O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Przyszło mi do głowy, żeby publikowane wcześniej na forum analizatorskim dzieUo opublikować ponownie, tym razem na swoim własnym blogasku. Tutaj też będą się pojawiać (mam nadzieję) moje kolejne wariacje na temat opek i analiz. Pierwsze odcinki wyglądają strasznie źle, ale nie bójcie się, dalej jest tylko bardzo źle.

Komiks pojawia się w poniedziałki lub wtorki, zależnie od weny i nastroju aŁtorki.

A zdjęcia słodkich margajów do galerii możecie przesyłać mi na esia221@gmail.com ;)

2 października 2015

Komiksoanaliza "Roku w Poziomce" Katarzyny Michalak - część siódma

Czas na kolejne spotkanie z prozą naszej ulubionej pisarki.

Tekst oryginalny ciemnosiwy lub czarny, tekst mój czerwony lub fioletowy.

Zaczyna się rozdział "Luty", jak zwykle kursywą.
Otóż chrzanię ekologię! Może ona jest i dobra na Florydzie, gdzie na­wiedzone elegantki mogą szpanować w sztucznych norkach na­rzuconych na kostium bikini, ja jestem zmarzluch i muszę mieć ciepłe odzienie, gdy mróz dokoła taki, że oczy zamarzają. I mózg. Kupiłam więc na Allegro nadjedźmy przez mole kożuszek z ba­rana i z upodobaniem chodziłam w nim całą zimę. Do dziś. No i od dziś. Bo minus dziesięć to nadal bardzo, bardzo zimno.
Ale nie o tym chciałam.

A cóż jest nieekologicznego w zakupie z drugiej ręki kożucha z już i tak zabitego przecież barana? To właśnie zakup sztucznego futra, którego produkcja jest nieekologiczna, posiadając futro naturalne, byłby nieekologiczny.
Coś czuję, że to był tylko pretekst do pojazdu po mieszkankach Florydy.

Dalej kursywą:
Po drodze [...] spotkałam... zjawisko. [...] Było kobietą przed czterdziestką. Wysoką i szczupłą. Tlenioną blondynką w pełnym makijażu. Całkiem ładną. Wysiadło z terenowego wo­zu, w kozaczkach na dziesięciocentymetrowym obcasie (breja po kolana), w krótkim kożuszku ze srebrnego lisa, rozpiętym z przo­du (bo odwilż przecież). Pod spodem miało top na ramiączkach (odwilż) i obcisłe biodrówki z czarnej skóry. Ale to jeszcze nie wszystko, choć już zwracało powszechną uwagę klientów minimarketu. Otóż zjawisko trzymało pod pachą dwa yorki w ubran­kach imitujących srebrnego lisa. Tylko makijażu, kozaczków i obcisłych skórzanych spodenek im brakowało. Za to miały kokardki. Na główkach. Dla owych yorków zjawisko kupiło dwa kabanoski. I kawalątek pasztetu dziadunia. Pożegnało się i wyszło. 
I nie ono samo w sobie było dziwne, ale zupełny brak ko­mentarzy z ust mieszkańców Urli. A to bardzo mi się spodoba­ło. Może kiedyś też odważę się na jakąś ekstrawagancję. Dzika śliwka na włosach?
Cieszy mnie, że główną bohaterkę książki cieszy brak komentarzy na temat stylu tej pani, a jednocześnie dziwi mnie jej zdziwienie. Zwłaszcza że mieszkała wcześniej w mieście, a to zwykle z mniejszymi miejscowościami kojarzy się obgadywanie sąsiadów. Może zdziwiona była nie dlatego, że z doświadczenia znała inne zachowanie a dlatego, że to co słyszała o małych miasteczkach okazało się mitem?
Nie do końca wiem, jak to interpretować.
I w sumie to nie wiem, skąd Ewa zna adres pani w kozaczkach.

I wciąż kursywą:
Liwiec jest skuty lodem. Gdy wędkarze wybijają przeręble, biedne podduszone ryby tłoczą się, by zaczerpnąć choć łyk powie­trza. Są łatwą zdobyczą. Szkoda mi ryb. Saren, zajęcy, dzików, lisów, ptaków... Człowiek jakoś sobie poradzi, zawsze sobie radzi, a zwierzęta nie. Owszem, są dokarmiane przez myśliwych, żeby później mieli na co polować — zadziwiająca logika postępowania, a jaki altruizm! — ale przecież nie wszystkie. Takie lisy — też chcą żyć. Też muszą jeść.
Troszkę mi to stoi w sprzeczności z deklaracją o chrzanieniu ekologii.


