O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Na tym blogu znajdziecie moje wariacje na temat tej i kilku innych analiz oraz moje własne komiksoanalizy (głównie książek Katarzyny Michalak).

8 września 2015

Komiksoanaliza "Roku w Poziomce" Katarzyny Michalak - część piąta

Bez dłuższych wstępów, zapraszam na kolejną dawkę patologii.

Tekst oryginalny siwy lub czarny, tekst mój fioletowy lub czerwony.

Karolina okazuje się być absolwentką ASP, okazuje się też, że miała na tym ASP zajęcia z wizażu. Dowiedziawszy się od Ewy, że chce ona poprawić swój wygląd, oferuje pomoc.
 Samo skubanie, o, przepraszam, re­gulacja brwi, było taką małą torturą. Gdy doszło do wos­kowania nóg...
— Niee! — krzyknęła Ewa na cały głos. — O rany Boga, jak to boli! Nie zgadzam się! Nie dam drugiej! Będę cho­dzić na jednej!!! — próbowała odepchnąć Karolinę, ale ta była nieugięta.
— Musisz poczuć ten ból, by docenić późniejsze pięk­no — tłumaczyła, nakładając na łydkę Ewy kolejną war­stwę gorącego wosku.
— Docenię! Przyrzekam! Tylko bez skalpowania nóg! Maszynką będę się golić! Codziennie! Tylko nie-eee!!! Oż, w mordę, jak to boli! — zakwiliła, ocierając oczy.
— Jakoś nie wierzę w twoje przysięgi — wycedziła Ka­rolina z uśmiechem sadysty. — Golić będziesz przez dwa, trzy dni, później znów zarośniesz, a ja chcę cię widzieć zawsze piękną. Gdy teraz pocierpisz, korzystnie wpłynie to na twoje postanowienia — Teraz bikini... — zmieniła raptownie temat.
— Co? — Ewa zrobiła wielkie oczy. — Chyba nie masz na myśli tego co ja?
— Owszem, owszem, wyskakuj z gatek! 
— Nigdy! — wrzasnęła Ewa nie swoim głosem i wypa­dła z łazienki w negliżu. Karolina dogoniła ją w przedpo­koju i siłą zawróciła.
— Żartowałam z tym bikini. Teraz zajmiemy się twoją buzią...
Okej, może ja żyję w innym świecie niż Katarzyna Michalak, ale w moim świecie przymus społeczny golenia nóg przez kobiety jest na tyle silny, że nie wierzę, zwyczajnie nie wierzę, że Ewa wychodziła gdziekolwiek, pokazując nogi, z tymi nogami nieogolonymi. I Karolina chyba rzeczywiście jest sadystką, skoro pomimo takich oporów nie zaproponowała kremu do depilacji zamiast wosku. Do tego skoro Karolina chce widzieć Ewę "zawsze piękną", to chyba wybrała niewłaściwą metodę, bo depilację woskiem trzeba powtarzać. Już lepiej jakby doradziła jej depilację laserową.

Kiedy Karolina zabiera się za fryzurę Ewy, Ewa myśli.
Kogo nabiorę na nowy look? Bo przecież nie... Oj, zapomnij o nim wresz­cie! Masz znaleźć ojca dla Ociupinki. I to na gwałt!!! O, znów dzwoni... Witold..." — Ewa zmarkotniała. Chciałaby spotkać się z tak miłym jej sercu mężczyzną, ale... nie. Nie wolno jej skrzywdzić dobrego człowieka, jakim był Witold. A musiałaby to uczynić, gdyby nadal spotykała się z nim, szukając jednocześnie ojca dla swego dziecka
Tak, ona serio przechodzi tę metamorfozę, żeby złapać jakiegoś fagasa i wrobić go w ojcostwo. I to jeszcze chce dzielić życie i wychowywanie tego dzieciaka z człowiekiem, który nie będzie dobry. Tutaj widzę jakieś masochistyczne skłonności albo inne powtarzanie modelu nieudanego małżeństwa swojej matki. Po raz drugi już zresztą, bo nie zapominajmy, że Ewa ma złego byłego męża.

