O co kaman?


Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Eśka i jakiś czas temu popełniłam komiks na podstawie opka o Alic zanalizowanego przez Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Na tym blogu znajdziecie moje wariacje na temat tej i kilku innych analiz oraz moje własne komiksoanalizy (głównie książek Katarzyny Michalak).

15 sierpnia 2017

Komiksoanaliza "Krime story" Marcina Gutkowskiego - część pierwsza

Drodzy czytelnicy moi, witajcie po długiej przerwie! Nie licząc uzupełnienia serii korwinowej, nie pisałam tutaj od prawie dwóch lat. Byłam pewna, że rzuciłam pisanie bloga. Życie jednak postanowiło inaczej i dało mi złą książkę. A kiedy życie daje ci złą książkę, piszesz posta.
Mamy do czynienia z bestsellerem. Nie mogę w to uwierzyć, ale tak, ta książka wisiała na listach bestsellerów wielu księgarń. Jedynym uzasadnieniem dobrej sprzedaży tego dzieła jest intensywna promocja, bo rzeczywiście w pewnym momencie jej okładka była wszędzie. Zresztą zobaczcie sami, pewnie poznajecie:

Myślę, że to przypadek książki, którą kupowano, ale której nie czytano. Zwyczajnie nie jestem w stanie uwierzyć, że tylu ludzi przeczytało tę książkę, ale mimo to nie mogę znaleźć w internecie żadnych analiz, negatywnych recenzji czy hejterskich postów na Facebooku. (Jeśli ktoś jest bardziej na bieżąco z polską dramą literacką, to może mi oczywiście zalinkować i udowodnić, że się mylę, chętnie poczytam).
Przejdźmy do samego produktu. Jak dowiadujemy się na stornie redakcyjnej, opiekę merytoryczną nad powieścią roztoczył Kamil Migoń. Po wpisaniu tego imienia w Google wyskakuje tylko ten pan, chyba nie o niego chodzi, ale kto wie. Książkę wydała wytwórnia muzyczna o wdzięcznej nazwie Ganja Mafia Label. Jest to pierwsza i jedyna powieść wydana przez tę wytwórnię. Jak się zapewne domyślacie, to widać. Po pierwsze, skład jest absolutnie beznadziejny. Ostatnie linijki akapitów są przenoszone na kolejne strony, w pewnym momencie zmienia się interlinia, są zbędne odstępy między akapitami, ale za to nie ma wcięć na ich początkach (chyba że to dialogi, są wcięcia przed dialogami). Po drugie, korekta nie do końca podołała zadaniu i czasem brakuje przecinków (w tym dwa razy w tytułach rozdziałów), a odmiana ksywy głównego bohatera jest wariantywna (Krime'a:Krimea:Krima; Krime'em:Krime'm). Po trzecie książka jest niedocięta i ze strony 29 i 31 sterczą kawałki papieru.
Mówię o tym teraz, bo w dalszej części analizy chciałabym olać te wszystkie problemy techniczne i skupić się na treści, bo wierzcie mi, brakujące przecinki nie są najgorszą rzeczą w tej książce.

Ostrzeżenie: w powieści pojawia się wiele niecenzuralnych wyrazów, jak również sceny drastyczne, sceny gwałtów i inne nieprzyjemne rzeczy, także zupełnie zrozumiem, jeśli ktoś spośród czytelników zdecyduje się w tym momencie kliknąć czerwony krzyżyk w rogu. Resztę zapraszam w podróż do polskiej stolicy zbrodni, seksu i narkotyków – Katowic.

Z tyłu okładki możemy się dowiedzieć, że jest to "Pierwsza powieść napisana przez Polskiego rapera" – już wiadomo, skąd ta wytwórnia płytowa. Dajmy spokój nieprawidłowo zapisanemu przymiotnikowi i skupmy się na określanym przez niego rzeczowniku. Autor książki zaiste jest raperem o ksywie Kali. Zapamiętajcie ten fakt, to będzie istotne dla fabuły. Dla ciekawych dodam, że książka jest częścią projektu artystycznego i towarzyszy jej album pod tym samym tytułem. W założeniu ma powstać jeszcze film. Nie wiem jak wy, ale ja czekam bardzo.