Tak, nasza bohaterka w piątym miesiącu ciąży pakuje się w zaspy.
Ma śnieg w majtach.

A teraz przed nami kolejna wspaniała scena, z top10 najbardziej patologicznych fragmentów książki.
Otóż Witold i Andrzej  podejmują decyzje na temat związku Ewy z jej gwałcicielem.
Tak, to brzmi jak wszystko co jest nie tak ze światem w jednym zdaniu.
— Cześć.
— O, cześć, Witek. — Andrzej oderwał wzrok od ekranu komputera. Przetarł zaczerwienione powieki. — Co ty tu robisz? Ewa jest w szpitalu.
— W szpitalu?! Co się stało?! — Witold gotów był zro­bić w tył zwrot i pędzić do szpitala.
— Uspokój się, nic. Dziś jest kolejny przeszczep „jej" pacjenta i chciała tam być. Jak i przy poprzednich.
— No, no, medialne zwierzę się z naszej nieśmiałej sie­rotki robi — Witold  wyrzekł to z mimowolnym przekąsem. Andrzej rzucił mu ostre spojrzenie.
— Ona nie robi tego na pokaz. Media nic nie wiedzą. Po prostu Ewkę cała ta akcja uszczęśliwia. Wcale jej się nie dziwię... — wrócił spojrzeniem do komputera
— Co tu tak pusto? — Witold rozejrzał się po cichym biurze. Nie było, oprócz Andrzeja, żywej duszy.
Tak, wiem, że na razie jest nudno. 
Jeszcze chwila...
— Dałem wszystkim wolne. Korzystam z nieobecności Ewki, żeby spokojnie popracować. Bez tabunów gości, in­teresantów i dziennikarzy. Wiesz, ktoś musi na te wszystkie jej pomysły zarabiać, a teraz, w kryzysie, nie jest to łatwe.
— To na bessie też można zarobić?
— Można Jeśli się wie jak. Ja wiem. Ale mówię: nie jest to takie łatwe jak jeszcze rok temu. Czekaj, trzymam na muszce ciekawe akcje. Ty mów, a ja będę je kontrolował.
Dalej zachwyca mnie, jak praca Andrzeja to po prostu "zarabianie na giełdzie". AutorKasia musiała gdzieś usłyszeć, że jest kryzys, więc dała, że teraz jest trudniej, i to wszystko. Widać, że Kejt nie zna się na ekonomii i nie udaje, że się zna. Bardzo to szczere. Szkoda, że z innymi tematami nie robi tego samego.
— Co mam mówić? — Witold podszedł do regału i wziął do ręki statuetkę ze złotym orłem, pewnie jakieś giełdowe trofeum gospodarza
— To, z czym przyszedłeś. Bo przecież nie wpadłeś to­warzysko. Na kawkę.
— Może szukam Ewy?
— Zwykle wiesz, gdzie ją znaleźć. Mów. Witold przez chwilę zbierał się w sobie, wreszcie za­czął:
— Ty znasz Ewę dobrze, a nawet lepiej...
— O ile kobietę można w ogóle znać.
Taki delikatny seksizm, wstęp do poważniejszego szajsu, jaki mamy przed sobą.
— Gdybyś był na jej miejscu, co byś wolał: by twój uko­chany leciał na każdą laskę, która wpadnie mu w oko, czy żeby leciał na twoje pieniądze?
Andrzej powoli odsunął się od biurka razem z obro­towym fotelem i wreszcie z całą uwagą spojrzał na swego gościa
— Gdybym był na jej miejscu — odparł po chwili — wo­lałbym, by zazdrosny palant trzymał się z daleka od moje­go życia Tak, tak, to o tobie.
Witold zacisnął szczęki.
— Bawimy się w psa ogrodnika? Sam nie możesz, to drugiemu nie dasz? — zapytał Andrzej.
— Myślałem, że ci na niej zależy.
— Bo zależy. Ale wierzę w jej inteligencję. A jeśli zgłu­piała czy hormony zalewają jej mózg, w intuicję. Ewka nie jest idiotką. Wie, że piękny Daniel nie zakochał się w jej... — urwał, wiedząc, że staje się nielojalny. Nagle zapytał:
— Skąd wiesz o laskach, na które ten facet leci, czy o jej pieniądzach? Ona jak na razie ma same długi.
— Niedługo się odkuje. Zresztą... zapomnij. Nic nie mówiłem.
— Jak mnie to wkurza! — Andrzej palnął otwartą dło­nią w blat stołu. — Przychodzisz tutaj, mimo że mam dzień wolny, rzucasz insynuacje, a gdy proszę o dowody, „nic nie mówiłem". Albo rozmawiamy poważnie o naszej wspólnej znajomej, albo odgrywasz primabalerinę. Ale to już sam. Za drzwiami.