Karolina przemalowała Ewie włosy na kasztanowe i zrobiła jej makijaż.
Może nie były to oczy elfiej księżniczki, jakich zazdrościła Karolinie, ale ładne, nieco okrągłe, o spojrzeniu trochę naiwnym, trochę zadzior­nym, oczy młodej, uroczej kobiety. Właśnie: urocza. Tak myślała o sobie pierwszy raz w życiu. Nie od razu piękna — nawet czarodziejka Karolina nie mogła zmie­nić dyni w księżniczkę — lecz właśnie urocza
Nie mogło być inaczej. Przecież Ewa jest uroczą bohaterką.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zwizualizowała nowego imidżu Ewy.


Szukałam strusia, który wyglądałaby na najbardziej wydepilowanego.

Nasza bohaterka wraca do domu. Pod domem czeka na nią Witold. Ewa wpuszcza go do domu i podaje mu herbatę.


Ewa mówi, że ojcem jej dziecka jest Antonio Banderas, ale Witold orientuje się, że kłamie. Cóż za przenikliwy umysł.

— Witold — zaczęła wolno i z namysłem — wtedy, na tej upiornie pustej drodze, gdy zepsuł mi się samochód...
— Mówisz o dniu, w którym na upiornie pustej drodze zabrakło wam benzyny?
— Tak — była mu wdzięczna za żartobliwy ton. — Wi­dzisz, ja tego nie rozumiem...
— Że zabrakło?
Parsknęła śmiechem.
— Nie. Że mając do wyboru taką laskę jak Iza, wybrałeś mnie. Jako znajomą, oczywiście.
Dlaczego ktoś miałby, wybierając osobę na znajomą/przyjaciółkę, kierować się jej seksownością? 
Jak macie jakieś pomysły, to piszcie, bo ja nie wiem.
— Oczywiście — spoważniał.
— Bo rozumiesz: faceci są wzrokowcami. A Iza jest śliczna. I zawsze ekstra ubrana. Ma piękne długie włosy. I...
Aaaa, wszystko jasne.
Zapomniałam, że w tej książce nie ma dziesięciu stron bez rzygania seksizmem.
— Powiem ci dlaczego. 
Ewa zastygła jak żona Lota, już żałując, że zapytała.
— Mężczyźni, jak słusznie zauważyłaś, są wzrokowca­mi. Mężczyźni zmęczeni wielogodzinną jazdą są kanapowcami. Nie patrzą na urodę ratowanych z opresji dziewic, marzą tylko o chwili, gdy je uratują, wsiądą z powrotem do ciepłego samochodu i pognają w kierunku: dom.
— To tak jak kobiety — zauważyła.
 Szok. Niedowierzanie. Trauma.
Czyżby te seksistowskie stereotypy NIE MIAŁY RACJI BYTU?
— Właśnie. Zupełnie tak samo. Na tej upiornie pustej drodze ujrzałem dwie zmokłe kury, kopiące w koła starego jak świat golfa. I wierz mi, po odnotowaniu was na stację zapomniałbym o całej przygodzie, gdybyś nie ujęła mnie za serce — ty, nie piękna Iza, której nie pamiętam — pew­nym gestem. Drobnym, głupim gestem. Już miałaś wsiąść do samochodu, zmoknięta i zmarznięta, gdy... — urwał, niczym wytrawny aktor, dozując napięcie.
— Gdy...?
- Gdy...?
Pokręcił głową, zaśmiał się do siebie, próbując tym ukryć zażenowanie.
— To głupie, ale powiem, skoro zacząłem. Otóż przed kołem twojego golfa pełzł dzielnie na drugą stronę szosy ślimak winniczek. Podniosłaś go i rzuciłaś w krzaki.
Prosto na kamień, skorupa na pół, ślimak nieżywy.
— Naprawdę? — Ewa zrobiła wielkie oczy. — Nie pa­miętam żadnego ślimola
Słowo "ślimol" mnie zabolało. Czuję, że przepaliło połączenia między wszystkim neuronami w moim mózgu, które miały nieszczęście nieść informację o jego istnieniu.
— Właśnie, Ewuś. Twój gest był całkowicie odruchowy. A mnie piękno duszy ujmuje bardziej niż śliczna buzia, wystrzałowe ciuchy i długie włosy.
A dodajmy, że Ewa mówiła tutaj o znajomości przyjacielskiej, nie romantycznej czy erotycznej.
Znaczy wszyscy wiemy, że Ewa i Witold i tak będą razem, ale póki co Ewa udaje, że wcale nie, szanujmy więc jej wybór.
— Dzięki temu ślimolowi siedzisz tu dzisiaj ze mną, popijając lipową herbatkę? — Nadal nie mogła wyjść ze zdumienia.
— Prawda?

