O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Przyszło mi do głowy, żeby publikowane wcześniej na forum analizatorskim dzieUo opublikować ponownie, tym razem na swoim własnym blogasku. Tutaj też będą się pojawiać (mam nadzieję) moje kolejne wariacje na temat opek i analiz. Pierwsze odcinki wyglądają strasznie źle, ale nie bójcie się, dalej jest tylko bardzo źle.

Komiks pojawia się w poniedziałki lub wtorki, zależnie od weny i nastroju aŁtorki.

A zdjęcia słodkich margajów do galerii możecie przesyłać mi na esia221@gmail.com ;)

8 października 2015

Komiksoanaliza "Roku w Poziomce" Katarzyny Michalak - część ósma

Trochę mi się ostatnio posypała regularność, ale jestem!

Przed nami kolejna dawka patologii wprost z "Roku w Poziomce". Tekst oryginalny ciemnosiwy lub czarny, tekst mój czerwony lub fioletowy.

Zaczynamy wraz z rozdziałem "Marzec".

Przedwczoraj w nocy, na ostatnim spacerku z Sajgonkami, poczułam coś jakby powiew ciepła z po­łudnia (no bo przecież nie z północy, to znaczy zakładam, że z południa, bo strony świata w Poziomce nadal są dla mnie nieodgadnione, muszę sprawdzić, po której stronie drzewa rośnie mech, choć łatwiej byłoby po prostu w Googlach na mapie Urli, bo to głupio nie wiedzieć, czy domek stoi frontem na wschód czy na południe, stawiam, że na wschód...)
Sprawdzenie po której stronie rośnie mech działa tylko w przypadku samotnie rosnącego drzewa, nie w lesie.
I dlaczego po prostu nie spojrzała, z której strony zachodzi słońce?

Dalej mamy cudnie dziwaczny fragment, którego nawet nie skomentuję. Po prostu cieszcie oczy jego dziwacznością.
Moja Maluśka jest już sześciomiesięcznym... no, kim, bo jesz­cze nie dzieckiem. Jest minustrzymiesięcznym dzieckiem, tak lepiej. Nie znoszę słowa „płód". Kopie i wierci się jak ja. Podobno dawałam mamie popalić, ze szczególnym uwzględnieniem przy­jacielskich szturchańców w pełen pęcherz lub żołądek. Nie mia­łam ponoć litości i mama śmieje się teraz złośliwie, gdy skarżę się na nieczułość Maleństwa. Mówi, że młodsze pokolenie pomści starsze. No ładnie. Prenatalny spisek. Na szczęście po mojej stro­nie mam pokolenie najstarsze, które skacze nade mną, kwoczy mi i mnie rozpieszcza, aż łza wzruszenia w oku się kręci.

Ewie stan błogosławiony służył. Chodziła, nie, nie cho­dziła: unosiła się parę centymetrów nad ziemią, szczęśliwa, uśmiechnięta i spokojna. Zasłuchana w szepty z wewnątrz. Nic nie mogło wyprowadzić jej z równowagi: ani krytycy, nadal znęcający się nad "Jagódką", ani dziennikarze, nadal żądni sensacji, najlepiej seksualnych, ani „domokrążcy", jak nazywał Andrzej ludzi, którzy usiłowali zbić pieniądze na sukcesie wydawnictwa. 
E, wszystko już było. Krytycy "Jagódki", tabloidy interesujące się rynkiem wydawniczym... nic nowego.

