O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Na tym blogu znajdziecie moje wariacje na temat tej i kilku innych analiz oraz moje własne komiksoanalizy (głównie książek Katarzyny Michalak).

19 października 2015

Komiksoanaliza "Roku w Poziomce" Katarzyny Michalak - część dziewiąta

O regularności już chyba nie możemy rozmawiać, ale mimo to przedstawiam kolejną dawkę patologii prosto z "Roku w Poziomce". Tekst oryginalny czarny lub ciemnosiwy, tekst mój czerwony lub fioletowy.

Jak zapowiadałam poprzednio, wkracza Katarzyna Em, ale zanim do tego przejdziemy, jeszcze jeden krótki cytacik z rozmowy o blogu chorej na raka dziewczyny, który nasze bohaterki chcą wydać:
— Wysłałam do niej kilka maili, ale nie odpowiada Również komentarze do wpisu, których jest mnóstwo, pozostawia bez odpowiedzi, a zawsze polemizowała z czy­telnikami. To bardzo inteligentna i zdolna dziewczyna.Po prostu chciałam zwrócić waszą uwagę na pochwałę odpowiadania na wszystkie komentarze na blogu.
Jeśli nie wiecie, tak właśnie robi AutorKasia. Przez wszystkie komentarze, rozumiem oczywiście wszystkie te, które przeszły przez selekcję koordynatorki.

A teraz już wyczekana Katarzyna:
Obudziła się zlana potem. Zimnym potem przeraże­nia. Chwilę uspokajając oddech patrzyła w nogi łóżka, gdzie przed chwilą stała t a m t a 
Ta Michalak.
Tym razem odziana na czarno od stóp do głów, bez łamiącej tę cmentarną barwę czerwieni, stała naprzeciw Ewy, a Ewa... wyciągnięta na łóżku, podłączona do krop­lówek i aparatury medycznej, wiedziała... że umiera Każdy oddech był walką o życie, każde uderzenie serca sprawiało fizyczny ból. I ulgę, że jeszcze bije. Każda kropla płynów, spływająca do żył, dawała złudną nadzieję... 
W ręku Tej Michalak, w dużej klepsydrze z mahonio­wego drewna, przesypywały się drobiny złotego piasku. Ostatnie drobiny. Im było ich mniej, tym bardziej blask przygasał.
— Twojej bliźniaczej duszy zostało niewiele czasu — odezwała się kobieta z niezwykłą jak na siebie surowością, patrząc na Ewę, która nie była już Ewą, tylko oczekującym rozpaczliwie na jej szpik biorcą — Niedługo nie będzie miał kto wziąć od ciebie daru życia. Ewa-nie-Ewa zachłysnęła się nagle własnym oddechem. Zakasłała, chciała wciągnąć haust powietrza, ale jej płuca wypełniał płyn. Krew. Dusiła się. Kobieta pochyliła się nad nią. W jej oczach był teraz nieskończony smutek.
— Tak właśnie umiera się na białaczkę. Nie pozwól, by to spotkało twą bliźniaczą duszę. 
Przeciągnęła dłonią po oczach unieruchomionej prze­rażeniem Ewy i zamknęła jej powieki. Dziewczyna obu­dziła się z krzykiem. Resztę nocy przesiedziała, patrząc bezmyślnie w miejsce, gdzie stała tamta.
Uwielbiam ten fragment, gdyż zasiewa wątpliwość co do istnienia Katarzyny Michalak.


A tak sobie scenę wyobrażam.
I dobrze przeczytaliście. Katarzyna Michalak właśnie objawiła się Ewie we śnie.
To się wydarzyło.
No cóż, to chyba najzabawniejsza interpretacja stwierdzenia, że autor jest bogiem w świecie, który kreuje, jaką widziałam. 

Chwilę potem Ewa dowiaduje się od Andrzeja, że Karolina za miesiąc ma ostatnią chemię, ale jest z nią gorzej, bo straciła nadzieję, gdyż znaleziono idealnego dla niej dawcę szpiku, lecz jest on nieaktywny z nieznanych przyczyn i nie wiadomo kiedy aktywny będzie.