W każdym razie kończy nam się rozdział i zaczyna kolejny. Zatytułowany, jak wskazuje logika, "Grudzień". Dom Ewy zasypało i w swoim pamiętniku opisuje ona zmagania ze śniegiem, nic szczególnie ciekawego. Zainteresowało mnie tylko jedno zdanie:
Listonosz nie dociera z pocztą (i czym tu się mar­twić, przecież nie czekam na miłosną korespondencję, a o wojnie i podatkach zawsze się dowiem)
Bo są to dwie opcje interpretacji:
1. Ewa, jak wiadomo fanka "Lata w Jagódce", przejęła powiedzonko Gabrysi.
2. AutorKasia po prostu walnęła w dwie książki to samo.
i szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, która jest bardziej prawdopodobna. 

Ewa spotyka się z Izą poczytać oferty z portalu randkowego.


— Ale wiesz, jacy są fa­ceci. Nie mają za grosz samokrytyki. Czytać umieją, ale ze zrozumieniem tekstu ci u nich problem. Stare ramole za punkt honoru biorą sobie ozdobę młodszą o dwadzieścia lat, natomiast nastoletnie gnojki... Wiesz, niektórzy ponoć marzą o seksie z matką, więc w tobie szukają substytutu, zamiast zebrać się na odwagę i matce to zapropono...
— Izka! Ty perwersjo! Nie chcę tego słyszeć!!!
— No co? Przecież nikomu nic nie ubędzie, jeśli gnojek...
— Izka! Zamknij się! Może jeszcze powiesz, że każda nastolatka marzy o seksie z ojcem?!
— Nie — dziewczyna pokręciła głową. — Bo to nie­prawda. Dlatego ty szukasz kogoś w twoim wieku, a nie tatuśka czy dziadka 
Dlaczego w cieplutkiej i przyjaznej powieści pani Kasi mamy zachętę do kazirodztwa.
Jestem co najmniej zdziwiona.
Seksizmu oczywiście nie mogło zabraknąć. 

— Iz-za, ty to w-widzisz? — chlipała spod biurka Ewa
— W-widzisz, o co w pierw-wszym mailu p-pyta niezna­jomą nob-bliwy biznesmen? „Bierzesz do buzi? — bo to warzne?" „Warzne"! Iz-za, zrób c-coś, bo przepona m-mi pęknie, „warzne"! O jejuniuuuu...
Ewa chyba nie wchodzi za dużo do internetu, skoro ten ortograf wywołał taką reakcję.