Kończy się kursywa, wracamy do fabuły. Ewa jest rozkojarzona, bo jest w ciąży, ale pracuje dalej, szukając kolejnego bestsellera.
Tamara przyjmowała interesantów i ogar­niała korespondencję, a pani Zosia z panią Anią przygoto­wywały do druku bestseller numer dwa Wydawnictwa Impresja Tę złotą kurę upolowała... Karolina. Leżąc całymi tygodniami w szpitalu, miała sporo czasu na buszowanie po internecie. Omijała wprawdzie fora książkowe, gdzie nadal toczyły się dyskusje na temat jej książki, prowadzone na poziomie nierzadko rynsztokowym, z upodobaniem natomiast wyszukiwała strony nieodkrytych autorów.
Wpisywała w Google: "Nieodkryty, utalentowany pisarz" i wyskoczyła jej lista przyszłych laureatów Literackiej Nagrody Nobla.
Oczywiście, że na forach internetowych zmieszali z błotem Jagódkunię. To nie pierwszy raz, kiedy Katarzyna Michalak jojczy na "hejterskie fora" niepoznające się na jej talencie.
Tak trafiła na Danusię Gołębiewską i jej opowieść pod tytułem „Czarowne".
Zanim pójdziemy dalej, przeczytajcie koniecznie odpowiedzi pod drugim komentarzem.
— Ewuś, rzuć na to okiem — poprosiła podekscytowa­na podczas odwiedzin przyjaciółki. Wcisnęła Ewie do ręki wydruk i... czekała. Ewa wpatrywała się w kartki z uśmiechem Buddy na twarzy. Julijka wierciła się właśnie niemożebnie, a to wpra­wiało przyszłą matkę w stan szczęśliwości.
— Ewka! Halo, Ziemia do Ewy, Ziemia do Ewy!
— Tak? — Ewa zamrugała i spojrzała na trzymany w rę­kach plik kartek z wyrazem twarzy mówiącym: „A skąd to się tutaj wzięło? Gdzie ja w ogóle jestem?".
— Przeczytaj to, teraz, przy mnie, bo jak tylko stąd wyj­dziesz, zapomnisz, że w ogóle tu byłaś, nie mówiąc już o potencjalnym bestsellerze, który dla ciebie znalazłam.
— Bestseller, mówisz — mruknęła Ewa, patrząc po­dejrzliwie na wydruk. — Co za zbieg okoliczności: właśnie szukam potencjalnego bestsellera...
— Wiem! Wszyscy wiedzą! Gdy od czasu do czasu przytomniejesz, zamęczasz nas błaganiami o nową książ­kę! Znalazłam ją! Czytaj!
— Dobrze już, dobrze, coś ty taka nerwowa?
- Czytaj!!!

Nie dziwi mnie, że Karolinie podobała się książka Doroty. Przecież to oznacza, że Katarzynie Michalak podobała się książka Katarzyny Michalak.
No, może nie do końca, bo fragment "Czarownego" okazuje się nie być fragmentem "Nadziei", (może należy do jakiejś innej, niewydanej powieści?)

Fragment przedstawiam komiksowo, bo mocno się o to prosi.


Ewa postanawia wydać to dzieło.
— Nie będziesz miała żalu? — zapytała niepewnie, choć powinna się nad tym zastanowić, nim entuzjastycznie wyrwała się z umową. — Że będę teraz promowała kogoś innego?
W życiu nie przyszłoby mi do głowy, że autor mógłby się obrazić na wydawnictwo za wydawanie czegoś oprócz jego książek.
— Coś ty, Ewuś! — w głosie Karoliny była szczerość ab­solutna. — Jagódka" jak na razie wystarczy mi pod każ­dym względem. Podbudowała i moje finanse, i moje ego. Co najmniej na rok.
— Żartujesz sobie! Przez rok nie masz zamiaru napi­sać drugiej książki?! Czytelniczki dopytują, kiedy będzie następna! Wychodź z tego szpitala i bierz się do roboty, a jeśli lubisz, zostań i pisz tutaj!

Bawi mnie to zdziwienie zupełnie normalnym niewyprodukowaniem książki w rok, bo Katarzyna Michalak jest znana z wypuszczania jakoś pięciu rocznie.

Ewa dowiaduje się, że Karolina ma jeszcze tylko cztery miesiące na znalezienie dawcy szpiku, więc chce zorganizować wielką trasę koncertową promującą oddawanie szpiku. Andrzej informuje ją, że go na to nie stać, i w ogóle to Ewie trochę odbija przez ciążę. Ewa zauważa, że rzeczywiście i postanawia zadośćuczynić Andrzejowi i Karolinie, kupując im luksusowe wczasy. Ale żeby je przyjęli, chce udawać, że Andrzej wygrał je w konkursie.
Musi zostać wylosowany... — mruczała do siebie, spiesząc korytarzem w nieodgadnionym kierun­ku. — Żeby nie nabrał podejrzeń, bo mnie zabije. Najlepiej, gdyby ogłosili to w radiu, ale skąd ja mu radio wezmę?! Ci faceci, też mają wymagania! 
Po raz pierdylionowy pojawia się niczym nie uzasadnione przeniesienie zachowania jednej osoby na połowę populacji. To tym piękniejsze, że oparte na konkretnie niczym, gdyż Andrzej żadnego prezentu nie wymagał.
Może jeszcze jak na ceremonii wręczania Oscarów: „And the winner is...". — Zatrzymała się dopiero przy schodach na strych. — Zmajstruję ładną kopertę z nadrukiem firmy loteryjnej, kupię wycieczkę i opłacę hostessę, by mojemu szefowi wręczyła nagrodę. Tak zrobię! — Zawróciła i nie docierając do swego biura, gdzie czekał na nią pracowniczy triumwirat, pognała na przystanek. Dwa kwadranse później kupowała dwuoso­bowe wczasy w pięciogwiazdkowym hotelu na najpięk­niejszej z Kanaryjskich Wysp. Dla Andrzeja Sadowskiego i osoby towarzyszącej. Wylot: pojutrze.
Jeszcze tego samego dnia do dworku na Woli, gdzie urzędowała firma Sadowsky and Co., wkroczyła smukła, długonoga, blondwłosa hostessa, z pękiem baloników na sznurku i ozdobną kopertą w dłoni. Baloniki i koper­tę wręczyła z olśniewającym uśmiechem szefowi firmy, odśpiewała: „Happy birthday to you" a la Marilyn Monroe i na oczach oszołomionego Andrzeja wyszła, kręcąc zalot­nie biodrami.
 