Znacie zasady, tekst oryginalny czarny lub ciemnosiwy, tekst mój czerwony lub fioletowy.

Zacznijmy od pierwszego zdania powieści. 
Tego wieczoru powietrze, zamiast życiodajnymi proporcjami pierwiastków, karmiło płuca szkodliwymi substancjami unoszącymi się nad centrum Katowic.
Wiecie już wszystko o stylu autora. Nie żartuję. To jest całe tak pisane. No, może zwykle jest jeszcze jakieś porównanie. Gdyby dopisać, że substancje unosiły się nad Katowicami jak widmo komunizmu nad Europą, byłaby esencja języka Krime story.
Jeszcze jedna sprawa – już w tym pierwszym zdaniu czujemy ten gimnazjalny klimat, który sprawia, że trudno mi uwierzyć, że w chwili pisania powieści autor miał trzydzieści cztery lata, a nie piętnaście. Nie wiem, czy książka przeleżała swoje lata w szufladzie czy to tak genialna stylizacja, ale życiodajne proporcje pierwiastków to takie idealne "Było coś na chemii, że w tym powietrzu to pierwiastki są i nimi się oddycha. Co one tam tworzyły? Związki? Odczynniki? Na pewno trzeba było proporcje pisać." tego też będzie oczywiście więcej. Prawdopodobnie połowa każdego posta będzie moją listą dowodów na to, że Krime story stworzył gimnazjalista.
Przejdźmy dalej.
Toksyczna mikstura wydobywająca się z samochodowych katalizatorów osiadała na spoconej skórze, wabiąc muchy niczym słony lep. Kulawy pies dojadał na chodniku resztki jedzenia znalezionego w pobliskim śmietniku, a leniwe koty wylegiwały się na pokrytych sadzą parapetach. Dodatkową atrakcją dla nozdrzy był smród fekaliów stojący w miejscu, jak i ten menel oparty o bramę, który majaczył pod nosem do mijających go obojętnie przechodniów: "Może ma pan drobna złotówkę lub dwie...".
No i poznajemy kolejną miłość autora – imiesłowy przysłówkowe współczesne. Pewnie polonistka powiedziała, że narracja będzie dzięki nim żywsza. 
Mówiłam, że tak będę.
Nie odmówię jednak Gutkowskiemu pomysłowości, smród fekaliów stojący jak menel w bramie to coś, czego jeszcze nie czytałam. Nieźle, jak na piętnastolatka. Za kilka lat może poprawi tę dziwną konstrukcje z który.
Piękno otaczającego krajobrazu dopełniały krzyki dobiegające z ciasnych mieszkalnych klitek, gdzie z niewiadomych przyczyn ojciec terroryzował rodzinę żołnierskim pasem, pytając grzecznie: "Dlaczego, kurwa jego mać, zupa jest za słona?" Piękno śląskich realiów w czystej, a raczej brudnej, postaci. Nic dodać, nic ująć.
Wiecie jaki to jest poziom wrażliwości? Gimnazjalisty, który zobaczył spot kampanii społecznej, a potem nieumiejętnie wcisnął przekleństwo.
Przeciągam strunę, wiem. Ale i tak jeszcze wrócę do tego tematu.
Teraz już wiemy jak wyglądają Katowice. Dowiedzmy się, jak wygląda główny bohater.
On siedział w bezruchu. Wtopiony w betonowy krajobraz jak kameleon, który zapomniał, że oprócz czerni istnieją kolory. Czekał. Nie były w stanie rozproszyć go nawet dzieciaki ganiające się pistoletami na wodę. Cierpliwie, jak śmierć, czekał
Ok, żeby nie było, że tylko narzekam, podoba mi się kameleon, który zapomniał, że oprócz czerni istnieją kolory. Nie potrafię sobie wyobrazić niczego smutniejszego i brzmi to zwyczajnie fajnie, a przynajmniej fajnie wedle mojego gustu. 
Spod kaptura błyszczały dwa szmaragdy, hipnotyzując blaskiem odbitego w nich wschodzącego księżyca w pełni. Oddychał wolno i miarowo, niczym wilk czyhający w zaroślach na ofiarę, który pomimo głodu zachowuje zimną krew. Tego łowcy jednak nie interesowała krew. Ściskając w dłoni metaliczny przedmiot, wpatrywał się w cel, od którego nic nie było w stanie go odciągnąć.
Ok, jak już wczuliście się w atmosferę, to jedziemy z akcją. Główny bohater szykuje się do napadu na sklepikarkę.