Izabela zapytała o "Jagódkę".
— Jagódkunia zajęła pierwsze miejsce na liście prze­bojów. Jest najczęściej recenzowaną książką kwartału, i to dobrze recenzowaną. Karolinę zapraszają wszystkie telewizje, chcą z nią robić świąteczne wywiady, proponu­ją jej prowadzenie programów — dla koniarzy, dla mło­dych talentów, takie tam. Stwierdziła, bidulka, że powoli zaczyna ją przerastać ta popularność i że obiecałam jej anonimowość. Niczego takiego nie obiecywałam, bo by­łam pewna, że stanie się gwiazdą, wiesz, po tych banerach na Pałacu Kultury i samolotach z transparentami... 
A to też trochę słabo, bo ponoć Karolina jest twoją przyjaciółką, dlaczego więc zrobiłaś z niej gwiazdę, jeśli chciała anonimowości?
Ile polskich pisarek zostało celebrytkami prowadzącymi programy telewizyjne? Zdaje mi się, że statystyki wyglądają słabo.
Dodatkowo, to "Jagódka", przepraszam, "Jagódkunia", ukazała się też w naszym świecie. I nie widzę Katarzyny Michalak na każdym kanale prowadzącej programy dla koniarzy.
Po wizji takiego sukcesu kontakt z rzeczywistością musiał być dla Kejt bardzo bolesny.

Mamy jeszcze wspomniane, że Ewa planuje rozkręcenie akcji propagującej oddawanie szpiku, a potem przechodzimy do kolejnej rozmowy przyjaciółek.
— Jak Fasolka? — Iza klepnęła przyjaciółkę w powoli zaokrąglający się brzuch. — Kopie?
Kto nazywa dziecko fasolką.
— Taa... Pomaga odśnieżać podjazd...
— Tatusia znalazłaś?
Czyli Izabela wie o tym planie wrobienia w ojcostwo? To w tym świecie naturalne i normalne, tak?
— Nie. Nie biorę do buzi, a to „warzne".
— Ewka! Do końca życia będziesz mi wypominała tego palanta?! Swoją drogą, że facet wstydu nie ma Pokazuje swoją facjatę w necie i takie teksty rzuca.. Wiesz, kto by mi do ciebie pasował?
— Proszę, tylko nie królewicz Pluj...
- Witek.
Dlaczego ona pamięta losowego kolesia, który pomógł im z samochodem na drodze, i jeszcze swata go z Ewą. Przecież ona nie wie, że oni utrzymują kontakt.
Ewa zakrztusiła się herbatą.
— Który Witek? Co za Witek? — zapytała, udając zdzi­wienie.
— Ten wybawca Dobrze mu z oczu patrzyło... Ejjjj, spójrz ty na mnie... „Który Witek, co za Witek"?! Spotyka­cie się?! Mów! Opowiadaj! Ukryłaś taki super-hiper news przed najlepszą przyjaciółką?! Mów, bo się zdenerwuję!
W sumie to ja też nie wiem, dlaczego zataiła tę przyjaźń.

Ewa nagle wpada w jakiś dziwny myślotok.
Wczoraj powtórzyła seans piękności, jaki kiedyś za­ fundowała jej Karolina, tyle że we własnej łazience i swo­imi skromnymi środkami. Podkręciła włosy, machnęła delikatny makijaż, wyciągnęła z dna szafy małą czarną, w którą swego czasu odziała ją Iza, na koniec skropiła się cudnymi perfumami Baby Doll, które podarował jej na urodziny Andrzej. I... patrzyła na efekt swych poczynań z mieszaniną dumy i żalu.
— Gdybym wyglądała tak jeszcze rok temu, może by mi się udało — szeptała do swego odbicia. — Może bym go zdobyła... Teraz mogę powdzięczyć się do lustra Witoldo­wi wystarczy moja piękna dusza...
Wiedziała, że jest podła i niesprawiedliwa w stosunku do tego człowieka. Wiedziała, że krzywdzi Witolda, spo­tykając się z nim, a jednocześnie marząc o innym, i... cóż, nic nie mogła na to poradzić.
Dlaczego to źle, że facet leci na jej duszę, a nie tylko na wygląd?
I dlaczego zakłada, że Andrzej na pewno chciałby z nią być, gdyby tylko była piękniejsza. I o co w ogóle chodzi  z tym "zdobywaniem", to brzmi jakby chciała z nim być wbrew jego woli. No nie wiem, czy to takie wielkie szczęście.
Jak nic nie mogła poradzić? Może przestać go widywać, jak ma problem. Poza tym ona utrzymuje, że łączy ich tylko przyjaźń, dlaczego więc jej miłość do Andrzeja miałaby być nie w porządku? Czy miłość do Andrzeja jest nie w porządku wobec Izabeli?

