszkadzaj ile wlezie budowlańcom, których obecność, poświęcona wykonywaniu swojej, zleconej przez ciebie pracy, cię denerwuje.
Czy muszę mówić, że nie ma to śladu sensu, gdyż przez to będzie musiała tylko dłużej męczyć się z ekipą remontową?
I że ten plan jest naprawdę wredny i dziecinny?

Na tym kończymy dzisiejszy odcinek. 

9 komentarzy:

  1. Królowa Szarych Myszy brzmi jak, cóż, szara mysz do kwadratu. Ja bym tego nie wzięła za komplement.
    Poziomka przekrojona na pół na jakiś inny kolor niż normalnie? A liście dębu inny niż pozostałe liście? Nie można było napisać po prostu zielony?
    "Szczególnie że staw nie był wymysłem dzisiejszych archi­tektów, przez co mógłby być pretensjonalny, lecz dawnych mistrzów, dzięki czemu przepięknie współgrał z otocze­niem i dworem" - No wiadomo, dzisiaj wszystko do dupy, dawniej było lepiej, a za Hitlera niższe podatki.
    "Oznacza to, że "Lato w Jagódce" jest w Michalakverse jakoś o połowę krótsze niż w naszym świecie" - Ale to! Brzydko będzie wyglądać w sukieniuni!
    "Mam nadzieję, że to tylko moja zła wola każe mi to interpretować jako stwierdzenie, że dziewczyna nawet nie brzydka, co nie wybitnie piękna, nie może znaleźć miłości" - Nie tylko tobie.
    Żarty z nazwiska zawsze na propsie, 100% wyrafinowanego chómoró.
    "Żebym jeszcze coś z tego miała, ale nic nie pamiętam!" - No skoro nie pamięta, to może miała, nie? Bo chyba nie ma na myśli długofalowo, ja nie pielęgnuje wspomnień o swoich przeszłych orgazmach...
    (samej sceny nie skomentuję, po prostu mnie na to nie stać, wiem, jakie rzeczy pisze ałtorkasia, ale i tak ręce opadają, a żal i smutek poślady ściska)
    "Całość ma charakter zbioru anegdotek, które byłyby zabawne opowiadane na spotkaniu towarzyskim" - Jakoś nie wierzę :P.
    "I nie muszę być przyzwoicie odziana na spacerze z psami, bo tu gdzie mieszkam, cywilizacja nie dociera. A czterej faceci w nocy śpią (chyba)." - Kurczę, a ja w pierwszej chwili bez kontekstu założyłam, że przyzwoicie=ponętnie, bo każdego faceta trzeba powyrywać...

    OdpowiedzUsuń
  2. "Gwałciciel widać za "słodkie" uznał jej nieprzytomne ciało." - Jeśli facet rozpuścił tabletkę gwałtu w drinku, nie była nieprzytomna, co oczywiście nie zmienia faktu, że był to gwałt. Ale to chyba nic nowego w książkach Michalak, że ofiara gwałtu jest winna w opinii swojej, otoczenia, gwałciciela i nawet samego narratora:P Podobnie jak w "Nie oddam dzieci" matka złego bohatera była winna jego czynów:P
    Analiza świetna, uśmiałam się z tego domku-Kopciuszka^^ Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nawet jestem w stanie trochę zrozumieć ludzi, którzy czytują AutorKasię dla przyjemności - to zazwyczaj lekka, nie wymagająca myślenia literatura, taka mowa-trawa, rozmowa z psiapsiółką przy herbacie. Gorzej robi się, gdy pisarka bierze się za tematy poważne, które wychodzą jej zupełnie groteskowo i budzą raczej niesmak, niż zastanowienie, zachwyt lub wzruszenie. Niech lepiej pozostanie przy lekkich czytadłach, w końcu człowiek też czasem musi się odprężyć.

    Pretensjonalność prac dzisiejszych projektantów architektury współgrającej z wodą? Pani Kasi polecam np. zapoznanie się z architektami japońskimi, jak Tadao Ando albo Kengo Kuma, i dodatkowo projekt Michela Corajoud "Water Mirror" z 2009 roku.