— Masz rację. Przepraszam. Prześledziłem historię związków kapitana de Veera w internecie. Ma na koncie albo blond piękności, pasujące do jachtu, albo bogate podstarzałe rozwódki. Utrzymanie jachtu jest kosztowne...
— Coś o tym wiem — mruknął Andrzej. — I z tym chcesz wyjechać przed Ewą? Że skoro nie jest blond pięknością, to dojną krową? Witek, litości!
— A pozwolisz swej przyjaciółce brnąć w ten związek? Andrzej oparł się na fotelu z rękami splecionymi na karku. Długą chwilę patrzył przyjacielowi prosto w oczy.
Witold miał rację. Jeśli Ewa pozwoli się oczarować bawidamkowi, znów będzie cierpieć. Zasłużyła na coś więcej niż słodkie kłamstwa i łzy, którymi musi się to skończyć.
— Masz jakiś pomysł?
— Mam — odparł z wahaniem Witold. — Jeśli któryś z nas otworzy jej oczy, znienawidzi ciebie albo mnie. Lecz jeśli sypnie się sam książę...
— Jak go zmusisz? Porwiesz i torturami wyciągniesz zeznanie? Ewa odsłucha, mdlejąc przy krzykach i jękach, ale tylko na chwilę, po czym rzuci się tobie w ramiona, pal sześć torturowanego, i będziecie żyli długo...
— Przestań. Trzeba się dowiedzieć z kim, gdzie i kiedy Daniel się spotyka i, zupełnie przypadkiem, znaleźć się w tym miejscu o tej godzinie z Ewą.
— I co w tym trudnego? Wynajmij detektywa i przy­prowadź Ewkę na miejsce zbrodni.
— To wyda się jej podejrzane. Ty musisz ją przypro­wadzić.
— Ja?! — Andrzej poderwał się z miejsca — Dlaczego ja?!
— Pocieszysz ją po wszystkim. — Witold spojrzał na niego wzrokiem spaniela — Przecież zależy ci na niej.
— Nie mniej niż tobie — odmruknął Andrzej. Właściwie nie była to żadna zbrodnia.. — Masz na oku jakiegoś de­tektywa?
Witold odetchnął. W następnej chwili, nieco stropio­ny, podawał przyjacielowi karteczkę.
— Przyznam, że już się tym zająłem. Piękny Daniel umówił się dziś na randkę z równie piękną Iloną Rybnik, tą gwiazdeczką. W uroczym kameralnym zakątku na Sta­rówce, Rozmarynie. O osiemnastej. 
Andrzej z westchnieniem rezygnacji wziął karteczkę, przeczytał i schował do kieszonki na piersi.
— Może spal to czy co?
— A może mam połknąć? — rozeźlił się mężczyzna. — Spokojna głowa, przyjacielu, robiłem dziwniejsze rzeczy niż wystawianie niewiernych kochanków przyjaciółkom. Natomiast po tobie bym się tego nie spodziewał. Taka cicha woda... Prawy i szlachetny Witold Jasielski. Śledzi obcego faceta i nasyła na niego ukochaną No, no, no... 
Tak.
Możemy założyć, że Witold nie wie o gwałcie, bo w sumie nigdzie nie było napisane, żeby Ewa mu o nim opowiedziała. 
To zdaje się odejmować mu trochę punktów patologii. Choć wcale niekoniecznie. Gdyby wiedział, że Ewa spotyka się ze swoim gwałcicielem, zrozumiałe byłoby, że chce ten związek zniszczyć.
Jeśli jednak o gwałcie nie wiedział, to dlaczego uważa, że ma prawo decydować, z kim będzie spotykać się jego przyjaciółka? Dlaczego uważa, że powinien myśleć za nią? Rozumiem wątpliwości wyrażone w rozmowie z nią, ale kręcenie całego szwindla za jej plecami?
Brzydzi mnie to. 
Dlaczego on siebie nazywa jej przyjacielem?
Jak komentować reakcję na związki Daniela sama nie wiem, bo z jednej strony w związkach z atrakcyjnymi kobietami/ bogatymi rozwódkami nie ma nic złego, jeśli obie strony zgadzają się na takie układy, ale... mamy do czynienia z gwałcicielem (o czym ta książka chyba zapomniała). I szczerze mówiąc, nie mam ochoty tej postaci bronić w kwestii relacji damsko-męskich.