Dlaczego "Happy birthday to you", kiedy nikt nie ma urodzin? 

W liście Ewa wpisała, że wczasy to nagroda dla zwycięzcy konkursu "Rekinek Biznesu", bo na rekina Andrzej jest za młody. 

Ostatecznie w kurorcie na Wyspach Kanaryjskich lądują Ewa i Witold. Ewie Andrzej powiedział, że Karolina nie może jechać, bo przedłużył się jej pobyt w szpitalu po chemii, lecz Andrzej tłumaczy jej, że Andrzej ją okłamał, gdyż prawda jest taka, że z biura podróży dowiedział się, kto wykupił wczasy i przebukował je na Ewę.

Witold był wspaniałym towarzyszem. Spokojnym, troskliwym, wyrozumiałym... Chyba nic go nie było w sta­nie wyprowadzić z równowagi. A Ewa nieumyślnie była ciągłym wyzwaniem dla najoporniejszych. Przez siedem dni zdążyła: doznać poparzenia słonecznego, wdepnąć na jeżowca, spaść ze skały, podtopić się w oceanie, śmiertelnie wystraszyć plażowiczów, krzycząc: „shark!!!" na widok dryfującej w oddali kłody drewna, o podpaleniu hotelowe­ go pokoju, gdy chciała zrobić „nastrój" za pomocą setek świec, nie wspominając. Witold gasił, smarował, łapał, ratował, wyciągał, uspo­kajał, a przede wszystkim k a r m i ł swą towarzyszkę z niezmąconą pogodą ducha.
— Czy ty w końcu wkurzysz się na mnie?! — krzyknę­ła, gdy pod koniec wypoczynku, usiłując przepchać zlew, zalała łazienkę. Uśmiechnął się tylko.
— Musiałabyś dokonać czegoś więcej niż pożar czy potop.

Ja wiem, że to ma być taki, hehe, element komiczny, że Ewa nic nie ogarnia, bo jest w ciąży, i w ogóle taka nierozgarnięta, hehe, uroczo. Ale czuję tu mocną przesadę, bo zamiast osoby uroczo nieporadnej, wyszła nierozgarnięta życiowo pierdoła, która nic nie potrafi zrobić sama i wszystko trzeba po niej naprawiać. 
W ogóle jaki szczęśliwy zbieg okoliczności, że Witold nie musi akurat pracować, tylko może sobie skoczyć na Kanary. (Tak, oczywiście nie było ani słowa o tym, czy ma wolne).

W otoczeniu mokrych ręczników na podłodze łazienki Witold oświadcza się Ewie:
— Ewo Złotowska, jesteś najbardziej niesamowitą kobietą, jaką dane mi było w życiu spotkać. Będę zaszczycony, jeśli przyjmiesz ten pierścionek, a z nim mnie jako przyszłego męża. Pragnę dzielić z tobą dalsze lata, wiedząc, że czego jak czego, ale wrażeń mi nie zabraknie. Będę cię ratował z opresji, nosił na rękach, gdy znów wdepniesz na jeżowca, będę przynosił ci hamburgery w ilościach nieposkromionych, by patrzeć, z jakim zachwytem trzymasz je w łapkach (przypominasz mi wtedy wiewióra z „Epoki lodowcowej"), a na koniec zaopiekuję się tobą i małą Julcią i pokocham ją całym ser­cem, już teraz to wiem, bo całym sercem kocham jej mat­kę. — Uniósł bezwładną dłoń dziewczyny i pochylił nad nią głowę, by nie widziała niemęskich łez wzruszenia 
Nic nie jest tak romantyczne jak wiewiór z "Epoki lodowcowej".
I też chyba lekka przesada, żeby oświadczając się, nie mógł się wzruszyć.