Po drodze jeszcze policjant do niego strzelał, a trasa pościgu była dokładniej opisana, ale wierzcie mi, nie interesuje was to. Zamiast streszczać akcję, przedstawiam ranking moich ulubionych zdań z tych pięciu stron:
10. Wiedział, że po tej komendzie pocisk zostanie skierowany w jego nogi bądź plecy.
9. Choć kilkukilogramowa torebka ciążyła mu jak stukilowy balast, mocno trzymał ją w dłoni.
8. Kiedy poczuł, że zaczyna brakować mu sił, zatrzymał się, przyklęknął, dobył broń i starając się uspokoić oddech, wycelował w postać pląsającą jak piłka w Arkanoidzie.
7. Oddał w powietrze strzał ostrzegawczy, ale na zakapturzonym człowieku nie zrobiło to większego wrażenia, tylko dało mu do zrozumienia, że pościg się zbliża coraz większymi krokami, a następny pocisk powędruje w kierunku jego ciała.
6. Największą zaletą Szybkiego było to, że był faktycznie szybki.
5. – Stój, bo strzelam! – Poprzez świszczący oddech własnych tchawicy i breakcore'owego rytmu serca usłyszał za plecami uciekinier. Trochę oszukane, bo niby dwa zdania, ale powinno być jedno. I co tu się dzieje w ogóle. Własny świszczący oddech rytmu serca? Co to ma być? To zdanie potrzebuje pogotowia gramatycznego.
4. Nie ściągając z głowy kaptura, wolno obrócił się w kierunku źródła okrzyków dedykowanych jego osobie. Nie dość, że okrzyki dedykowane, to jeszcze jego osobie, dwa opkizmy w cenie jednego.
3. Na bucie spoczywała spora "rolada", a on jest bezsilny w obliczu narwanego tajniaka, spragnionego kolejnego awansu – niczym pies czekający na kotlet wołowy po całym życiu wcinania "Chappi". Nie wiem czy w slangu katowickich złodziei naprawdę skradzioną torebkę nazywa się roladą. Może i tak. To zdanie znalazło się na podium z powodu pięknego porównania oraz założenia, że policjantowi ścigającemu kryminalistę może chodzić tylko o awans, rolada to tylko dodatek.
2. W umyśle pojawiły się obrazy z życia, które w zawrotnym tempie męczyły go jeszcze bardziej niż kolka. Nie jestem w stanie wyrazić mojej mojej miłości do tego zdania. To jest mistrzostwo elementu komicznego. Szkoda tylko, że znalazło się w opisie, w którym mamy je brać serio.
1. Serce osiągnęło właściwy rytm, niczym podtlenek azotu dostający się do cylindrów silnika, i biegł jeszcze szybciej. Dotarliśmy do miejsca, w którym gramatyka zawraca, a korekta mówi dobranoc.

Wracamy do fabuły. Partner Szybkiego (Szybki to policjant, który gonił głównego bohatera) zajechał mu przypadkiem drogę.
Kierowca, łapiąc się w końcu na swoich błędzie, skierował pistolet w stronę farciarza i bez żadnej komendy zaczął opróżniać magazynek w kierunku wycieńczonego młodzieńca. Zatrzymał palec dopiero wtedy, gdy zza rogu prostopadłej przecznicy wyłoniła się procesja Bożego Ciała. Czarny strój zlał się z uczestnikami uroczystości i przepadł gdzieś pośród coraz większej ilości ludzi zalewających ulicę. Policjant zauważył tylko palec – środkowy palec uniesiony jak hostia ponad głowami wiernych.
Za strzelanie bez ostrzeżenia ten policjant bardzo mocno straciłby pracę. 
Ta przecznica to niby nie błąd, ale taki kawałek Nowego Jorku w Katowicach. Widać, że autor naoglądał się amerykańskich filmów.
Strój się zlał z uczestnikami? To chyba nie jest możliwe bez całkiem sporej ilości kwasu solnego.
Powtórzenia zlewa, zalewa się nie czepiam, bo gorsze cyrki się dzieją w tej powieści, kiedy autor próbuje powtórzenia uniknąć.