No nic.
Realizują ten plan oczywiście. Andrzej idzie z Ewą do Rozmarynu, a za chwilę wchodzi Daniel ze swoją dziewczyną i zaczynają się lizać. 
— O ja nie mogę, Daniel! — wyszeptała, chowając się za Andrzeja — O jaaa...! Całuje się z jakąś laską! I śmiem domniemywać, iż nie jest to jego siostra!
Dlaczego lizanie się z siostrą byłoby lepsze?
Jej towarzysz słuchał z coraz większym niedowierza­niem. Gdzie krzyk ranionej łani?! Gdzie odgłos łamanego serca?! Gdzie...?! Ewa wyglądała na zaskoczoną, owszem, ale i zadowoloną!!
— Daniel? — zapytał wolno.
— Taaa. Ojciec mojego dziecka — nadal szeptała kon­spiracyjnie. — Nie wie o tym. Przystawiał się do mnie od paru tygodni, a ja nie wiedziałam, jak go spławić. Pozwo­lisz mi na małą scenę?
I teraz właśnie widać całą durnotę tego planu. Gdyby Witold porozmawiał z Ewą, dowiedziałby się, że wcale nie ma ona ochoty na ten związek, tylko nie ma odwagi kazać gwałcicielowi spadać (borze, jak to brzmi) i razem wpadliby na coś, co jak głupie by nie było, na pewno nie tak głupie jak prywatny detektyw i podchody w restauracji.
A scenę tak sobie wyobrażam:

 
— N-nie krępuj się — odszepnął.
Ewa wstała tak raptownie, aż krzesło huknęło o ścianę. Goście spojrzeli na nią. Daniel również. I nagle migdałki pięknej blondynki przestały go interesować. Ewa szła ku nim odziana w gniew, niczym Furia. Oczy ciskały błyskawice. Palce zaciskały się niczym szpony, żąd­ne czyjegoś gardła. Mógłby przysiąc, że zgrzytała zębami, a może nawet szukała spluwy przy pasie.
— Ewa! Ewuś! — Wstał i on, z nieco niepewnym uśmiechem na twarzy. — Co ty tu...? Cieszę się, że cię wi­dzę! Poznaj, proszę, moją... — Myśl, facet, myśl! Z kim mógłbyś całować się namiętnie i niewinnie zarazem? — ...moją terapeutkę!
Ewa stanęła jak wryta dwa kroki od niego.
— Terapeutka?! — wykrzyknęła z najwyższym zdumie­niem i... nagle zaczęła się śmiać. Serdecznie, z całego serca.
— Daniel, jesteś niesamowity! Nawet ja, przy mojej bujnej wyobraźni, nie wymyśliłabym czegoś takiego. Terapeutka! Wymaz z gardła ci pobierała czy badała stan uzębienia?!
Nie mogę... — kwiliła, ocierając oczy.
A co te czynności mają wspólnego z pracą terapeutki? 
— O co tu chodzi? — Tym razem chciała wiedzieć „te­rapeutka". — Jeszcze wczoraj byłam twoją dziewczyną, pieprzyłeś się ze mną, aż wióry szły, dziś jestem pielęg­niarką?
— Terapeutką — poprawiła ją Ewa.
— Wszystko jedno! O co tu chodzi, Danny?!
— Danny? — Ewa oparła się o ścianę, bo byłaby upad­ła. Nie do końca wiedziała, co ją w tej całej sytuacji tak śmieszy, ale nie potrafiła opanować wesołości. Andrzej postanowił interweniować, póki sytuacja całkiem nie wymknie się spod kontroli. Za chwilę bowiem ktoś oberwie po buzi. Tego był pewien. Odciągnął nieopierającą się Ewę do stolika. Narzucił jej na ramiona kożuszek z wyliniałego barana, zapłacił i szybko wyprowadził ją na zewnątrz.
— Jesteś nienormalna — sapnął, wepchnąwszy Ewę do samochodu. — Każda inna obiłaby łajdakowi twarz, a ta się śmieje jak idiotka.
Co nie?
Czuję się zawiedziona.
— Śmiech to zdrowie — odparła pogodnie. — A twarz niech mu obija terapeutka. Ja jestem w ciąży.
— A co to ma do obijania?!
— Muszę unikać zbędnego wysiłku — wyjaśniła z god­nością 
Nie no, super, że sobie przypomniałaś, że jesteś w ciąży po tym, jak przebiegłaś zaśnieżony las. Brawo. Lepiej późno niż wcale.
I znów zaczęła się śmiać. Przez szum silnika sły­szał, jak powtarza: — Terapeutka! Czy wy wszyscy, mówię o samcach, tak głupiejecie, gdy się was przyłapie na gorą­cym uczynku? — zapytała naraz ciekawie.
Andrzej rzucił jej mordercze spojrzenie. Gdy Jola robi­ła mu scenę, faktycznie głupiał. I przy Hance, a wcześniej, gdy zdradził Monikę — też. Za każdym razem głupiał tak samo i wymyślał podobnie idiotyczne wytłumaczenia, zamiast otwarcie powiedzieć: tak, zdradziłem cię i żałuję albo nie żałuję.
— Wy, samice, jesteście niby mądrzejsze?
— Ja nigdy nie miałam takiej sytuacji, ale myślę, że tak. Byłabym mądrzejsza. I uczciwsza. Najpierw powiedziałabym partnerowi, że odchodzę, potem dopiero bawiłabym się w lekarza z innym.
No, ale Andrzej mówi o sytuacji przyłapania na gorącym uczynku, w której wcale nie sądzę, żeby faceci głupieli, a kobiety nie, raczej ludzie, którzy głupieją w stresowych sytuacjach głupieją, a ci bardziej odporni na stres nie.
Ewa za to mówi, że sama nigdy by nie zdradziła i z tego wyciąga wniosek, że faceci wymyślają głupoty przyłapani na zdradzie. Ja nawet nie wiem, którędy jej się to udało.
Wynika z tego jakby naraz zakładała, że kobiety nie zdradzają i że przyłapane na zdradzie nie zaczną zmyślać głupot.
Mam wrażenie, że rozmowa jest tak naprawdę o uczciwości i wplecenie w nią seksizmu amputowało jej sens.