Ewa prosi o czas do zastanowienia się, ale przyjmuje pierścionek.

Nasza bohaterka ma rozterki, bo Witold wydaje się spoko, ale jej pierwszy mąż też się wydawał, a dopiero po ślubie zrobił się zły.
— Nie martw się. — Pani Zofia chwyciła ją za drugą rę­kę. — Postawiłam tarota. Witek jest w porządku. Słyszałaś przecież.
— I ma takie dobre, silne, męskie dłonie — dodała Ewa, uśmiechając się z rozmarzeniem. — I jest taki spokojny. Gdybyście wiedziały, co wyprawiałam, by wyprowadzić go z równowagi, i święty by nie wytrzymał, a Witold — owszem. Nawet sypialnię podpaliłam. Niechcący! — zawo­łała, widząc spojrzenie, jakie posłała jej matka. — To był test wytrzymałości. Pan K. zabiłby mnie już przy rekinie — musicie wiedzieć, że śmiertelnie wystraszyłam pół plaży — a Witold, spoko i luzik... Niesamowite!
— Niesamowite jest to, że on cię po tych wygłupach jeszcze chciał! — sarkastycznie wtrąciła matka.
— Oj, to wszystko było niechcący i spontanicznie. Kur­czę, im bardziej starałam się zrobić na nim dobre wraże­nie, tym bardziej Prosiaczka tam nie było...

To niechcący czy chcący sprawdzić Witolda, bo już się pogubiłam? I to naprawdę nic fajnego, Ewo, jeśli tak sobie, dla zabawy, narażałaś kogoś, na kim ponoć ci zależy, na nerwy i stres. Mam wrażenie, że Kejt inspirowała się pewną znaną balladą Schillera, ale zapomniała jej zakończenia.
 — Jakiego znowu prosiaczka, dziecko drogie?! — jęknę­ła pani Anna
— Tego z „Kubusia Puchatka". — Ewa, zapatrzona w widok za oknem samochodu, już nie pamiętała, co miał Prosiaczek do Witolda. — Powiem wam jedno, moje kochane, ten facet, i mówię teraz o moim narzeczonym, równie dobrze wyciąga igły z nogi, co całuje. A to podsta­wa udanego związku.
 

Dobrze wiedzieć.

Kończy się rozdział "Marzec" i zaczyna "Kwiecień". Oczywiście kursywą.