To były ostatnie słowa pierwszego rozdziału, zatytułowanego "Prolog". Przed nami rozdział "Mów mu Krime".
Mieszkanie na ostatnim piętrze wieżowca służyło mu za dziuplę, w której gromadził zrabowane dobra. Nie było w nim niczego poza łóżkiem, stolikiem i małą komodą. Jakiś uschnięty kwiatek przy oknie, boombox obok kineskopowego telewizora połączonego z konsolą PlayStation i ogólny burdel dopełniający obraz, któremu daleko było do zasad feng shui. Wszędzie walały się śmieci i brudne ubrania. Ubikacja przypominała stajnię Augiasza, a jej użytkownik musiał zatykać nos, by podczas załatwiania potrzeb fizjologicznych nie puścić pawia. Jego kobieta, a raczej latawica – jak sam zwykł ją nazywać – bywała tam rzadko, a jej lewe do roboty ręce były potwierdzeniem marnej akredytacji do bycia kimś więcej niż sporadyczną dziewczyną do łóżka.
Nawet nie wiem od czego zacząć. 
To jest fragment, przez który zdecydowałam się wrócić na bloga. Wiecie, można się pośmiać z dziwnych konstrukcji zdaniowych, nieporadnie prowadzonej fabuły i kliszowych rozwiązań fabularnych, ale te elementy nie sprawiają, że książka staje się zła. No dobra, pewnie staje się zła – jako literatura. Tutaj mamy do czynienia z książką moralnie złą. Ilość pogardy dla kobiet jaka przelewa się przez całą historię jest wręcz niemożliwa, a wszystko zaczyna się w tym akapicie.
No bo co tutaj mamy? Za bałagan w mieszkaniu Krime'a odpowiada jego dziewczyna, a to, że mu nie sprząta, oznacza, że nie zasługuje na szacunek, bo na ten zasługuje tylko jeden określony typ kobiety – matka Polka, dobra żona, sumienna sprzątaczka. Mimo że Krime jej nie szanuje, to utrzymuje z nią kontakty seksualne. To na pewno bardzo zdrowa relacja.
Poza tym serio, co on robił z tym kiblem, że tam aż tak śmierdzi.
Zdaję sobie sprawę, że przy odrobinie litości można ten fragment zinterpretować inaczej. Ja jej nie mam.

Dowiadujemy się jeszcze, że Krime wchodzi do mieszkania tylko nocą, żeby sąsiedzi nie wiedzieli, że mieszkanie ma lokatora. Do tego nasz bohater martwi się, bo policja wie teraz jak wygląda, a w ogóle to trochę głupio zrobił, że kradł tuż pod domem. Po tych refleksjach czas na relaks.
Obserwując dym unoszący się ze skręta, którym koił nerwy, myślał o kolejnym skoku bądź możliwości wyrwania się z matni codziennego życia w tej śmierdzącej klicie, niczym szczur. Pieniądze były jedyną rzeczą, której szczerze pragnął i to w nich upatrywał zbawcę i boga. Chciał więcej
Wstawiłam dla ekspozycji. I dla ładnego "niczym szczur", które nie wiadomo do czego się odnosi.
Od momentu gdy matka opuściła ziemski padół, a ojciec gdzieś zniknął, coś w nim pękło i bezpowrotni odeszło. Na darmo próbował przypomnieć sobie dzieciństwo. Ten traumatyczny okres swojego życia wymazał z głowy jak zbędne pliki zalegające na twardym dysku. Zresztą, co tu pamiętać? Twardą rękę ojca na twarzy? Matkę ledwo wstającą każdego ranka z łóżka? Czy tę obskurną alkoholową melinę, która rodzice mieli czelność nazywać domem? Odkąd sięgał pamięcią, sam musiał sobie radzić, przepychając się przez życie łokciami. Trwało to już dobrych dziesięć lat, gdy jako trzynastolatek wylądował na bruku. Ulica była mu niczym matka, która rozumiała go bez słów, i jak ojciec, który karcił za błędy.
Gdzie była katowicka opieka społeczna? W którym wieku dzieje się akcja, że trzynastolatek żył na ulicy?
Pomimo losu bliskiego dnu, kochał swoje życie, choć tak naprawdę nie znał znaczenia słowa miłość. Determinacja w drodze do celu, czyli lepszego życia, była tak mocna, że wszystko inne było nieważne, nawet jeśli któregoś dnia mogło się okazać, że skończy z kulą w potylicy. Śmierć byłaby też pewnego rodzaju wybawieniem...
Chcę koszulkę z napisem "Kocham życie, choć tak naprawdę nie znam znaczenia słowa miłość". Ta książka ma swoje dobre momenty.
Gasząc niedopałek jointa, spośród opróżnionych butelek po Jacku Danielsie i wódce wygrzebał pustą paczkę po papierosach kryjącą w środku srebrne zawiniątko ze sproszkowanym substytutem szczęścia. Rozsypując kokainę na opakowaniu płyty NWA "Straight Outta Compton", sięgnął do zrabowanej torebki, która jeszcze wczoraj nie należała do niego, i z pliku stuzłotówek wyjął jeden banknot, zwijając go w rulon.
Możesz żyć na ulicy, ale nigdy nie będziesz żył na ulicy bardziej niż Krime, który wciąga kokainę z płyty NWA. Serio, to nie mogło być bardziej łopatologiczne.
Zrabowana torebka jeszcze wczoraj nie należała do niego? Nie zgadłabym. 
Ciągłe stosowanie imiesłowów przysłówkowych współczesnych ma wady, na przykład z ostatniego zdania wynika, że wyjmował i zwijał banknot jednocześnie, a chyba nie miało tak być. 