 
— A gdybyś nie chciała odejść? Ot, zabujałabyś się w jakimś kolesiu, zapragnęła odrobiny szaleństwa, ale bez niszczenia stałego związku?
— I co? Miałabym dwóch naraz?
— Chwilowo tak.
Ewa znów zaczęła się śmiać.
— Andrzejku — poklepała go po ręce. — Gdybym chciała mieć podwójny kłopot, kupiłabym sobie strusia Wierz mi, struś to wredne zwierzę. Niemal tak wredne jak facet.
Andrzej posłał jej wściekłe spojrzenie.
— Jutro kupię ci strusie jajo. Możesz je kochać, przytu­lać i nazywać Dżordż. I już nigdy nie będziesz sama
Po raz drugi w tej analizie zwyczajnie nie mam nic do dodania. 
Te słowa: "Jutro kupię ci strusie jajo. Możesz je kochać, przytu­lać i nazywać Dżordż. I już nigdy nie będziesz sama" zwyczajnie są piękne same w sobie. Można by to wygrawerować na pierścionku, wytatuować sobie na klacie, założyć im religię. Nie mam siły mierzyć się z taką potęgą.

Nasza ukochana protagonistka po raz kolejny biega nocą po lesie (nocą, żeby nie widzieli jej zboczeńcy) (tak, naprawdę), a po powrocie do domu zastaje w nim swoją babcię, która ponoć chciała uprzedzić telefonicznie o swoim przyjeździe, ale nie mogła się dodzwonić. 
Zaczęła jeść. Jej buzia nabrała kolorów. Oczy blasku. Włosy, matowe i łamliwe, nie potrzebowały widać żadnych cudo-magicznych szamponów z odżywką sto dwadzieścia osiem w jednym (technologia włókien węglowych i po­limerów, stosowana przy produkcji promów kosmicz­nych), lecz po prostu ciepłych posiłków o stałych porach, śniadań jadanych w towarzystwie babci, nie w biegu, obiadokolacji złożonej z dwóch dań, surówki i kompotu z suszu, który Ewa uwielbiała, i szklanki mleka z masłem i miodem na noc, którego zapach nieodmiennie kojarzył się ze szczęśliwym dzieciństwem na Koszykowej.
Zaczęła dobrze sypiać. W gładkiej i pachnącej pościeli, bo babcia była tradycjonalistką i nie uznawała jakiejś tam kory, która choć wygodna, była szorstka i niemiła w do­tyku, 
No to ja nie wiem, czy taka wygodna, jak szorstka i niemiła.
a poza tym co to za pościel bez krochmalu z mąki ziemniaczanej i solidnego maglowania. Ewusina pościel z kory powędrowała na strych, cieszyć mole, gdy tylko ockną się ze snu zimowego, piętro niżej Ewa zasypiała na białej, bawełnianej, obszytej koronką poduszce, 
To właśnie koronki są szorstkie.
pod taką samą kołdrą, którą babcia przywiozła z domu.  
Ogólnie wszystko co nowe fuj i niezdrowe, wszystko co starsze niż trzydzieści lat super fajne, a i raka by wyleczyło.