No ciekawe, kto jest tym dawcą, i dlaczego jest nieaktywny.

W każdym razie Ewa odwiedza słabą Karolinę w szpitalu. Nudy, ale macie wspaniałe porównanie:
Głos Karoliny był tak cichy jak zamierający w gałęziach drzewa wiatr.
Nie, nie wiem, o co chodzi.

Poruszona snem i spotkaniem z Karoliną Ewa zagaduje lekarza:
— Chciałabym o coś zapytać, panie doktorze. Jak pan widzi, jestem w ciąży...
— Taaak, zauważyłem. — Pozwolił sobie na żart.
— Na mój szpik czeka biorca. Czy jest możliwość po­brania szpiku teraz? Jak  najszybciej?
Lekarz spojrzał na Ewę uważnie.
— Który to miesiąc?
— Siódmy.
Pokiwał głową, zamyślony.
— Zagrożeniem dla dziecka jest narkoza, w którą stan­dardowo wprowadza się dawcę, by nie czuł dyskomfortu. Innym rozwiązaniem jest znieczulenie nadoponowe, takie samo, jakie podaje się podczas porodu. Skonsultuję się z położnikiem i dam odpowiedź, jeśli bardzo pani na tym zależy.
— Bardzo, panie doktorze. Jak najszybciej.
Ja powiem tyle, że nie wiem, o czym ta rozmowa, bo tutaj okres ciąży jest dosyć wyraźnie wymieniony jako czynnik wykluczający dawcę. Nie jestem lekarzem ani nic, ale krótki internetowy risercz powiedział mi, że ciężarną wyklucza się nie z powodu znieczulenia, lecz aby tej ciąży nie zakłócać.

Ale kogo obchodzi medycyna w szpitalu w Michalakverse. Dochodzi do pobrania szpiku, przepraszam, SZPICZKU.
Tak, w tej książce nazwano go zdrobniale.
— Jak myślisz, poznam go kiedyś? [...] Tego, z kim podzieliłam się moim szpiczkiem.
Od teraz uważam po prostu, że szpiku kostnego od ciężarnej pobrać nie można, ale jeśli chodzi o szpiczek, przeszkód nie ma.

— Karolina jutro ma przeszczep. Dawca uaktywnił się! — dokończył z triumfem.
— Żartujesz?! To... to wspaniała wiadomość! Czemu nie powiedziałeś od razu?! Od kiedy wiesz?!
— Od wczoraj. Nic nie mówiłem, bo jest bardzo słaba. Lekarze chcieli przesunąć zabieg, ale nalegała. Jutro ma przeszczep — powtórzył łamiącym się głosem. — Potem jeszcze miesiąc i... będzie zdrowa! Wyobrażasz to sobie?
 
Och no nie, jakże się teraz zastanawiam, jak to się stało, jak do tego doszło, jak to możliwe. 

Proszę, oto dodatkowe znaki zapytania dla was, bo wiem, że brak wam środków na wyrażenie przepełniającego was zaintrygowania:



Ewa jedzie na Koszykową:
— O, Wiciu, co ty tutaj...?
— Czekam na was.
— Ale co ty w ogóle tutaj...?
— Pomagałem wnosić meble. Chodź — uciął z bardzo tajemniczą miną Ewa spojrzała na Andrzeja i wzruszyła ramionami. — Nim wejdziesz... — Witold zatrzymał ją na półpiętrze i zawiązał jej oczy chustką.
— To już przesada — zaprotestowała — Niewolisz brze­mienną kobietę, która ledwie wlazła na czwarte piętro, i tylko dlatego nie może się bronić.
— Niewolić będę cię kiedy indziej. Uważaj, próg. Przeszła przez drzwi. Prowadził ją korytarzem, potem skręcili do pokoju. Wtedy zdjął jej z oczu chustkę, a Ewa krzyknęła i... rozpłakała się.
Jej pokoik był dokładnie taki, jakim go zapamiętała z lat dzieciństwa —  jedynych szczęśliwych. Do niedawna Do nastania Poziomki. 
Pierwsze, na co zwróciła uwagę, to łóżko — jej tapczanik! — obok wersalki mamy — tej samej co przed laty! Skąd one wytrzasnęły te meble?! Pieczołowicie odnowio­ne, pocerowane, wypolerowane, ale te same! Łóżko babci stało po przeciwnej stronie, we wnęce, zasłoniętej parawa­nem w żurawie. Dziwnie znajomym... Obejrzała się, dzię­kując matce i babce spojrzeniem pełnym łez. Pośrodku leżał prostokątny dywan, pracowicie pozszy­wany przez babcię ze ścinków. Mała Ewa mogła kiedyś godzinami na nim leżeć i rysować zwierzątka. Pod oknem stał stół, okrągły, dębowy, nakryty koronkową serwetą, przy nim cztery krzesła obite zielonym pluszem i stara lampa, przy której świetle mama czytała pięcioletniej Ewie bajeczki. Pamiętała tę lampę i krąg żółtego blasku na stole. Ale najbardziej rozczuliły dziewczynę dwie rzeczy: firaneczki w oknie, z białego muślinu, haftowane w ró­życzki, takich firaneczek na próżno szukała w sklepach ze starociami, i makatka na ścianie, przedstawiająca klau­na z wesołymi oczami i czerwonym nosem. Nazywały go z babcią Filutem.
— Ja... ja nie wiem, jak wyście tego dokonały. Skąd te meble, te firanki... I Filut!
— Meble przechował pan Zygmuś spod dziesiątki, fi­ranki i makatkę dawno temu schowałam w pudle wraz z twoimi zabawkami i zaniosłam na strych. Czekały tam ponad dwadzieścia lat. No i doczekały się! 
Na półce nad łóżkiem, tak samo jak wieki temu, roz­siadły się trzy lale: jedna prawdziwa, z długimi kręconymi włosami, dwie z gałganków. Mama z babcią były wtedy bardzo biedne i nie stać ich było na drogie prezenty. Ale te gałgankowe laleczki kochała Ewa najbardziej. I książeczki z bajkami, które leżały obok lalek.
— Jesteście niesamowite. Dziękuję!
— To twój pokój. Zawsze będzie na ciebie czekał — rzek­ła pani Anna, tak samo wzruszona jak córka.
— Niedługo całe mieszkanie będzie twoje — wtrąciła babcia — bo postanowiłyśmy z mamą przepisać je na ciebie.
— O nie, nie — odparła Ewa stanowczo. — Nic z tego. Moim miejscem na ziemi jest Poziomka. Gdybym miała i Koszykową, czułabym się jak na rybach.
— Na rybach? — Witold otworzył szeroko oczy, równie zdumiony tym porównaniem jak wszyscy.
— No, w rozkroku. Jedną nogą tu, drugą tam. A ja chcę stać pewnie, obiema nogami na moim skrawku ziemi. W Poziomuli. Zrozumiano?
— Mówiłam ci, że się nie zgodzi — skwitowała jej wy­wód pani Zosia, zwracając się do córki. — Dostaniesz, Aniu, to mieszkanie, czy chcesz, czy nie chcesz. Rozu­miem, że uciekasz przed odpowiedzialnością, ale pora do­rosnąć i wziąć życie we własne ręce.
 
Czy to tylko ja jestem taka nienormalna, że mnie się to zbieranie mebli z dzieciństwa Ewy i przechowywanie ich do czasu, aż sama będzie miała dziecko, wydaje mocno dziwne? I w ogóle cały ten motyw z pokojem identycznym do tego, jaki miała mała Ewa?
I czy tylko mnie do urzygu obrzydza słowo "Poziomula"? 
I ja tam myślałam, że dorosłość polega na autonomicznym podejmowaniu decyzji, a tu się okazuje, że wcale nie, że na robieniu ze swoim życiem tego, co ci matka każe. 
I czy naprawdę dadzą temu dziecku do zabawy biedazabawki z gałganków? Ja wiem, że wartość sentymentalna i w ogóle, ale dzieci są jednak częściej materialistami i prawdopodobnie córka Ewy będzie wolała jednak nową lalkę.