Rozsunąwszy brudne i przesiąknięte dymem firany, patrzył na miasto. Ten widok zawsze go uspokajał, ale powodował również głód władzy i posiadania. Był pewien, że przyjdzie taki dzień, iż to miasto będzie należało do niego.


Kokaina spływała mu do gardła, znieczulając jamę ustną. Euforia ogarniała jego umysł, a papieros smakował jeszcze lepiej niż zazwyczaj. Wyobrażał sobie, jak sunie nowym mercedesem klasy S przez puste ulice średnicówki przy akompaniamencie gangsta rapu z dwoma ekskluzywnymi prostytutkami na tylnym siedzeniu. 
Szczerze powiem, że nie wiem jak to skomentować. Po prostu Krime marzy o jeździe nowym mercedesem klasy P przez puste ulice średnicówki przy akompaniamencie gangsta rapu z dwoma ekskluzywnymi prostytutkami na tylnym siedzeniu.

Nasz bohater odbiera telefon od swojego najlepszego i jedynego kumpla, Marka zwanego Wajchą.
– Halo. Co tam?
– Siemasz, byku! Co się toczy? – zapytał głos w słuchawce.
– W sumie to nic nowego, siedzę na kwadracie... Lekko zaszczepiony... – odparł Krime przez ściśnięte gardło.
– No, to idealnie się składa, bo mam coś, co misie lubią najbardziej!
– Dobra, to wpadaj, ale po cichu. Nie naruchaj przypału... – instruował przyjaciela.
– Ok, będę do pół godziny. Narka!
– Nara, nara...
Brzmi mi to równie realistycznie co: 


Ale nie oceniam katowickiego slangu.

Pomijam opis wyglądu obu chłopaków zakończony słowami gangsterski Flip i Flap rodem z XXI wieku, bo wierzę, że tyle nam wystarczy. Pomijam również rozmowę, w której Krime streszcza wydarzenia z poprzedniego rozdziału. Ostatecznie główny bohater daje się namówić na wyjście do baru, zachęcony kolejnym pięknym okazem katowickiego slangu: Ty weź nie świruj mi tu pawiana i sznuruj skoki, bo noc jeszcze młoda, a tutaj i tak skończymy z porannymi ptaszkami.

Gdy miasto pogrążone było we śnie, on planował. Jego życiem rządziła zbrodnia, niczym nadany mu przydomek pisany przez K.
To ostatnie słowa rozdziału. No, nie powiem, jakby to był na przykład film, to bym była wdzięczna za tę wskazówkę ortograficzną. 
Że w drugim zdaniu nie wiadomo, co jest do czego porównywane, to już nawet nie muszę wspominać na tym etapie, prawda? 
Co i jak on planował, jak cały rozdział ćpa i ledwo kontaktuje.