A dalej mamy wyjaśnienie, dlaczego babcia zamieszkała u Ewy.
— Romuald — mówiła o ojczymie Ewy — stwier­dził, że nie stać go dłużej na utrzymywanie darmozjada, czyli mnie...
— Tak powiedział?! — Ewa stanęła pośrodku ścieżki, zaciskając pięści.
— Dokładnie tak.
— A to drań! Przecież oddajesz mu całą emeryturę!
— Oddawałam. Widzisz, trochę pogorszyło mi się z ser­cem i leki zaczęły pożerać moje skromne dochody, tak że na czynsz dla Romualda już nie starczało...
— Ma obowiązek cię utrzymywać!
— Nie ma, Ewuniu, i dobrze o tym wiesz. To obcy czło­wiek...
— To mężuś twojej córki! Twój zięć!
— Moją córkę trzyma z łaski, mnie z tym większej.
No, póki co są małżeństwem, a przez niego matka Ewy nie pracuje, więc jakby to nie żadna łaska, że ją utrzymuje.
— I dobrze!
— Co dobrze? — zaniepokoiła się babcia Zosia. — Do­brze, że żyjemy z jego łaski?
— Nie! — Ewa zaśmiała się, choć nie było jej do śmiechu.
— Dobrze, że to powiedział, łobuz jeden, bo przyjechałaś do mnie i już tu zostaniesz, prawda, babuniu? — Dziew­czyna zajrzała błagalnie w błękitne oczy starszej pani, te­raz powilgotniałe od łez wzruszenia
— Ano zostanę, wnusieńko, bo gdzie ja się podzieję? Na Koszykową nie wrócę, bo gdzież utrzymam sześćdziesiąt metrów. O to mu poszło, że nie chcę przepisać mieszkania na jego syna. A ja, gdybym miała parę złotych na remont, to na własną córkę bym je przepisała, by nie musiała ką­tem mieszkać u byłego męża.
Ale to nie jest jej były mąż. Czy to myślenie życzeniowe, bo rozwód ewidentnie wyszedłby jej na dobre?
Ewie coś nagle przyszło do głowy. Miała pieniądze od Andrzeja, za książkę, odłożone na czarną godzinę...
— Mama też nie utrzymałaby tego mieszkania — zaczę­ła ostrożnie.
— Ej, nie doceniasz własnej rodzicielki! — Babcia Zosia pogroziła jej palcem. — Twoja mama od lat nie ma nicze­go swojego. Gdyby dostała Koszykową, którą kocha tak jak ty, doprowadziłaby tę ruinę do porządku. Teraz ponoć działa tam wspólnota mieszkaniowa. Mają remontować dach. Zwalczyć grzyb w pokojach i kuchni, zmienić insta­lacje, odrestaurować parkiet, odnowić łazienkę i mieszkanie byłoby piękne jak kiedyś. 
Okej, dobra, próbowałam szukać informacji w internecie, ale poniosłam klęskę. Całe życie mieszkałam na wsi w domu jednorodzinnym i nie mam pojęcia, jak funkcjonuje wspólnota mieszkaniowa, więc jak ktoś ma, proszę o informacje.
Chodzi o to, że na jednej stronie w tej książce babcia Ewy potrzebuje pieniędzy na remont, a na kolejnej cieszy się, że wspólnota mieszkaniowa remontuje jej kamienicę. Może nie ma jak się złożyć? 
Ale jeśli wymagana jest składka, to jak zaplanowano remont, wiedząc, że nie wszystkich mieszkańców na niego stać? 
Być może błądzę w tym wszystkim, bo temat jest dla mnie zbyt odległy, ale wydaje mi się, że coś tu nie ma sensu.
Ewa z nostalgią wspomniała przedwojenny trzypoko­jowy apartament na Koszykowej, w którym wychowało się parę pokoleń jej przodków. Po wojnie kamienica została skomunalizowana, dokwaterowano lokatorów, którzy nie dbali ani o dębowe parkiety, ani o secesyjne meble. Babcia Zosia i mama z małą Ewą zajmowały pokój po­łudniowy. Niewielki, ale bardzo słoneczny. Światło, ciepło, zapachy ze wspólnej kuchni i gwar za oknem — to właśnie Ewa kojarzyła z krótkim, szczęśliwym dzieciństwem. Potem nastały czasy Romualda L. Mroczne czasy dla małej dziewczynki i jej matki. A gdy nastała wolność i lokatorzy wyprowadzili się, starsza pani nie była w sta­nie utrzymać się ze skromnej nauczycielskiej emerytury i w końcu z bólem serca zamknęła Koszykową na cztery spusty, by zamieszkać kątem u zięcia. Dla niej również rozpoczęła się epoka mroku. Która trwałaby do końca ży­cia, gdyby nie... mały biały dom, Poziomka. I ukochana wnuczka. 
Wnusieńka.
Dlaczego nie wynajęła mieszkania innym lokatorom? Tak o sobie płaciła podatek? To już mogła tam zamieszkać.
Albo je sprzedać. 
Nic nie rozumiem.
Sytuacji matki Ewy nie komentuję, jest niestety dość realistyczna.
— Słuchaj, babuniu, gdyby mieszkanie nadawało się do użytku... Gdybyś przepisała je na mamę... Z czego ona by żyła? Do tej pory utrzymywał ją przecież Romuald. Czy mama potrafi cokolwiek robić?
— Wnuczko, bluźnisz! — zagrzmiała pani Zosia. — Twoja mama jest znakomitą tłumaczką! Może musiałaby sobie słownictwo przypomnieć czy język podszlifować, bo przecież czasy się zmieniają i teraz mówi się inaczej niż trzydzieści lat temu, ale jestem pewna, że miałaby co robić.
Ok, jednak nie tak realistyczna. Trzydzieści lat to całkiem sporo na wypadnięcie z rynku jako tłumacz.
I średnio widzę szanse zatrudnienia jako tłumacza dla matki Ewy, kiedy tłumaczy z angielskiego jest w Polsce dostatek i to nie takich, którzy od trzydziestu lat nie używali języka. Chyba powinna pomyśleć o innym zawodzie.
To, że mama z wyróżnieniem ukończyła anglistykę, Ewa wiedziała Po kimś miała przecież zdolności językowe. Jakoś tylko ten fakt pogrzebała w niepamięci, bo od ślubu matki z Romualdem widziała ją przy garach, praniu czy szorowaniu podłóg, nie z książką w ręku. Nie zauważyła, kiedy z młodej, pięknej, delikatnej kobiety Anna Lewińska zamieniła się w zmęczoną życiem posługaczkę. Podnóżek męża, który nie stronił od picia i bicia.
W ogóle to jednak dziwi mnie, że Romuald nie kazał swojej żonie zarabiać mu pieniędzy, bo nie sądzę, żeby miał opory przed zabieraniem jej ich, skoro emeryturę babci Ewy zabierał.
Cała ta historia zdaje się być wymyślana na bieżąco, aby pasowało do tego, co akurat pełni rolę fabuły.