Udaje się odnaleźć ojca dziewczyny chorej na raka, której bloga chce wydać Ewa. Dziewczyna jest Irlandką, przez co AutorKasia ma wyśmienitą okazję, by obrazić ten kraj z przyczyny mi nieznanej.
— Irlandia jest tygrysem Europy, jeśli już! — odpar­ła. Poczuła się w obowiązku bronić ojczyzny swej nowej autorki.
— Wyliniałym chwostem na końcu ogona tygrysa Eu­ropy, jeśli już.
— Sam jesteś wyliniałym chwostem! — zachłysnęła się z oburzenia.
— Kiedy lecisz? — zapytał niewinnie.
— Choćby jutro.
— Załatwione! — I uśmiechnął się, zadowolony, od ucha do ucha.
Jak mówiłam, nie mam pojęcia, skąd się ten pojazd wziął, ani czemu służył.  

Dzień przeszczepu nadchodzi.
— Nie zawiodę was. Będę modliła się do mojego nowego szpiku, by rósł, rósł i rósł. I mnie ocalił. — Uśmiechnęła się tak promiennie, jak dawna Karolina potrafiła  
Szpiczku* 

W czasie, kiedy Karolina modli się do szpiczku, Ewa i Andrzej idą pomodlić się do kościoła. Kiedy z niego wychodzą, czytelnikowi ujawniona zostaje tajemnica.
— Nie skojarzyłaś, prawda? Nie wpadłaś na to, kto jest biorcą?
Otworzyła szeroko oczy, zbladła i wyszeptała:
— Karolina.
Przytaknął.


JAK?! JAK ONA TO ZGADŁA? CZY PRZEZ CAŁĄ KSIĄŻKĘ ZA IDIOTYCZNYMI DECYZJAMI SKRYWAŁA PRZED NAMI PRZENIKLIWOŚĆ SWEGO GENIALNEGO ROZUMU? CZY SPŁYNĘŁA NA NIĄ ŁASKA BOSKA I ROZJAŚNIŁA JEJ UMYSŁ? CZY TRZECIM OKIEM WEJRZAŁA POPRZEZ KARTY POWIEŚCI W ZAMYSŁY AUTORKI?
  
"Kwiecień" kończy się i wyjazdem Ewy do Irlandii rozpoczyna się "Maj".
Po dwóch godzinach dojechaliśmy do Waterford, uroczego miasteczka na południu kraju, nad morzem, które stanowczo mi się podobało. Było czyste i przyjazne. I międzynarodowe. Częściej słyszałam język polski, chiński czy murzyński, niż angielski.
...
Pani Katarzyno, to niestety jest rasistowskie.
Nie, nie ma języka murzyńskiego. Jest za to irlandzki, o którego istnieniu Kejt nie wspomina ani słowem.