Rozdział "Na dzielni" zaczyna się rano, kiedy nasi bohaterowie budzą się w mieszkaniu Krime'a po pijatyce, barowej bójce i orgii z udziałem prostytutek. 
Wiem, że nie wybaczycie mi, jeśli nie przytoczę kolejnego slangowego dialogu.
– Ja to moją wspominam od dupy strony tylko... – Obaj zarechotali po chwili ciszy. – Praktycznie nic nie pamiętam...
– Ale zafurczał ci – szydził Wajcha – czy flopik?
– Weź, goń się! – odparł stanowczo, ale z uśmiechem Krime, siedząc na łóżku.
– Ha, ha, ha... ale jesteśmy jebnięci, ha, ha, ha...! – Marek zwijał się ze śmiechu.
– Ale z nas krejzole! – dodał ich kolega z klasy i wrócił do nauki na sprawdzian z biologii.

Wajcha sobie idzie, bo matka jego dziewczyny ma imieniny. Krime zostaje sam na sam ze swoimi mrocznymi myślami.
Po wyjściu przyjaciela chciał podejść do lodówki, ale przecież jej nie miał. Na kuchennym miniblacie znalazł kilka kromek suchego chleba i resztki pasztetu, ale po wmuszeniu w siebie paru kęsów popitych starą colą pobiegł do ubikacji, która jeszcze bardziej spotęgowała wymioty. Widok swej twarzy w małym lusterku ukazał mu rany bojowe w postaci siniaka pod okiem i rozciętej wargi, których wcześniej nie odczuł. Krótką chwilę patrzył w swoje oczy, ale nie zniósł własnego spojrzenia zbyt długo. Nie lubił siebie i swojej twarzy. Był stosunkowo przystojnym chłopakiem, ale nie dopuszczał do siebie tej myśli. Postanowił wziąć prysznic, choć woda wydawała się odpychająca na tle dreszczy i drgawek co jakiś czas przeszywających jego ciało. Gorące strugi spływające po skórze osłabiały go jeszcze bardziej. Wsparty dłońmi i czołem o brudne kafelki trwał przez dłuższą chwilę w umysłowej pustce. Gdy pod wpływem temperatury podgrzała się krew w jego umyśle, zaczął sapać i łapać powietrze jak karp, z trudem nie tracąc przytomności. Ze sznurka rozciągniętego pod sufitem zdjął ostatnią sztukę czystych bokserek zmaltretowanych wielokrotnym praniem w wysłużonej frani, po czym, drepcząc jak kaczka, udał się z powrotem do ciasnego pokoju.
Kafelków nie zetrze, ale ciuchy wypierze.
Pierwsza linijka przypomina mi żarty o studentach w stylu "gdybym miał ser, zrobiłbym sobie kanapkę z serem, szkoda, że nie mam chleba". Ten brak lodówki jest tu chyba tyko po to, żeby nabijać punkty życia na ulicy. To nie tak, że w mieszkaniu nie ma prądu, bo przecież działa telewizor. (Swoją drogą, kto płaci rachunki? Pamiętajmy, że Krime chce, żeby mieszkanie uchodziło za niezamieszkane). Trudno mi uwierzyć, że sobie nawet ze śmietnika nie skombinował tak podstawowego sprzętu. A może po prostu gangsta kończy się, kiedy trzeba wnieść lodówkę na ostatnie piętro?
Nie widzę sensu wypunktowywania, co jest nie tak z każdym zdaniem po kolei. Po prostu cieszmy się jeszcze bardziej spotęgowanymi wymiotami, temperaturą podgrzewającą krew w umyśle i wodą odpychającą na tle drgawek i dreszczy.
Cała powieść jest tak pisana, staram się wybierać najciekawsze akapity, ale równie dobrze mogłabym wybierać losowo, bo wszędzie jest taki dobry towar. 