A propos kolei, w których czasem grasuje nożownik, a zawsze sępy vel kanary, które matce z dzieckiem nie przepuszczą, bo dziecko nie ma legitymacji, cóż stąd, że skończyło dopiero sześć lat, za to przymkną oko na cwaniaczka notorycznie jeżdżącego bez biletu (i dokumentów oczywiście), bo z nim trzeba byłoby się chandryczyć, a sęp vel kanar to zwierzę wygodne: spisać starusz­kę — której się miesięczny wczoraj skończył, a że skleroza, więc zapomniała — to pierwsi, ale już wspomnianego wyżej cwaniaka z bańką w nosie — niee... Gdy mieszkałam w Warszawie, żywi­łam szacunek dla tego zawodu (mówię o sępach vel kanarach), bo rzeczywiście ścigali gapowiczów, w większości cwaniaków vel złodziei. Sępy z Kolei Mazowieckich natomiast ścigają wszyst­kich, tylko nie tych, co trzeba. I za to ich nie znoszę. Za to także, że pozwalają palić w wagonach dla niepalących (kara pięćset złotych), co mnie — niepalącą w ciąży — męczy i wkurza. I nu­dzi, to znaczy zbiera mi się na wymioty od papierosowego smro­du. Spróbowałabym jednak zwymiotować w obecności kanara! Kara tysiąc złotych murowana. Plus wpis do dowodu osobistego i konfiskata podręcznego mienia. Ale się rozpisałam o tych paso­żytach... A zaczęłam o kolejach. 
Jeśli Ewa spotkała leniwych kanarów, źle wypełniających swoje obowiązki, w Kolejach Mazowieckich, to znaczy, że wszyscy pracujący tam są do niczego. Skoro spotkała dobrych kanarów w Warszawie, oznacza to, że warszawski kanar to dobry kanar.
I kanar kanarem, jak ktoś pali w przedziale dla niepalących, i to przy kobiecie w ciąży, to chyba o nim gorzej świadczy, niż o kanarze, nie? Widzę tu hejt trochę źle ukierunkowany.
Nie wiem czy dostałaby mandat za tego rzyga, ciężarnej pewnie by odpuścili. Ale co ja tam wiem. Nigdy nie jechałam Kolejami Mazowieckimi, nie znam życia.
Otóż godzinną podróż do Warszawy bardzo sobie chwalę. Wsiadam na pustej stacji, do pustego (jeszcze) pociągu, więc miejsce zawsze znajdę. Wyciągam książkę lub krzyżówkę i się ukulturalniam tudzież ćwiczę mózg. Godzina w jedną stronę, godzina w drugą, razem dwie godziny rozrywki umysłowej. Czasem jednak — nawet często — pociąg, a zwłaszcza podróż­ni (dojeżdżający codziennie do pracy, którzy w pociągach śpią, jedzą, piją, palą, a może nawet i rozmnażają się) dostarcza­ją mi zupełnie innego rodzaju rozrywki. A to ktoś z pociągu „wypadnie" (na szczęście rzadko, bo trzeba wtedy czekać na następny), a to kogoś wyrzucą (jak wyżej), a to desperat leży na torach i cały skład hamuje z wyciem i piskiem, po czym albo przejedzie (trzy godziny postoju), albo nie przejedzie desperata (półgodziny inwektyw ciskanych przez obsługę na głowę niedo­szłego samobójcy), ktoś uwiesi się na hamulcu bezpieczeństwa (pięćset złotych kary, chyba że to Koleje Mazowieckie, wtedy karę w tej wysokości wymierzy się niepełnosprawnemu, który zaczepił kulą o hamulec, ale nie pijakowi, który musiał się czegoś przytrzymać — patrz sępy vel kanary), długo by tak wymieniać.
Z przejechania samobójcy to w ogóle musi być beka najprzedniejsza.
I co, nie było żadnych świadków tego pociągnięcia za hamulec? I jak się temu niepełnosprawnemu w ogóle udało przypadkiem kulą pociągnąć za hamulec?
Spójrzcie na ten szajs:


Coś nie kupuję tej historii. 

Stworzyłam wykres szacunku w książkach Katarzyny Michalak.


O, a teraz przed nami czyste wspaniałości: 
Właściwie każda podróż bywa zajmująca. Najlepsze są jednak rozmowy współpasażerów. Ot, gospodyni domowa zajmująca półtora siedzenia ze swoim telefonem komórkowym (rozmowa autentyczna, sprzed paru miesięcy):
— No cześć, to ja... No ja, Marysia. Dzwoniłam do ciebie pięć minut temu, ale musiałam przerwać, bo dzwoniła do mnie Zuza. Jaka Zuza? No ta! Spotkałaś ją wczoraj, na targu. Kupo­wała ziemniaki. Jakie ziemniaki? Irgi. Tak, irgi. Po ile? Po trzy dwadzieścia. Kupić ci? A ile? Po trzy dwadzieścia? Dobrze, kupię. A jajka chcesz? A ile? A po ile? A po co ci tyle? Aaa... Pączki... No tak, za miesiąc tłusty czwartek. Ja smażyłam wczoraj. Bo wiesz, za miesiąc tłusty czwartek. Na oleju. Nie, nie słoneczni­kowym, lnianym. Wtedy lepiej obciekają. Na co? Na pergamin. Ile? Niedużo. Sto pięćdziesiąt, bo zostałam sama z dziećmi i sta­rym. Tak, Jolka wyjechała. Dokąd? Do domu, do Wólki. No ja­kiej Wólki, tej obok ciebie! Tak, tej. Jak jej idzie? Dobrze. Nie ma pracy, ale ma rodziców. Tak, też smażyli pączki, ale oni z różą, a ja z konfiturą. Nie, nie miałam róży. Kupisz mi? To dobrze, bo w tłusty czwartek chcę smażyć z różą. I kiełbasę na święta. No jakie święta?! Bożego Narodzenia! Na Wielkanoc już mam. Ile tej kiełbasy? A z sześćdziesiąt kilo. Nie, w tym roku skromnie. Tylko ja, teście, stary i dzieciaki. Tak, pół świniaka. Za trzy­sta. Tobie też kupić? Czekaj, zadzwonię do ciebie za chwilę, bo dzwoni Bożena. Cześć, Bożena. Smażysz pączki? Ja też. Ale tak dla siebie, dzieciaków i starego, sto pięćdziesiąt. Taak. Nie, nie z różą, z różą to w tłusty czwartek, z konfiturą. Nie ten smak? A nawet nie zauważyli Wzięli do telewizora, bo nowy serial le­ciał, i poszły. Chcesz ziemniaki? Irgi. Po trzy dwadzieścia. Zuza chciała. Jaka Zuza?! No ta, blondynka z trójką dzieci. Nie, nie ta, ta druga. Tak. To chcesz?... 