Oszczędzę wam fragmentu, w którym Ewa opowiada Izabeli, że na święta sama sprezentuje sobie radiobudzik, bo od ponad roku o nim marzyła.
Nie, nie mam pojęcia, czemu go sobie wcześniej tak po prostu nie kupiła, mimo że taki szajs kosztuje może z dwie dychy.
  
A teraz, moi drodzy, uwaga.
Przedstawiam wam mój ulubiony, najulubieńszy fragment Jagódki. A pamiętajcie, że mieliśmy już do czynienia w tej powieści z kilkoma wizytami Katarzyny Em jak Michalak w wydawnictwie. 
Nie przedłużając:
Ewa mówiła prawdę: „Lato w Jagódce" miało się zna­komicie. W opinii czytelniczek, bo już z recenzjami zawo­dowych krytyków, nie mówiąc o internetowych forach, gdzie każdy anonimowo mógł wylać kubeł pomyj a to na książkę, a to na autorkę, było różnie.
Nie pokazywała tych recenzji Karolinie. Wystarczająco bolały ją samą. Po którejś, oceniającej Jagódkę" jako „lite­raturę dla kucharek", jednak nie wytrzymała Wpadła jak burza do pokoju Andrzeja i cisnęła mu periodyk pod oczy. W duchu ucieszył się, że nie w twarz.
— Patrz, patrz, co oni wypisują! To dobra książka Uro­cza, ciepła, o miłości i marzeniach. A oni robią z niej harlequina dla kucharek. Już mniejsza, że obrażają kucharki...
— Wiesz, jeśli nadal magistra będzie można kupić za parę złotych, to niedługo będziemy mieć kucharki lepiej wykształcone od tych magistrów.
— Nie zmieniaj tematu! Co mnie obchodzą niedoucze­ni magistrowie! Patrz, co z mojej ukochanej Jagódki" po­żal się Boże recenzenci robią!
— A czego się spodziewałaś po grafomanach? — An­drzej uniósł brwi w udawanym zdumieniu.
— Grafomanach?
— A jak myślisz, kto pisze recenzje? Czy pisarz, praw­dziwy, wydawany pisarz, ma czas i chęci obrzucać błotem innego pisarza? Odpowiadam: nie ma Bo pisze następny bestseller albo ma spotkanie z czytelnikami w Empiku, albo akurat skończył pracę nad książką i ledwo zipie. I nie może patrzeć na Worda Grafoman natomiast ma czas na wszystko. Na pseudoliteracki bełkot, który rozumie tylko on sam, i na wylewanie pomyj na tych, którym się udało. Nie pokazujesz tego, mam nadzieję, Karolinie? — zanie­pokoił się nagle.
— Coś ty! Załamałaby się dziewczyna i nie napisała na­stępnej książki. Wystarczy, że ja muszę to czytać!
— Ewuś, nie ekscytuj się — zmitygował ją Andrzej, w głębi ducha równie zdegustowany jak ona, ale i rozba­wiony jej zacietrzewieniem. — Słuchaj, mam kumpelkę, która jest literatką, rozumiesz, przez duże L. Niespełnio­ną literatką na dodatek. Do niedawna nie było miesiąca, w którym nie przysłałaby mi jakiegoś swojego „dzieła", z nadzieją, że je wydam. A wysyłała nie tylko do mnie. Do każdego wydawnictwa na naszym globie próbowała pukać z tym, co spłodziła, ale nikt nie reflektował na arcydzieła koleżanki literatki.
— Jesteś trochę okrutny — zauważyła Ewa.
— Okrutna to była ona, każąc mi czytać te wypociny.
— Musiało jej bardzo zależeć...
— Kochana, jeśli nie masz słuchu, nie próbujesz śpie­wać w chórze. Jeśli nie masz talentu pisarskiego, trudno, zajmujesz się haftem artystycznym. Puentuję. Któregoś dnia poddała się. Wiesz, co oznajmiła wszem wobec? Że kończy z pisaniem i zajmie się krytyką literacką. Stąd właśnie biorą się twoi prześladowcy. To niedoszli pisarze, którzy nienawidzą książek i ich autorów, szczególnie tych, którym się udało. Ludzka zawiść jest jak wszechświat. Nieskończona. Karolina napisała powieść nie dla kryty­ków literackich — ci tolerują tylko to, co sami okrzykną arcydziełem — ale dla kucharek właśnie, i chwała jej za to. Kucharkom też chwała, że kupują i czytają. Jeśli chcesz wydać arcydzieło, nagradzane przez krytyków, o, tutaj je masz... — Otworzył plik, który Ewa dostała w dniu ogło­szenia konkursu na bestseller.
— „Oda do brudnego okna" — przeczytała półgłosem.
— „Ludzkie twarze są jak brudne okna". — I zaczęła się śmiać. — Andrzej, litości!
— Serio! Może kupi to dziesięć osób na krzyż, ale kry­tycy literaccy docenią głębię tego dzieła.
— No dobra, wygrałeś.
— Nie, to t y wygrałaś, moja kochana Właśnie dosta­łem rozliczenie ze sprzedaży "Jagódki". Jeszcze dziś dosta­niesz przelew.
Czyste piękno, prawdziwy diament, ideał.
Aż trudno ubrać w słowa reakcję na te wspaniałości.
Z pewnością zaznaczę, że Katarzyna Michalak ma koordynatorkę, która przegląda wszystkie komentarze na jej blogu i nie publikuje tych negatywnych, żeby Kejt nie musiała na nie patrzeć. Nie czyta także negatywnych recenzji; ma wybrane kilka blogów, które wychwalają ją pod niebiosa, i tylko ich autorki określa jako zaufane. Wielokrotnie narzekała także na "złych hejterów z forów internetowych" hejtujących ją z zawiści.
W tym fragmencie mamy w sumie takie the best of bekowe przekonania AutorKasi o krytyce literackiej. 
Na dokładkę jeszcze to przeświadczenie, że każdy recenzent musi mieć ambicję zostać pisarzem. Odsyłam po raz kolejny do, linkowanego już w jednym z poprzednich odcinków, wywiadu, w którym Kejt wyrażała pewność, że każdy uczeń licealnej klasy humanistycznej ma ambicję zostać pisarzem. Czekam, aż ogłosi, że każde dziecko nauczone stawiania liter ma ambicję zostać pisarzem.
I matko, jeszcze ten pojazd po dziełach, które otrzymują pozytywne recenzje! Istna wisienka na torcie! "Nie chcecie się ze mną bawić? Jesteście gupi! I tylko gupki się z wami bawią! - powiedziała Katarzyna Michalak i zabrała swoją literaturę do innej piaskownicy".
Cóż mogę jeszcze powiedzieć? Chyba tylko radzić Kejt spróbować z haftem artystycznym.