Był wkurwiony. Kac przeistoczył się w stan, w którym lepiej go nie zaczepiać. Był wkurwiony na wszystko. Wychodząc z klatki rozejrzał się po okolicy, czy aby przypadkiem nie czai się gdzieś policja i szybkim krokiem, mocno zaciskając kastet w kieszeni, udał się w kierunku katowickiego centrum. Podążając wzdłuż bloku, nucił frazy rapowego utworu: "...nie ma słońca bóg o nas zapomniał...", jakby autor o pseudonimie Kali wiedział, jak wygląda jego okolica.
Pewnie wiedział, to by uzasadniało wielki napis "KATOWICE" na początku teledysku. Jeśli zapachniało wam "Poczekajką" albo "Rokiem w Poziomce", to bardzo słusznie, bo główny bohater właśnie nuci rap autora. To się dzieje.

Do końca rozdziału to już tylko Krime spotyka dilera, który sprzedał mu słabszy towar niż zapewniał, i go bije. No i jeszcze jest niezły kawałek o ciężkim życiu na katowickiej ulicy.
Ze stoickim spokojem opuścił kamienicę i udał się w kierunku wylotu bramy. Wiedział, że kobieta zadzwoniła po karetkę i policję, ale wiedział też, że Mrówa będzie kłamał, twierdząc, że potrącił go samochód, bo konfidenci tutaj życia nie mają. Dzielnica rządzi się swoimi niepisanymi prawami, których wszyscy muszą przestrzegać. Konfidenctwo jest niewybaczalne, nawet w takich sytuacjach jak ta. Ze strony Mrówy nic mu nie grozi, ale jeśli puści farbę, może być problem z jego dostawcami. Oko za oko, ząb za ząb jest kolejny prawem ulicy, gdzie łańcuch pokarmowy nie różni się od zwierzęcego. Jeśli wchodzisz na ulicę, musisz się z tym liczyć. To nie dla słabych maminsynków. Tutaj rządzi prawo pięści plus układy i plecy. Jak nie masz psychiki, żeby w to grać, to haruj za 1200 zł miesięcznie. Krime nigdy nie chciał tak skończyć. Choćby miał zginąć. Honor i ambicja nie pozwalały mu przyjmować poleceń.
Jeśli są na sali mieszkańcy Katowic, zapraszam do weryfikacji tego akapitu.
Honor i ambicja pozwalały mu za to mieszkać w brudnym mieszkaniu bez lodówki.

Na dzisiaj kończymy przygodę z "Krime story", następnym razem zaczniemy od rozdziału o zachęcającym tytule "Lolita". Kiedy pojawi się kolejna część? Planowo za tydzień, ale jak będzie obsuwa, to będzie obsuwa. 

Kącik bezwstydnej autoreklamy: 
(Linijka wyżej to link, nie wiem dlaczego nie zmienił koloru).
Zamówienia można składać pisząc wiadomość do strony, wysyłając mejla albo nawet przez priva na instagramie.

12 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Edit: Za opisywanie Katowic w ten sposób... Ech. Koledzy samego autora powinni się z nim spotkać i poważnie "porozmawiać".

      Usuń
  2. gangsta kończy się, kiedy trzeba wnieść lodówkę na ostatnie piętro - ej, nie bądź taka doskonała, bo jak ta analiza się skończy, to się zatęsknię na śmierć ❤

    OdpowiedzUsuń
  3. Gandzialf Zielony17 sierpnia 2017 19:25

    Tak tylko wspomnę, że działający boombox niekoniecznie musi świadczyć, że w mieszkaniu jest prąd - jest przenośny, więc można go zasilać bateriami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda. Ale w mieszkaniu jest też telewizor kineskopowy z PlayStation. Zrobię edytkę.

      Usuń
  4. Miałam nadzieję, że będziesz imaginować sobie Krime'a jako kameleona w bluzie z kapturem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim pierwszym pomysłem był czarny kameleon, ale stwierdziłam, że łatwiej mi będzie narysować czarny kształt tak, jak mi jest potrzebny do kadru.

      Usuń
    2. Mógłby mieć tylko głowę kameleona, o to mniej więcej mi chodziło. Nie myśl, że robię ci jakieś wyrzuty, tak też jest spoko.

      Usuń
    3. Nie potraktowałam tego jako wyrzutu ;) po prostu rzeczywiście miałam taką myśl.

      Usuń
  5. Drobna uwaga - w "mimo że" nie stawiamy przecinka. http://www.prosteprzecinki.pl/przecinek-przed-mimo-ze-mimo-iz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że tak, już zedytowane :)

      Usuń