I tak przez czterdzieści pięć minut. Zakładam się, że mogła nawijać o niczym dłużej, ale tory się skończyły. Już po piętnastu minutach znałam na pamięć ceny ziemniaków Irga, liczbę pącz­ków (z konfiturą, bo z różą...) u współpasażerki, jej teściów, Bożeny, Zuzy, sąsiadów i maszynisty pociągu. Wiedziałam, czym będą fetować Boże Narodzenie (tak tak, to za jedenaście miesięcy) — kiełbasa, pół prosiaka, czym Wielkanoc — nie jestem tylko pewna, czy tegoroczną, czy przyszłoroczną, a czym tłu­sty czwartek (pączki z różą). Po dwudziestu minutach miałam ochotę zawisnąć za oknem, nic to, że na zewnątrz było wtedy minus dwadzieścia pięć. Dodam, że takie rozmowy nie są czymś kuriozalnym — tak ludzie dziś rozmawiają. O niczym. 
Nie dość, że ta rozmowa jest zupełnie nierealistyczna, bo nie wiem, kto powtarza każdą wypowiedź rozmówcy, to skąd te hejty? Rozmowa nie była wcale o niczym, współpasażerka Ewy przekazała w niej mnóstwo treści, nieważne, jak ich istotność ocenia gardząca problemami codzienności protagonistka.
Mam wrażenie, że AutorKasia chciała za wszelką cenę stworzyć najmniej interesującą rozmowę, jaką mogła, więc zaczęła wklepywać do niej losowe rzeczy, które na ten moment wydawały jej się nieciekawe, jak smażenie pączków. Nie zauważyła tylko, że żadna z wymienionych rzeczy nie jest obiektywnie nieważna. O ile w ogóle możemy o czymś takim mówić.
Dużo bardziej przykro się robi, jeśli zastanowimy się nad celem wymyślania tej rozmowy telefonicznej, gdyż powstała ona tylko po to, żeby akapit dalej nieskończenie gardzić ludźmi, którzy rozmawiają o jedzeniu i świętach przez telefon. Jak zwierzęta. 
Mam nadzieję, że nie stanę się do nich podobna... 
Nie, Mary Sue, zawsze będziesz się unosić pięć centymetrów nad plebsem.

Ewa i Witold urządzają razem ogród.
Widziałaś ty w lesie magnolie? I pnące róże? One się będą gryzły!
— Nałożę kagańce — odparłam pogodnie. Jeden z migdałków był już obsypany maleńkimi, cudnie różowymi kwiatuszkami, i żaden Witold nie był w stanie zepsuć mego dobrego humoru. — W moim ogrodzie nic się nie będzie gryzło. — Po czym przy­szły... czereśnie, brzoskwinie i śliwy. Witek jak stał, tak padł. Leżał i wił się ze śmiechu.

Nie wiem, o co chodzi. Mam nadzieję, że o to, że czereśni, śliw i brzoskwiń nie sadzi się razem, bo nie posądzam żadnej istoty ludzkiej o poczucie humoru tak złe, żeby bawił ją żart o kagańcach.

— Ewuniu najdroższa, w jakiej odległości jedno od drugiego posadziłaś te nieszczęsne drzewka?
— Trzech kroków — odparłam wyniośle, bo mi ten jego śmiech na nerwy zaczął działać. — Tak było napisane w ency­klopedii ogrodnictwa, którą mi dałeś.
— Na pewno trzech kroków, a nie trzech metrów? I to mini­mum trzech?
— Będzie im raźniej jedno przy drugim.
— Taa, gałęzie będą mogły sobie podawać na dzień dobry i do widzenia. 