Przelew opiewa na pięćdziesiąt tysięcy. Pozostałe do spłaty kredytu sto oferuje się pożyczyć Witold. Potem mamy dziwną rozmowę.
znalazłaś już kandydata na ojca? — zapytał od niechcenia, biorąc do ręki kubek z herbatą
Energicznie pokręciła głową
— Sami dewianci i melepety. Żaden nie nadaje się na­wet na wujka, co dopiero na ojca.
— A Andrzej?
— Oooch, Andrzej... — Ewa spuściła głowę, skubiąc rąbek serwetki. — On jest zajęty Karoliną. Choć prop... — w porę ugryzła się w język. Propozycja Andrzeja była zbyt wielkoduszna i absurdalna, by ją wspominać przy obcych. — Może ty byś reflektował? — zręcznie zmieniła temat. I roześmiała się natychmiast, by przez myśl mu nie przeszło, że pyta serio.
— Bardzo bym chciał, ale niestety — westchnął drama­tycznie — jestem melepetą. Nadaję się co najwyżej na wujka
— Nie jesteś melepetą! — zaprzeczyła gorąco. — Umiesz naprawić kran! I gniazdko elektryczne! Sam zakupy ro­bisz! Gotujesz pyszne zupy — do dziś pamiętam twój ro­sół, który przyniosłeś mi miesiąc temu. Sprzątasz, pie­rzesz, prasujesz... Jesteś supermenem, nie żadną melepetą! Założę się, że potrafiłbyś zmienić dziecku pieluszkę...
Co za ludzie rozmawiają w ten sposób?
Czynności, które wymieniła Ewa, to nic nadzwyczajnego. Rzeczywiście, musiała mieć pecha do facetów, skoro tak chwali Witolda za przeciętność. 