Najpierw chciałam przedstawić opowieść ojca Cecilly komiksowo, jednak zmieniłam zdanie, i bez komiksu będziecie musieli się w dzisiejszym odcinku obejść, gdyż wypowiada się on tak dziwacznie, że pozbawienie was tego fragmentu tekstu byłoby zbrodnią.
— Cecilly była o dwa lata starsza od pani — wtrącił zamyślony, trochę nie na temat, gdy umilkła na chwilę. — Wiadomość o raku trzustki wstrząsnęła nią i nami do głębi. — Ewa kiwnęła głową. Przez kilka miesięcy napa­trzyła się wystarczająco na chorych z oddziału hemato­logii, by domyślać się, jakie to może być straszne... — Na początku załamała się kompletnie. Nie wychodziła z po­koju, płakała od rana do wieczora, nie jadła, nie spała, ale któregoś dnia, ostatniego-pierwszego dnia — uśmiechnął się smutno — nagle odżyła Zeszła na dół zupełnie odmie­niona, z nowym błyskiem w oczach. Brązowych oczach swojej nieżyjącej matki, a mojej żony. Pamiętam, że Adelee, moja siostra, aż krzyknęła na jej widok: „Ceci, masz minę kota pewnego zdobyczy"! — a Cecilly uśmiechnęła się szeroko i odrzekła: Jeśli zostało mi pół roku, mam zamiar dobrze się bawić". — I tak się stało.
O co chodzi z wtrąceniem o oczach i kto używa zwrotu: "masz minę kota pewnego zdobyczy"? Nigdy się nie dowiemy.
Swoją drogę do marzeń opisała w blogu. Nie wie pani jednak, pani Ewo, że pięć miesięcy później, gdy szykowała się do Afganistanu... — Ian umilkł. Było to dla niego bardzo, bardzo trudne. Jak żywa stanęła mu przed oczami ukochana  córka, zno­sząca do domu ekwipunek na tę wyprawę, uśmiechnięta, opalona, bo właśnie wróciła z Indii, gdzie poszukiwała duchowej ścieżki, pełna energii... — Przed wyjazdem fun­dacja nakazała wszystkim członkom konwoju wykonać szereg badań — mówił dalej po chwili przerwy. — Właśnie wtedy przyszły wyniki. Cecilly była zdrowa! — Ewa przy­tknęła dłoń do ust, kompletnie zaskoczona Spodziewała się zupełnie czegoś innego! — Byliśmy tym oszołomieni. Ceci powtórzyła wszystkie badania, łącznie z tomografią, i wyniki potwierdziły się. Do dziś nie wiem, co było przy­czyną: czy poprzednio lekarze postawili złą diagnozę, czy może pomylili pacjentów, ale Ceci wierzyła, że to ostatnie miesiące, podczas których żyła pełnią życia, spełniając swe marzenia, szczęśliwa, radosna, że one właśnie spowodowa­ły remisję nowotworu. 
Z jednej strony to chyba nawet głupsze niż w "Nadziei", gdzie raka uleczyła ciąża, z drugiej tutaj nie musimy wierzyć, że spełnianie marzeń ma lecznicze moce, możemy trzymać się wersji z błędem lekarskim. Ostatecznie 1:0 dla "Roku w Poziomce".
Zdecydowała się jednak jechać do tego przeklętego miejsca — Ian aż zacisnął pięści. — Fun­dacja dostarczała leki najbardziej potrzebującym w rejony, do których międzynarodowa pomoc nie docierała Wszy­scy członkowie konwoju wiedzieli, że przeprawa przez te­reny kontrolowane przez talibów to niemal samobójstwo, zdawali sobie sprawę ze śmiertelnego niebezpieczeństwa i godzili się na nie. Moja dziewczynka też. Zgłosiła się na ochotnika, wiedząc, że jej czas jest policzony, okazało się jednak, że jest zdrowa i jeszcze nie umiera! Ile my się naprosiliśmy, nabłagaliśmy, by nie jechała... Pani Ewo, każ­dego dnia po jej wyjeździe siedzieliśmy przed telewizorem, modląc się, by nie było złych wiadomości z Afganistanu. Dzień w dzień, od rana do wieczora Gdy usłyszeliśmy, że konwój z pomocą humanitarną został zaatakowany i prawdopodobnie nikt nie przeżył... Że szukają zaginio­nych... — Ian umilkł. Potarł powieki. — Potem zadzwonił telefon. Cecilly została zastrzelona przez tych bandytów...  wie pani co? — Mężczyzna, który na oczach Ewy nagle się postarzał, podniósł na nią wilgotne oczy. — Te bestie nie dość, że wystrzelały wszystkich tych dzielnych, dobrych ludzi, którzy wieźli pomoc dla ich pobratymców, to jesz­cze spalili leki. Pięć ciężarówek leków poszło z dymem. Pomoc, którą ci ludzie opłacili życiem, nigdy nie dotarła do miejsca przeznaczenia, gdzie była tak oczekiwana Ro­zumie pani coś z tego? Jak tak można? — Ian otarł oczy gniewnym ruchem. — Poświęcenie mojej dziewczynki, która cudem umknęła śmierci, poszło na marne...