Wtedy rozeźliłam się na serio. Wywrzeszczałam, że ogród jest mój, że ja sobie nie życzę jego ingerencji, że błędy, jakie po­pełnię, będą moimi błędami, i w ogóle żeby spadał.
I jaki cel osiągnęłaś w ten sposób?
Serio, z tego co pamiętam, to Witold jest architektem krajobrazu, raczej bym słuchała, jakby mi powiedział, że źle posadziłam drzewa w sadzie. 

— I czego się śmiejesz?! — Byłam bliska łez Budki wygląda­ły pięknie! Na każdym drzewie jedna albo dwie. Żeby ptaszki miały wybór apartamentu.
— Przepraszam, Ewuś... — Skruszony wyczołgał się spod nissana. — To z radości, że cię widzę.
Całe szczęście, że nie wspomniał o jakichś normach: pięć bu­dek na metr kwadratowy, bo dostałby ostatnią, dla której nie starczyło drzewa, w łeb. 
 

Ona ma strasznie agresywny styl bycia. 

Kończy się kursywa i matka Ewy ogłasza, że znalazła anglojęzycznego bloga Irlandki chorej na raka, który nada się na książkę. 

Następnie po raz kolejny wkracza Katarzyna M jak Michalak, ale to w kolejnym odcinku. 
 

7 komentarzy:

  1. "Witold był wspaniałym towarzyszem. Spokojnym, troskliwym, wyrozumiałym... Chyba nic go nie było w sta­nie wyprowadzić z równowagi. A Ewa nieumyślnie była ciągłym wyzwaniem dla najoporniejszych. Przez siedem dni zdążyła: doznać poparzenia słonecznego, wdepnąć na jeżowca, spaść ze skały, podtopić się w oceanie, śmiertelnie wystraszyć plażowiczów, krzycząc: „shark!!!" na widok dryfującej w oddali kłody drewna, o podpaleniu hotelowe­ go pokoju, gdy chciała zrobić „nastrój" za pomocą setek świec, nie wspominając."

    Śmichu-chichu, a Ewa zdążyła ZABIĆ swoje dziecko. Sorry, ale poparzyła się (od słońca, więc zgaduję, że na dużej powierzchni), podtopiła, spadła ze skały plus nadepnęła na jeżowca, co może skończyć się infekcją albo gorzej. Ewa powinna leżeć w szpitalu, bo jej organizm jest po tych wszystkich wypadkach mocno obciążony, a ja to bym na pewno poleciała do ginekologa upewnić się, że dzieciak jest cały. Gratuluję AutorKasiu dowcipu. Puknij się w pusty łeb.

    Poza tym w łazience to jest umywalka, nie zlew. I ja będąc w hotelu raczej poinformowałabym obsługę, że trzeba przepchać, a nie sama się w to bawiła.

    Co do Kolei Mazowieckich to też nie jeżdżę, ale koleżanka, która jeździła, głównie narzekała na opóźnienia, stawanie w szczerym polu na godziny i to, że każdy większy śnieg paraliżował pociągi. Słowem nie wspomniała o niemiłych pasażerach. Widać każdemu jego priorytety, widocznie jedni chcą tylko na czas dostać się na miejsce, a inni chcieliby z książętami podróżować.

    Dziwi mnie też niezmiernie, czemu to ich wydawnictwo wyszukuje wszystkich autorów "bestsellerów" w Internecie. Nie mogą konkursu literackiego ogłosić? Otworzyć naboru tekstów, żeby im ludzie nadsyłali? Podpytać jakiś znanych autorów, czy im czegoś nie napiszą? Nie wspomnę już, jak mnie mierzi wydawanie wyłącznie bestsellerów i przekonanie, że każda z tych książek rzeczywiście nim zostanie.

    Ag

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, coraz bardziej cię podziwiam za to, że potrafisz zdzierżyć te wszystkie bzdury napisane przez AutorKasię.Jak to czytam to nie wiem czy się śmiać, czy płakać, a może obie rzeczy na raz. Bynajmniej nie płakać ze wzruszenia, bo "każda strona taka cudowna, zabawna i zaskakująca" jak to robią niektóre z jej postaci w jej książce, które czytają jej książkę w jej książce.

    Co do komiksu to struś na końcu idealnie się wpasował ;)

    PS Jak w ogóle można napisać "Dwudziestoparoletnia filigranowa blondynka"? Brzmi to co najmniej infantylnie i nieprofesjonalnie. Ewa ma wspaniałe oko do bestsellerów, tylko pogratulować intuicji, gdy ja nie jestem wstanie do końca pojąć składni i sensu pierwszego zdania tego "bestselleru".