Na tym dzisiaj skończymy. 

6 komentarzy:

  1. Jak to kto nazywa dziecko fasolką? Wszystkie mamusie na Kafeterii!

    OdpowiedzUsuń
  2. Kult "Jagódki" zaistniał wyłącznie dzięki znajomościom Andrzeja i Ewy (która sama stwierdza, że kilkoma telefonami mogłaby wstrzymać sprzedaż), a internetowy "hejt" to komentarze i recenzje ludzi nieprzekupionych. Już sam ten fakt mówi o wątpliwej jakości książki.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Słuchaj, mam kumpelkę, która jest literatką, rozumiesz, przez duże L. Niespełnio­ną literatką na dodatek. Do niedawna nie było miesiąca, w którym nie przysłałaby mi jakiegoś swojego „dzieła", z nadzieją, że je wydam. A wysyłała nie tylko do mnie. Do każdego wydawnictwa na naszym globie próbowała pukać z tym, co spłodziła, ale nikt nie reflektował na arcydzieła koleżanki literatki."
    Dlaczego ten fragment tak bardzo kojarzy mi się z historią Kejt o tym jak wydała swoją pierwszą książkę? :>
    Dodatkowo naprawdę rozbawił mnie fragment w którym opisano jak powstają hejterzy. Po raz kolejny mam okazję zastanawiać się nad tym w jakim świecie żyje Kejt, bo trudno uwierzyć w to, że każdy, ale to każdy krytyk literacki pisze negatywne recenzje z zawiści do innych. Już pominę fakt, że recenzje też trzeba umieć napisać, a recenzje nacechowane osobistą niechęcią do autora czy autorki nie uchodzą za racjonalne. Uczy się o tym każdy uczeń już w gimnazjum.
    Hejt na Kejt, skoro uważa negatywne opinie za zazdrość sukcesu, zamiast wyciągać z nich jakieś wnioski i poprawiać swoje książki.
    Co do komiksu analizy, zabił mnie komiks w którym Iza każe się śmiać ze swojego suchego żartu. :D

    PS Biedny wydepilowany struś.

    Thorinanei

    OdpowiedzUsuń
  4. Autorka rzuca stereotypami na prawo i lewo, ale to u niej normalne:p Właściwie to szkoda nawet komentować jej poglądy, moralność czy kompletny brak poczucia rzeczywistości, bo to oczywiste. Dodam tylko, że z tą koordynatorką pewnie masz rację;) A co będzie tracić czas na czytanie recenzji, zamiast tego machnie kolejną książkę, a opinie starannie przejrzane i wybrane poczyta w celu podtrzymania wygórowanego ego:P
    Analiza świetna, zwłaszcza struś z ogolonymi nogami^^ Czekam na kolejną część;)

    OdpowiedzUsuń
  5. ,,Kogo nabiorę na nowy look? Bo przecież nie... Oj, zapomnij o nim wresz­cie! Masz znaleźć ojca dla Ociupinki. I to na gwałt!!! O, znów dzwoni... Witold..."
    Określenie ,,na gwałt" jest tu nazbyt dwuznaczne.

    OdpowiedzUsuń