Wstał i wyszedł, by zapanować nad wzruszeniem. Ewa siedziała jak ogłuszona, zaciskając splecione dłonie na brzuchu. Nie płakała, choć gardło miała zaciśnięte z bólu — nie docierało to do niej. Jakby opowieść Iana była streszczeniem przerażającego filmu czy książki. Jadąc tu, miała nadzieję, że faktycznie „The last first day" okaże się fikcją literacką, stworzoną przez zdolną, początkującą pisarkę o bogatej fantazji, że drzwi małego segmentu otworzy sa­ma Cecilly, krzycząc: „Surprise!". Potem oboje, Ceci i jej ojciec, przeproszą za wprowa­dzenie Ewy w błąd, pogadają jak starzy znajomi, podpiszą umowę i Ewa cała szczęśliwa wróci do Polski, zabierając miłe wspomnienia i obietnicę rewizyty.
Ale nic z tego. Cecilly naprawdę została zamordowa­na gdzieś na końcu świata, a jej śmierć okazała się bez sensu, bo bandyci spalili lekarstwa Jak to możliwe, by na świecie było tyle czystego zła? Bezkarnego zła? Zadrżała, otulając się ramionami, choć w pokoju, wychodzącym na południe, było ciepło, i nagle zapragnęła znaleźć się z po­wrotem w Poziomce, w tej ostoi spokoju i bezpieczeństwa I nigdy już nie słyszeć o fanatycznych mordercach, konwo­jach i młodych dziewczynach umierających na darmo. 
Moja wersja jest taka, że widząc płonące leki, Cecilly płakała, cierpiała, chciała wyrwać sobie zęby, po czym uświadomiła sobie, jakby została trafiona diamentem prosto w czoło, geniusz tego zła, pragnienie, by zrobić to samo. Odkrycie w sobie mrocznej strony ludzkiej natury, w połączeniu z jej niesamowitą charyzmą, zaprowadziło ją do stworzenia quasi-państwa, gdzie czczono ją jak bóstwo. Umarła lata później, ze słowami "Horror, horror", czy tam inna "Zgroza, zgroza" na ustach.
Ian O'Connor wrócił do pokoju, przynosząc kubki z herbatą i domowej roboty ciasto. 
— Adelee upiekła z okazji pani przyjazdu. Wpadnie wieczorem. Teraz pilnuje siostrzeńców. Trójka rozrabia­ków... — Próbował się uśmiechnąć, ale blado to wypadło. — Przepraszam — wskazał z zawstydzonym uśmiechem zaczerwienione oczy — ale to ciągle boli. Ewa zdobyła się tylko na skinięcie głową. Nie znała Cecilly, jednak ją również bolało...
— Czy przygotowała pani umowę?
— Tak. — Ewa odchrząknęła, zmuszając zaciśniętą krtań do pracy. — Mam nadzieję, że warunki okażą się zadowalające, chociaż...
- Tak?
— To polskie warunki. Nie wiem, jakie proponuje się autorowi tutaj czy w Anglii. I czuję się w obowiązku po­wiedzieć, że to bardzo dobra opowieść, na pewno znalazł­ by pan wydawcę, który uczyniłby z niej międzynarodowy
bestseller.
— Pani ograniczy się do wydania polskiego?
— Nie, nie! Przeciwnie, będę walczyła o rynki zachod­nie, także amerykański, ale... moje wydawnictwo nie jest największe i... mogę nie sprostać pana oczekiwaniom.
— Myślę, że pani sprosta — odparł, spoglądając na Ewę w zadumie.
— Naprawdę? — ucieszyła się. Podwójnie się ucieszyła: i z jego wiary w jej możliwości, i z rosnącej nadziei, że Ian O'Connor powierzy jej książkę córki. Bardzo tego prag­nęła szczególnie teraz, po wysłuchaniu jej historii.
— Moje następne pytanie może się pani wydać dziwne, ale... ja muszę znać odpowiedź: jak nazywa się pani matka?
A teraz ciekawostka: To, co za chwilę przeczytacie, jest tak głupie, że po przeczytaniu tej książki po raz pierwszy automatycznie wyparłam przyswojone informacje z mojego mózgu, a więc czytając "Rok w Poziomce" po raz drugi, na potrzeby komiksoanalizy, byłam równie zdziwiona, jak za pierwszym razem.
Ewy chyba tego dnia nic zadziwić nie mogło. Odparła więc bez wahania