— Zarobi na czynsz i wyżywienie? — Ewa musiała się upewnić. Mama wydawała się taka niezaradna i bezwol­na. „Zapytaj ojca", „Ojciec zdecyduje", „Ojciec to, ojciec tamto" — ta sama śpiewka rozbrzmiewała w ich domu od rana do wieczora...
— Zarobi — odparła twardo pani Zosia. — A ja jej po­mogę. Jeszcze czasem dorabiam korektą. Wzrok ci u mnie nie najgorszy, dziękować Bogu.

Bo to właśnie od wzroku zależy, czy korekta wykonana jest dobrze.
— Uff, to załatwione. — Ewa odetchnęła głęboko. Los matki, którą przecież kochała całym sercem, choć nie po­trafiła wyzbyć się podłego uczucia pogardy i żalu, które też dla niej miała, bardzo Ewę trapił. Pragnęła dla matki spokojnego domu, kochającej rodziny, godzin spędzonych z ukochaną książką, a nie na szorowaniu garów, pragnęła tego wszystkiego, co właśnie stawało się udziałem jej — Ewy.

E, przez rozwód gary nie znikną. Może co najwyżej będzie kilka talerzy mniej.
— Co załatwione? — zapytała babcia Zosia, choć oczy już jej się śmiały.

— Wyszykujemy mamie mieszkanko. Pod warunkiem że się do niego przeniesie i zarobi na jego utrzymanie.
— I przepiszemy je na mamę, pod warunkiem że roz­wiedzie się z tym łajdakiem — dodała pani Zosia.
— Świetny pomysł! Tylko czy mama..
— Przedstawimy jej nasze warunki i damy czas do na­mysłu. Powiedzmy, dwa dni i dwie noce. Tylko tyle. Bo inaczej ty wydasz pieniądze na remont, ja sprzedam Ko­szykową i choć obie będziemy żyły długo i szczęśliwie, to Ania po raz drugi, na własne życzenie, będzie stracona dla świata Umowa stoi? — Babcia wyciągnęła do wnuczki rękę.