    Czekam na dalsze analizy tych wypocin AŁtorki.
    Thorinanei

    OdpowiedzUsuń
  3. "Moja Maluśka jest już sześciomiesięcznym... no, kim, bo jeszcze nie dzieckiem." - Czyżby autorka popierała poglądy zwolenników aborcji, którzy uważają, że dziecko jest dopiero po urodzeniu? Bo jeśli nie, to palnęła porządnie. Minus dziecko, masakra. I pewnie dlatego w zaawansowanej ciąży Ewa robi różne głupie rzeczy. Skoro to i tak minus dziecko, to co ma się przejmować... Ech.
    Analiza super, komiks poprawił mi humor, czekam na ciąg dalszy, pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie no, mnie te tam kagańce na gryzące się zielsko rozbawiły ;)

    Fragment o "wesołych" przygodach na Kanarach jest tragiczny - gdybym nie znała kontekstu, byłabym 100% przekonana, że Witold to wujek dziewięcioletniej Ewusi, którą musi mieć cały czas na oku, bo a to wlezie na jeżowca, a to będzie miała jakiś dziwny pomysł ze świeczkami i mało co pokoju hotelowego nie podpali, a to trzeba będzie się gęsto tłumaczyć przed ratownikiem, bo dziecko z wybujałą wyobraźnią się rozedrze, że go rekin goni... To nie jest normalna relacja między dorosłymi ludźmi, to nie jest romantyczne, to jest po prostu żenujące i mocno niepokojące.
    To samo scena przy sadzeniu drzewek: wujek się śmieje i ma nowe anegdotki na spotkania rodzinne "a co to znowu ta nasza mała Ewuś wymyśliła", a mała Ewusia się na śmiejącego się wujka śmiertelnie obraża.

    Swoją drogą, jestem przekonana, że Ewcia od początku liczyła na to, że Andrzej odda jej te wczasy. To jest świetny plan, kupić dwa bilety na wyjazd zagraniczny TERAZ JUŻ ZARAZ W TEN WEEKEND, gdy jedna osoba ma ukochaną w szpitalu, roboty po uszy, firmę na głowie i wyrwanie się znienacka na Wyspy - chyba po to, żeby siedzieć na plaży z laptopem - jest raczej mało odpowiedzialne, a osoba towarzysząca ma intensywne leczenie, szukanie dawcy, chemioterapię.

    W Rombie Szacunku do części z podludźmi dorzuciłabym jeszcze robotników budowlanych, pracowników obsługi klienta i arabów (celowo z małej litery). Wszelakie fragmenty, w których jedzie po danej grupie społecznej, są cholernie przykre. Przy czym mam stuprocentową pewność, że gdyby to Ewunia trajkotała do telefonu o drzewkach, kopiącej fasolce i wczasach, to byłoby wszystko okej i współpasażerowie zachwycaliby się, jaka z niej ciekawa, zabawna osóbka i na pewno wspaniała matka - ewentualnie mogłaby się jeszcze znaleźć jakaś skrajnie śmieszna stara baba, która by ją obsobaczyła za gadanie w przedziale przez telefon, ale to dlatego, że jest brzydka i zazdrości i dziecka i drzewek i wczasów.

    Z wyrazami szacunku
    Kazik

    OdpowiedzUsuń
  5. Od rana siedzę tutaj i czytam analizy i już nie daję rady :D Ale do rzeczy.

    Akcja dzieje się w kwietniu, tak? I ta babka gadająca w pociągu chce pół świniaka na Boże Narodzenie, tak?
    KTÓRE JEST, KURNA, ZA 11 MIESIĘCY???

    No halo. Chyba Katarzynka nie umie ani liczyć ani posługiwać się kalendarzem.

    Jeśli coś popieprzyłam to przepraszam, ale przez "prozę" Michalakowej już tracę kontakt z rzeczywistością xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Był chyba jeszcze jakiś dodatkowy hejt na rozmawianie o Bożym Narodzeniu tyle czasu przed nim, ale nie wrzuciłam do analizy. To był prawdopodobnie celowy zabieg, który miał wzbudzić większą pogardę dla plebsu... jakoś.

      Usuń
  6. Jesteś wielka. Li i jedynie. Podziwiam, czytam dalej.

    OdpowiedzUsuń