— Anna Anna Lewińska, teraz Złotowska.
Mężczyzna wydał zduszony okrzyk. Patrzył na Ewę jak wtedy, na lotnisku, i kręcił z niedowierzaniem głową.
— Więc jednak — wydusił po długiej chwili. Dziewczy­na, nie rozumiejąc, o co chodzi, nabrała ochoty, by wstać i zacząć krzyczeć: „Co się dzieje?!". — Przepraszam panią po stokroć, ale... pani ojciec... chciałbym znać...
— Imię, nazwisko i numer buta?! — jednak zaczęła krzy­czeć. — Ja też bym chciała! Niestety, zmył się przed mo­im urodzeniem! Zmajstrował dziecko dwudziestoletniej dziewczynie i zostawił ją bez słowa! Jakbym go dorwała..
— Ma pani okazję.
Umilkła I teraz ona miała minę, jakby ujrzała ducha
— Pan żartuje...
Niestety nie. To się dzieje.
— Anna Złotowska była moją studentką, wykładałem wtedy angielski na Uniwersytecie Jagiellońskim. Byłem... żonaty, mimo to zakochaliśmy się w sobie...
— Panu szybko przeszło, a ona została?
— Nie, pani Ewo. Poprosiłem pani matkę o rękę, miałem zamiar wziąć rozwód i ożenić się z nią. Byłem nieprzytomnie zakochany. Ale Ania nie chciała słyszeć o rozbijaniu rodziny, nie chciała krzywdzić nieznajomej kobiety — mojej żony — i naszej dwuletniej córeczki. By­ło to... bardzo szlachetne. Daliśmy sobie trzy miesiące na przemyślenie, tyle, ile trwa przerwa wakacyjna. Wyjecha­łem do Irlandii, mimo wszystko przygotować rodzinę na rozwód i polską synową, a gdy wróciłem na uczelnię, An­na zniknęła Nie zostawiła adresu, telefonu, nic. Kamień w wodę. Próbowałem jej szukać poprzez wspólnych przy­jaciół, ale dowiedziałem się tylko, że wyjechała do USA i nie życzy sobie więcej mnie widzieć. Bardzo to przeżyłem, bo przecież chciałem być uczciwy w stosunku do Ani i do mojej żony. Po kilku miesiącach poszukiwań wróciłem do Irlandii, pogodziłem się z żoną i żyłem w takim półśnie aż do chwili, gdy ujrzałem pani nazwisko pod jednym z ma­ili. Sprawdziłem w książce telefonicznej — w samej War­szawie Złotowskich mieszka szesnastu, w Polsce pewnie kilkudziesięciu, a przecież byłem przekonany, że Anna na stałe wyjechała do Stanów. Łudziłem się jednak nadzieją, że to ktoś z jej rodziny, i... proszę wybaczyć, pani Ewo, ale tylko dlatego rozmawiałem z pani wydawnictwem o książ­ce Cecilly, by panią poznać i albo doznać rozczarowania, albo wprost przeciwnie. Na lotnisku miałem już pewność. Jest pani bardzo podobna do matki. — Uśmiechnął się
nieśmiało, przepraszająco.
Najlepsze jest to, że po raz enty w tej książce okazuje się, że niczego, ale to absolutnie niczego nasza protagonistka nie osiąga inaczej niż po znajomości. Bardziej to dla mnie obrzydliwe niż sympatyczne, ale co kto ceni w ludziach.
Ewa nie patrzyła na niego. Odwróciła twarz do okna i niewidzącym spojrzeniem błądziła po jasnym irlandz­kim niebie. Ile ona się napłakała, myśląc o nieznanym ojcu, ile razy marzyła, że go odnajduje, że spotykają się, a on opowia­da historię zaginionej ukochanej i... Zaraz, zaraz, właśnie usłyszała taką historię! Być może jej ojciec — Ian O'Con­nor — nie był skończonym łajdakiem, lecz rzeczywiście pragnął ożenić się z matką i stworzyć szczęśliwą rodzinę. Zbudowaną na nieszczęściu dwóch istot: maleńkiej có­reczki, Cecilly, i jej matki. W tym momencie, nie potę­piając Iana, zrozumiała decyzję Anny. Ona sama też nie potrafiłaby żyć ze świadomością, że skrzywdziła niewinną kobietę i jeszcze bardziej niewinne dziecko. Bez względu na to, jak bardzo by kochała męża tej pierwszej i ojca drugiej.
A ja myślę, że średnio w porządku jest wdawanie się w romans, nie zakończywszy poprzedniego związku, i nawet jeśli po zmajstrowaniu dzieciaka chciał się rozwieść, nie zmienia to tego, że już zdążył namieszać w życiu w sumie czterech kobiet.
I skąd ta nagła wyrozumiałość na zdradę u Ewy? Przecież kilka rozdziałów temu tłumaczyła Andrzejowi, jakie to nieodpowiedzialne i nieuczciwe. 