Utrzymywała puste mieszkanie od 1989 i w końcu wpadła na to, że można je sprzedać.
— Może tydzień? Dwa dni to trochę mało na podjęcie tak ważnej decyzji... — zatroskała się Ewa

Decyzja o rozwodzie jest w tym przypadku jedyną, jaka wchodzi w grę.
— Przez tydzień zdąży ją podjąć i zmienić sto razy, a my trafimy akurat na ten setny: „Zostaję z Romkiem". Dwa dni. Stoi?
— Stoi. — Ewa bez dalszych wahań uścisnęła podaną dłoń, a potem rzuciły się sobie w ramiona, podskakując, śmiejąc się i płacząc, jak małe dziewczynki na wieść o bo­żonarodzeniowych prezentach.

Jakoś głupio mi wygląda porównanie wyciągnięcia kobiety z toksycznego związku do otwarcia bożonarodzeniowego prezentu. 

Plan okazuje się jednak niepotrzebny, bo matka Ewy sama wyprowadza się wcześniej od Romualda i wprowadza do Poziomki. Postanawiają, że mieszkanie zostanie przepisane na Anię, i zamieszka w nim ona razem z matką, i razem zatrudnią się w wydawnictwie Ewy, żeby tłumaczyć i wydawać z nią anglojęzyczne perełki literackie. Tak się kończy rozdział.

8 komentarzy:

  1. Ukończenie anglistyki z wyróżnieniem wcale nie znaczy, że potrafi się tłumaczyć ;___;
    No ale to i tak chyba najmniejszy problem tego tekstu. Nagrobek Sensu zrobił mi dzień!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego już się nie czepiałam, bo zakładałam, że skoro babcia Ewy mówi, że Anna jest świetną tłumaczką, to być może i tym tłumaczem była.

      Usuń
  2. Na litość boru, te głupoty o mieszkaniu irytują mnie już bardziej niż gwałty – co oni mają z tym przepisywaniem mieszkania? Tocz nie trzeba przepisywać na nikogo, żeby ta osoba musiała tam mieszkać. Plus to że się nie mieszka w posiadanym mieszkaniu nie znaczy, że nie trzeba czynszu płacić. Jakim cudem bardziej opłaca płacić się czynsz za nieużywane mieszkanie plus czynsz za to w którym się mieszka plus opłaty??? Jak jej na leki brakuje, czemu studentom nie podnajęła, zdesperowany student w każdej dziurze zamieszka…

    Tyle pytań.

    Żadnego sensu.

    Ag

    OdpowiedzUsuń
  3. "Podnóżek męża, który nie stronił od picia i bicia." -- Ach ten podnóżek, agresywny taki.

    Czy mogę korzystać z nagrobka? Jest wielkiej urody! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za podaniem źródła, nie widzę problemu.

      Usuń
  4. JUŻ JEST! PIERWSZY ROZDZIAŁ DOSTĘPNY NA - http://hogwartshore.blogspot.com/
    ZAPRASZAMY!

    OdpowiedzUsuń
  5. ,,Teraz ponoć działa tam wspólnota mieszkaniowa. Mają remontować dach. Zwalczyć grzyb w pokojach i kuchni, zmienić insta­lacje, odrestaurować parkiet, odnowić łazienkę i mieszkanie byłoby piękne jak kiedyś.
    Okej, dobra, próbowałam szukać informacji w internecie, ale poniosłam klęskę. Całe życie mieszkałam na wsi w domu jednorodzinnym i nie mam pojęcia, jak funkcjonuje wspólnota mieszkaniowa, więc jak ktoś ma, proszę o informacje."
    Aktualnie moim domem zarządza wspólnota mieszkaniowa i:
    - w sumie jest szansa, że mieszkańcy zrzucili się po jakichś średnich kwotach i razem stać ich na remont za dużą kwotę
    - ale to kamienica, mieszkań nie może być jak u mnie ponad sto, więc nie takie małe kwoty to musiały być
    - każdy jest właścicielem mieszkania, każdy sam sobie robi remonty w środku, korytarze itd. są dziedziną wspólnoty
    - instalacje mogą jednak zmieniać razem, bo to dotyczy wszystkich
    - podobnie grzyb mogliby zwalczać całą wspólnotą, bo to dotyczy wszystkich
    - ale nie parkiet i nie łazienka

    OdpowiedzUsuń
  6. QUANTUM BINARY SIGNALS

    Professional trading signals sent to your mobile phone daily.

    Start following our trades today & profit up to 270% daily.

    OdpowiedzUsuń