    OdpowiedzUsuń
  4. "Karolina, jeśli obsmarowałaś pani Mar­cie... przepraszam: Marcie, jeżeli w swoich wypocinach obsmarowałaś jej — to określenie pani Marty, przepra­szam: Marty, nie moje — cztery litery, to masz... przechlapane."
    Z tego co pamiętam, to powinno iść "pani Narcie... przepraszam: Marcie, jeżeli w swoich wypocinach obsmarowałaś jej - to określenie pani Narty, przepraszam, Marty" - wiesz, haha, przejęzyczenia. Przynajmniej ten żarcik na bank był w "Lecie w Jagódce". Jak mogłaś pozbawić nas tego Elementu Komicznego.

    "Ewa odkryła to u siebie w domu, gdy nic, kompletnie nic z poczynionych z takim entuzjazmem zakupów nie nadawało się na jutrzejszy wyjazd. Poziomkowy płaszczyk gryzł się z marynarskim kołnierzem. Kaszmirowy sweterek miał się nijak do kozaczków. Na dodatek zupełnie nic, może z wyjątkiem żółtej chusteczki, nie pasowało do Ewusinych komeżek.
    No przypał."
    Tym większy, że na początku książki Ewa przedstawiany jest nam jako biedny Kopciuszek, żyje w jakimś blokowisku gdzie prąd ciągle odłączają, ledwo wiąże koniec z końcem mimo że ojczym śpi na pieniądzach, pracy nie ma (?), ojojoj, ajajajaj... Brzmi jak osoba, która wpada do sklepu i bez patrzenia na ceny ściąga wszelkie markowe ciuchy, jakie się nawiną pod rękę i leci z nimi do kasy.

    "Mam nadzieję, że to tylko moja zła wola każe mi to interpretować jako stwierdzenie, że dziewczyna nawet nie brzydka, co nie wybitnie piękna, nie może znaleźć miłości."
    Porzućcie wszelką nadzieję. Przecież w Michalak wszystkie kobiety są piękne (nawet, kiedy upierają się, że są brzydkie, ale to ze skromności), i one to dzielą się na Seksowne Harpie zastawiające boob trap na każdego samca i Bajkowe Piękności, naturalne, śliczne nimfy, przekładające źródlaną wodę nad kosmetyki, wabiące mężczyzn swym pięknem niczym róże.

    Faceci, ci robotnicy, są w porządku. Ja ich nienawidzę i oni mnie nienawidzą :P

    Ewie niedzwoniącej na policję wcale się nie dziwię, bo jak poglądy władzy na gwałt w tym kraju wyglądają każdy wie. Ale traktowanie całej tej sytuacji takim półżartem, w którym największym nieszczęściem jest złamane serduszko, a nie perfidny gwałciciel (w sumie ta róża mnie zainteresowała - nosił przy sobie? zerwał się rano do kwiaciarni i podrzucił ofierze, żeby było jej miło?).

    Sto serc dla Niewidzialnej Ręki i Korwina! Kolejne sto dla Izabeli Łęckiej!

    Z wyrazami szacunku
    Kazik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W mojej wersji elektronicznej wyglądało to tak jak wkleiłam, rozumiem, że Narta była w papierowej? Jeśli tak, to zmienię, bo wiem, że moja wersja jest trochę nieidealna, zauważam braki kropek i inne takie pierdółki. Muszę przyznać, że Marta-Narta, jak durny by ten żart nie był, ma tu ślady sensu, bo tak właśnie mówili na nią w "Lecie w Jagódce".

      Zakładałam, że na ciuchy miała z jakiejś pensji, którą wypłaca jej Andrzej, więc się nie czepiałam, ale faktycznie, nic nie było o tym napisane.

      Dziękuję za docenienie Izabeli. To po prostu musiała być Łęcka. Musiałam mieć Izabelę Łęcką narzekającą na wybredność protagonistki w wyborze męża.

      Usuń
  5. "nie pasowało do Ewusinych komeżek."
    Czy ktoś potrafi mi wytłumaczyć, o co tu chodzi? Dlaczego ona nosi ciuchy dla ministrantów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety nie potrafię. Nie wiem, czemu Kejt zdecydowała się na to słowo.

      Usuń
  6. ,,I białe kozaczki..." Tak bardzo śmiechłam. Królowa Szarych Myszy w białych kozaczkach <3

    A opis gwałtu jest obrzydliwy, ale przy tym tak typowy dla Michalak, że aż nic nie napiszę...

    OdpowiedzUsuń
  7. There's a chance you're qualified for a complimentary $1,000 Amazon Gift Card.

    OdpowiedzUsuń