Kolejny odcinek będzie odcinkiem ostatnim. Zobaczymy, czy znowu nie zostanie z komiksoanalizy analiza. 

3 komentarze:

  1. Paczpani, uniwersum zbudowane z przypadkow.

    OdpowiedzUsuń
  2. dzieci materialistami robia sie z czasem. maluchy takie do 7-8 lat nawet jaraja sie zabawkami swoich rodziców, zwłaszcza jak im dasz jak sa jeszcze malutkie i maja je "od zawsze" ale motyw z panem zygmentem z pod 10 ktory przezz 20 lat przechowywal im meble mnie zabil. co nie mogly stac w ich mieszkaniu skoro i tak bylo zamkniete na 4 spusty?

    OdpowiedzUsuń
  3. ,,— Zagrożeniem dla dziecka jest narkoza, w którą stan­dardowo wprowadza się dawcę, by nie czuł dyskomfortu. Innym rozwiązaniem jest znieczulenie nadoponowe, takie samo, jakie podaje się podczas porodu. Skonsultuję się z położnikiem i dam odpowiedź, jeśli bardzo pani na tym zależy.
    — Bardzo, panie doktorze. Jak najszybciej.
    Ja powiem tyle, że nie wiem, o czym ta rozmowa, bo tutaj okres ciąży jest dosyć wyraźnie wymieniony jako czynnik wykluczający dawcę. Nie jestem lekarzem ani nic, ale krótki internetowy risercz powiedział mi, że ciężarną wyklucza się nie z powodu znieczulenia, lecz aby tej ciąży nie zakłócać."

    Uwaga, uwaga! Szpiku nie pobiera się podczas narkozy - tak się już w sumie robi tylko dzieciom, które są rodzinnymi dawcami, bo nie wysiedzą kilka godzin na fotelu przy pobieraniu komórek z krwi obwodowej. Wygląda to mniej więcej tak, że z jednej ręki wychodzi kroplówka z krwią i płynie do urządzenia, a z urządzenia wraca drugą kroplówką do drugiej ręki.

    OdpowiedzUsuń